niedziela, 1 stycznia 2017

Część 12.

Cała trójka podeszła do niego. Reim z zaskoczeniem zauważył, że dwoje z nich zbliżyło się do niego z mieszanką fascynacji i strachu w oczach.
Doktor Owen pochyliwszy się nad nim, powiedział.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że samopoczucie panu dopisuje.
- Nie powiedziałbym - parsknął Reim.
Owen spojrzał na niego ze sztucznym smutkiem.
- Ach, to okropne. Jednakże nie powinien się pan martwić - i dodał szeroko się uśmiechając. - Niebawem już nigdy nie będzie się pan źle czuł.
Reim zmrużył oczy i spytał.
- Co masz na myśli?
- Ależ nic takiego - zaśmiał się.
- Jak to nic?! W takim razie co ja tu robię i co się działo przez ten cały czas?!
- Przecież już wielokrotnie panu mówiono, że miał pan wypadek i-
No właśnie nikt nic nie mówił.
- Jaki wypadek?! - Reim przerwał mu gwałtownie. - Uważasz, że bycie psią zabawką to wypadek?!
Owen spoważniał.
- Ach, więc przypomniał pan sobie - wyciągnął rękę i pogłaskał go po głowie jak małe zwierzątko. - Ale to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia, ponieważ Mama stwierdził, że to wszystko trwa zdecydowanie za długo i należy przyśpieszyć przebudzenie.
- Przebudzenie? - powtórzył niepewnie.
- Owszem. Właśnie dlatego się tu znajdujemy.
Podszedł tanecznym krokiem do dużej maszyny przypominającej kształtem jeden z wielkich dzwonów, które widział, będąc kiedyś ze swoją matką w kościele. Z pod ów dzwonu wystawało wiele długich kabli i cienkich rurek zakończonych przyssawkami. Z tyłu natomiast wystawało drewniane koło z korbką.
Owen chwycił wszystkie porozrzucane rurki oraz kable i z powrotem podszedł do Reima.
- To mój, drogi panie - wskazał wolną ręką na urządzenie. - jest maszyna, która przyspieszy cały proces.
- Jaki proces?
- Przebudzenia, jak mówiłem wcześniej.
Reim wierzgnął bezskutecznie chcąc się uwolnić.
- Jakie przebudzenie? - zapytał.
- Cóż, myślę, że nic się nie stanie, jeśli panu powiem. Zamierzamy obudzić w panu Irdlirvirissonga.
- Irdli... co?
Lekarz zignorował jego pytanie i zamiast tego zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.
- Kangee, Tate, podłączcie go a ja ją uruchomię.
Jeden z ciemnoskórych młodzieńców podszedł do niego i wziął stertę kabli i gumowych rurek. Rozdzielił je na dwie części i jedną z nich podał swojemu koledze. Obaj podeszli do Reima i zaczęli mu je w różne miejsca przyczepiać lub wtykać. Jeden z nich na siłę zapchał mu dwiema niewielkimi, jasnoróżowymi rurkami dziurki od nosa. Wsadził mu je tak głęboko, że Reim zdziwił się, iż nie przebiły mu one mózgu. Inne przewody zostały przy pomocy przyssawek mocno uczepione skóry jego czoła. Drugi z lekarzy skupił się na przyczepianiu ich na jego klatce piersiowej i udach. Kiedy skończyli, odsunęli się nieznacznie od stołu i dumnie lecz wciąż z widocznym lękiem patrzyli na swoją pracę.
Gdy Owen zobaczył, że już wszystko jest przygotowane, powiedział jeszcze "dobranoc" i pociągnął za wajchę zakończoną czerwonym uchwytem.

Siedział przy stoliku, na którym stał jedynie pusty talerz. Podniósł zdezorientowany głowę i rozejrzał się. Kuchnia. Był w kuchni. I to bardzo znajomej kuchni. Wstał niepewnie i podszedł do okna ukazującego widok na altankę. Na zewnątrz padał gęsty deszcz przez co krajobraz wydawał się być pozbawiony życia.
Nagle mrugnął zdziwiony i odskoczył od szyby prawie się przewracając. Był już tutaj! Przypomniało mu się wszystko. Wspomnienia z Lily, rozmowa z Xerxesem, dwójka mężczyzn przyczepiająca mu do ciała różnorakie kable i rurki...
Oczy rozwarły mu się szeroko. To to miejsce! To, w którym tak często się pojawiał! Pomyślał o niby-cieniach, które tutaj spotykał i wybiegł w popłochu na dwór.
Nie zważając na lodowate i ciężkie krople deszczu biegł cały czas przed siebie, chcąc jakoś stąd uciec. Jednakże okazało się to niewykonalne. Gdy znalazł się już przy furtce, stwierdził, że jest odwrotna sytuacja do tej, którą doświadczał tak wiele razy. Nie mógł przez nią przejść. Niezależnie od tego ile biegł obraz jedynie się oddalał a on sam wciąż pozostawał w tym samym miejscu.
W końcu zmęczony padł kolanami na zabłoconą ziemię i zapłakał cicho.

Długo. Trwa to już zbyt długo, stwierdził Reim siedząc w kuchni na tym samym krześle, na którym "zbudził się" jakiś czas temu. Czekał tak w bezruchu aż się obudzi z tego snu ale nic się nie działo. Normalnie zawsze po niezbyt długim czasie wracał a tu nic. W dodatku Reim zauważył, że pomimo upływu wielu godzin, pogoda na zewnątrz wydawała się w ogóle nie zmieniać. W końcu wstał znudzony i postanowił się rozejrzeć po posiadłości.
Najpierw postanowił sprawdzić sypialnię, w której obudził się ostatnim razem ale nic tam nie znalazł. Tak samo w pozostałych pokojach na piętrze. Ruszył więc niżej ale tam było identycznie pusto. Została już do sprawdzenia jedynie piwnica. Reim wziął głęboki wdech patrząc na niknące w mroku schody i powoli, schodek po schodku zaczął schodzić na dół. Gdyby nie ściana, której się podpierał, to już kilka razy zdążył by spaść.
Kiedy znalazł się nareszcie na samym dole, zastygł w bezruchu i wyciągnął z kieszeni wcześniej znalezione pudełko zapałek. Zapalił jedną ale ta od prawie razu zgasła parząc go w palce. Zaklął pod nosem na swoją głupotę. Dlaczego nie zrobił sobie wcześniej jakiejś pochodni czy coś?!
Powoli zaczął sunąć po ziemi woląc nie odrywać od niej stóp, by na coś nie wejść. Gdy stwierdził, że już wystarczająco oddalił się od wyjścia, zdecydował zapalić kolejną zapałkę.
Coś zobaczył. Nie był pewien co dokładnie, ponieważ to zaraz zniknęło wraz z płomieniem kolejnej zapałki. Zresztą nawet nie chciał się temu przyglądać. Spanikowany na ślepo uciekł z piwnicy i pobiegł prosto do punktu wyjścia - kuchni.
Usiadł na krześle próbując się uspokoić, kiedy nagle dotarło do niego. Drzwi! Biegiem, zdyszany wrócił do piwnicy, żeby je zamknąć ale było już za późno. W progu stał w pełnej krasie niby-cień.