środa, 24 sierpnia 2016

Część 5.

Parę minut zajęło mu dojście do siebie. Doktor Owen cały czas siedział na krześle obok przyglądając mu się ze zmartwionym wyrazem twarzy.
Reim wyjąkał wciąż zdezorientowany.
- Co się stało?
Owen momentalnie się ożywił i szybko odpowiedział.
- Nic specjalnego. Proszę się nie martwić. Po prostu pan zemdlał. Zważywszy na pana stan to normalna reakcja na taką informację.
Reim w milczeniu spojrzał na widok za oknem. Zauważył, że jest już poranek.
Tym razem krajobraz nie jest tak piękny jak ostatnio, pomyślał. W istocie niebo było dość pochmurne. Cały obraz wydawał się być jakiś martwy. Reim nie potrafił wytłumaczyć sobie tego odczucia. Po prostu wszystko jakby stało się wyblakłe. W dodatku na zewnątrz nie zauważył absolutnie nikogo ani niczego. Nawet ptaków. Poza tym nie było również wcale wiatru.
Nagle Reim poczuł potrzebę zmiany tematu na coś bardziej zwykłego.
- Chyba niedługo będzie burza - zastanawiał się na głos nie odrywając wzroku od szyby.
- Być może.
Reim spojrzał na lekarza i dodał.
- W końcu wszystko dookoła sprawia wrażenie kompletnie martwego. To trochę przykry widok, prawda?
Przez krótki moment wydawało mu się, że widzi dziwny błysk w oczach Owena.
- Tak.
Wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom. Łapiąc za klamkę rzucił przez ramię.
- W każdym bądź razie proszę skupić się raczej na swoim zdrowiu aniżeli na widoku za oknem.
Wyszedł. Reim patrzył się zdziwiony na drzwi jeszcze przez kilka minut.
Czy on... nie miał przypadkiem zdenerwowanego głosu?

Następne dwa tygodnie minęły w całkowitej rutynie. Raz na cztery dni odwiedzał go doktor Owen sprawdzając jak się czuje. Przez resztę czasu opiekował się nim Break. Raz na jakiś czas mignęła mu za rogiem jakaś pokojówka w czasie przejażdżek na wózku ale nigdy nie widział ich twarzy. Za każdym razem, kiedy próbował którąś dogonić, ta znikała gdzieś bez śladu niczym duch.
Poza nimi ani razu nie widział nikogo w posiadłości. Xerxes powiedział mu, że znajdują się w rezydencji Rainsworth. Dziwnym było dla niego to, że w ogóle jej nie rozpoznał. Co więcej, wciąż wydaje mu się obca.
Gdy podzielił się tym spostrzeżeniem ze swoim przyjacielem, w odpowiedzi usłyszał tylko.
- Och, Reim, przecież przeszedłeś tak wiele, że możesz jej nie poznawać.
Przez ten cały sielankowy okres ilekroć pytał się o to co się działo przez ten cały czas i dlaczego nie pamięta, był przez swoich rozmówców zbywany. Zawsze z tym dziwnym błyskiem w oczach i zirytowanym tonem.
W czasie jednego z wieczorów, gdy Break pomagał mu się przebrać w piżamę, przyszło mu coś do głowy.
- Xerx?
- Tak? - powiedział uprzejmie okrywając Reima kołdrą.
- Gdzie jest Sharon?
Break na chwilę zamarł pochylony nad łóżkiem. Przez jego bladą twarz przemknął grymas wściekłości, który nie uciekł uwadze Reima.
Jednakże niemal od razu został on zastąpiony ciepłym uśmiechem.
- Panienka jest w innej posiadłości. Chciała dać ci jak najwięcej ciszy i spokoju - urwał i dokończył tonem, przez który z lekka przebijała się gorycz. - Dlatego zamiast zadawać tyle bezsensownych pytań, zajmij się odpoczynkiem.
Nim Reim zdążył cokolwiek powiedzieć, ten gwałtownym ruchem ściągnął mu okulary z nosa, rzucił je na blat szafki i pośpiesznie wyszedł trzaskając drzwiami.

W środku nocy zbudziły go głośne kroki na korytarzu. Śniło mu się coś nietypowego. Mianowicie był w jakimś całkowicie ciemnym pomieszczeniu. Słyszał w nim jedynie dziecięcy chichot i jakieś posapywania. Poza tym nic się nie działo aż nagle obudziły go te hałasy.
Kierowany ciekawością postanowił sprawdzić co się dzieje. Być może w końcu czegoś się dowiem, zastanowił się.
Najciszej jak umiał, po wcześniejszym założeniu okularów, dźwignął się na wózek stojący tuż przy jego łóżku. Był wdzięczny, że Xerxes zawsze pamięta o tym, aby naoliwić koła. Gdyby nie to, ciężko byłoby wyjechać na zwiady z trzeszczącym pojazdem.
Podjechał powoli do drzwi i wyjrzał przez dziurkę od klucza. Nie zauważył nikogo na zacienionym korytarzu. Nie słyszał też już żadnych dźwięków. Powoli pociągnął więc za klamkę i wychylił dla pewności głowę na zewnątrz. Obydwie strony holu ginęły w nieprzeniknionym mroku.
Reim powoli wyjechał na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Starał sobie przypomnieć, w którą stronę znikały te kroki. W prawo, stwierdził. Następnie wykręcił wózek i ruszył wgłąb holu.
Jadąc cały czas prosto zaczął słyszeć z oddali niewyraźne rozmowy. Kiedy dojechał do końca korytarza, jego oczom pokazały się masywne, metalowe drzwi. Dziurka od klucza była na tyle mała, że nic nie było przez nią widać.
Przyłożył więc ucho do zimnego metalu i wytężył słuch.
- Niech on przestanie zadawać t e pytania! - zawołał rozhisteryzowany głos, w którym Reim od razu rozpoznał Xerxesa.
- Uspokój się. Jeśli będziesz zachowywał się w tak nierozważny sposób, to zacznie węszyć - powiedział inny, obcy głos.
- No tak ale powoli doprowadza mnie to do szału! Od ponad dwóch tygodni prawie codziennie pyta się o to samo! - wziął głęboki, drżący oddech i dodał. - A ostatnio wspomniał jeszcze o niej...
- O kim?
- O panience Sharon.
- Co mu powiedziałeś? - spytał głos.
- Że jest w innej posiadłości po to aby mógł wypocząć.
- I uwierzył ci?
- Oczywiscie, że nie!
- Więc dlaczego zaserwowałeś mu tak głupią wymówkę, skoro wiedziałeś, że nie uwierzy?
- A co miałem powiedzieć?! Zapytał się o to tak nagle! Nic nie przychodziło mi do gło-!
Głos zabrzmiał, przerywając mu.
- Ty głupcze! Zasiałeś ziarno wątpliwości w jego i tak już podejrzliwej głowie! Teraz na pewno będzie zacieklej szukał odpowiedzi na te swoje durne pytania! Nie można pozwolić, żeby nam przeszkadzał!
Nagle w pokoju rozległy się odgłosy tłuczenia i rzucania. Kiedy po chwili umilkły, lekko zasapany głos rzekł z cichą nutą groźby.
- Masz natychmiast iść do tamtego pokoju i upewnić się, że dalej tam jest. Od tej chwili masz również bacznie obserwować jego poczynania i lepiej dobierać odpowiedzi.
- Zrozumiałem - odparł zrezygnowany Break.
Po drugiej stronie w kierunku drzwi zaczęły się zbliżać powolne kroki. Spanikowany Reim szybko oderwał się od metalu i wykręcił wózek o 180 stopni.
Ruszył czym prędzej w stronę pokoju jak najszybciej przybierając rękoma.
Tak się rozpędził, że prawie minął swój pokój. Gdy udało mu się wyhamować, szarpnął za klamkę i wjechał do sypialni zamykając za sobą drzwi.
Okrywał się szczelnie kołdrą, w momencie kiedy Break wszedł do środka.
Od razu spostrzegł, że Reim nie śpi.
- Dlaczego nie śpisz?
Przestraszony i zdyszany ucieczką, Reim odpowiedział siląc się na spokój.
- Niedawno wybudziłem się z dość przerażającego koszmaru.
Albinos przyjrzał się spoconej i zaczerwienionej twarzy.
- I to cię tak zmęczyło? - zapytał sceptycznie.
- Ach, to... - Reim spojrzał zażenowany na swojego rozmówcę. - Po prostu, kiedy tak leżałem po obudzeniu zachciało mi się do toalety i... - przerwał na chwilę. - tak mi wstyd o tym mówić ale, gdy myłem ręce, zerknąłem na swoje odbicie w lustrze i wydawało mi się, że widzę tam postać z tego koszmaru.
- I?
Policzki Reima jeszcze bardziej poczerwieniały.
- I prawie spadłem z wózka. W panice wleciałem tutaj i rzuciłem się na łóżko.
Przez chwilę Break przyglądał mu się w zamyśleniu rozważając czy mówi prawdę.
Reim doszedł do wniosku, że jednak mu uwierzył, kiedy odparł.
- W porządku. W takim razie pójdę już.
Gdy zamknęły się za nim cicho, westchnął z ulgą. Zamiast spróbować zasnąć zaczął zastanawiać się nad tym co usłyszał.
Myślał nad tym do kogo należał ów tajemniczy głos i dlaczego Xerxes był taki zdenerwowany.
W każdym razie, stwierdził, muszę na siebie uważać.
Był tak pogrążony w myślach, że nie zauważył kiedy zasnął.

Śniło mu się, że siedzi w swojej dawnej sypialni. Wszystko było tam takie samo jak za dawnych lat. Nawet najdrobniejsze szczegóły się zgadzały. Tylko jedno nie; okno było zakratowane od środka jak w jakimś więzieniu.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Część 4.

Po raz kolejny siedział w tym samym ogrodzie. Znów wszystko było na tym samym miejscu a on był tam całkiem sam. Stojąca przed nim filiżanka była wypełniona mlekiem tak jak poprzednim razem. Przypomniawszy sobie wyborny smak tego napoju z ostatniego razu, bez namysłu złapał za niewielkie uszko i wypił wszystko. Następnie chwycił za imbryk i dolał sobie drugą porcję.
Siedział tak bezczynnie i pił aż do ostatniej kropli. Kiedy skończył, rozejrzał się w końcu uważniej po okolicy.
Wtem zauważył, że jednak coś jest inaczej. Zza jednego z żywopłotów wystawał jakiś kawałek materiału. Zaciekawiony Reim postanowił przyjrzeć się temu bliżej.
Szybko dotarł na miejsce, gdzie zauważył, że tym materiałem jest jedwabna wstążka o kolorze czerwieni, którą ktoś przywiązał do jednej z gałązek.
W momencie, gdy dotknął ją by zerwać, znów usłyszał ten sam cichutki lecz wyraźny śpiew. Domyślił się, że dochodzi on gdzieś z okolic okrytych gęstą mgłą; tam gdzie powinna znajdować się brama.
Niepewnie ruszył w tamtą stronę chcąc dowiedzieć się kto jest wlascicielem tego głosu. Tym razem cel powiększał się w jego oczach zamiast pozostawać taki sam, jak wtedy, kiedy usiłował zbliżyć się do rezydencji.
Kiedy wszedł w gęstą, białą mgłę, śpiew się nasilił. Nabrał też jakby nieco hipnotycznej nuty. Reim jak oczarowany szedł powoli przed siebie. Po chwili dostrzegł nawet kontury bramy. Minął ja i ruszył dalej - wgłąb lasu, co zauważył po coraz większej ilości rozmazanych drzew dookoła.
Po okropnie długim spacerze wydawało mu się, że widzi jakieś niebieskawe światło przed sobą. Kiedy już dochodził do niego, nagle z powrotem się włączył.
Teraz znów był w jeszcze innym pokoju. Po białych kafelkach na podłodze i suficie oraz po mokrej od wody wannie zrozumiał, że tym razem to łazienka.
Mam mokre włosy, stwierdził w myślach. Tak więc musiałem się myć... a raczej ktoś musiał mnie myć. Ta myśl i wspomnienie, kiedy to ujrzał swoją klatkę piersiową, wprawiły go w podwójne zniesmaczenie.
Zajęło mu kolejną chwilę aby zorientować się, że siedzi na wózku inwalidzkim. Tym samym, który widział wcześniej w tamtej sypialni.
No to już wiem co on tam robił.
Na rękach i nogach wciąż... a może znów? zastanowił się, miał bandaże. Postanowił sprawdzić czy na brzuchu też. Dlatego ostrożnie złapał za brzeg koszuli od piżamy i ślimaczym tempem odchylił ją do tyłu. Na szczęście, tamto miejsce również było zabandażowane.
Na kranie spostrzegł niewielkie lusterko. Z lekkim wahaniem chwycił je chcąc sprawdzić czy z jego twarzą wszystko w porządku. Odruchowo, gdy zobaczył swoje odbicie, odrzucił lusterko. Uderzyło ono o ścianę i w kawałkach legło na kafelki. To zachowanie wywołał widok jego własnych oczu. Miały one strasznie ciemne sińce a same źrenice zakrywały prawie całe oczy co nadawało mu dość obłąkany wygląd. W dodatku były one nienaturalnie szeroko rozwarte. Nim zniszczył przedmiot dostrzegł też fakt, iż jego wargi są kompletnie zsiniałe i całe popękane.
Zanim zdążył do końca przetworzyć to co zobaczył, drzwi rozwarły się szeroko.
W progu stanął ktoś obcy dla Reima. Po charakterystycznej sukience rozpoznał w tej młodej kruczoczarnej dziewczynie pokojówkę. Na jego widok widocznie zbladła i po chwili z krzykiem wybiegła z łazienki.
Nie minęło zbyt dużo czasu nim Break przybiegł na miejsce. Z rozwartymi oczami wpatrywał się w niego tak jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
Naprawdę dziwne...
- Xerx... - zaczął. - dlaczego zachowujesz się w ten w ogóle niepodobny do ciebie sposób?
I tym razem nie doczekał się odpowiedzi.
- Znowu się ocknąłeś! - Break zamiast tego wykrzyczał uradowany. - To niebywałe!
Reim patrzył na niego oniemiały. Co on ma na myśli? Co w tym niebywałego? To takie dziwne, że nie śpię?
Postanowił ponowić próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
- Co masz na myśli?
Break podszedł i pochyliwszy się nad nim, chwycił jego twarz w dłonie. Pomimo iż Reim zdawał sobie sprawę z tego, że są one zawsze nieludzko lodowate, to i tak dostał gęsiej skórki.
- Nic takiego - odparł cicho z niepewnym uśmiechem. - Po prostu cieszę się, że się budzisz. To na pewno dobry znak.
Reimowi nie spodobała się ta odpowiedź. Nie zważając na długie, chude palce, które pieściły jego bladą twarz, zapytał z zaniepokojoną miną.
- Dlaczego mówisz w taki dziwny i niezrozumiały sposób, Xerx? Co się stało?
Na chwilę z białej twarzy Breaka zniknął delikatny uśmiech.
- Uważam, że powinieneś porozmawiać z lekarzem. Ma przyjechać za parę minut.
Puścił twarz okularnika i zniknął za jego plecami. Po chwili wózek ruszył ociężale.

Po nieskończenie długiej chwili w końcu dotarli do pokoju, w którym Reim przebywał już wcześniej.
Przypomniała mu się tamta kobieta, dlatego postanowił zagadnąć.
- A co z tamtą pokojówką, która wybiegła z krzykiem?
- Nic takiego. Po prostu przestraszyła się dziewczyna - zaśmiał się serdecznie.
- Ale czego się tak wystraszyła? - drążył.
- Ciebie. Była przekonana, że będziesz s p a ł tak jak zawsze - zaakcentował ten czasownik w dość nietypowy sposób.
Znów to samo, pomyślał rozczarowany Reim.

Tak jak mówił Xerxes, doktor przyszedł naprawdę szybko.
A raczej wleciał, sprostował Reim przyglądając się młodemu brunetowi w pomiętym fartuchu, który wyglądał jakby właśnie przebył maraton.
Lekarz uśmiechnął i ciut zbyt głośno zawołał.
- Dzień dobry! Nazywam się Harrison Owen. Wyciągnął rękę na powitania.
- Dzień dobry. Jestem Reim Lunettes - odpowiedział, chwytając wyciągniętą dłoń.
Po skończeniu standardowych uprzejmości, Owen przysunął sobie krzesło obok łóżka, na którym siedział Reim i powiedział.
- Przybiegłem od razu, kiedy usłyszałem, że się pan w końcu obudził. To naprawdę świetna wiadomość. Ale... - urwał na chwilę. - pański przyjaciel powiadomił mnie również o pańskiej amnezji.
Reim postanowił zapytać się go o rzecz, która nagle wydała mu się dość istotna.
- Czy mógłby mi doktor powiedzieć ile... spałem?
- Około sześciu lat - stwierdził bez ogródek.
Gdyby oczy mogły wypaść od zbyt szerokiego rozwierania, to gałki Reima właśnie turlały by się po podłodze.
- C... co takiego?
- Rozumiem, że może to być dla pana bardzo szokujące i ciężkie do zrozumienia. Jeśli to pana pociesza, to niektórzy ludzie pozostają w śpiączce o wiele dłużej.
- W... śpiączce?
Reim nie dowierzał własnym uszom. Zaczęło kręcić mu się w głowie i czuł się jakby miał zaraz zwymiotować. Widział, że lekarz coś do niego mówi ale nie docierał do niego sens słów.
Zachwiał się i poleciał bezwładnie do przodu. Świat nagle stał się całkowicie czarny.

Część 3.

Tak jak ostatnim razem gdy się wyłączył, siedział przy okrągłym stoliczku w ogrodzie Rainsworth. Tylko, że tym razem było nieco inaczej. Był tam kompletnie sam. Na stoliku przed nim stała filiżanka herbaty i talerzyk z kawałkiem smacznie wyglądającego ciasta. Rozejrzał się zdezorientowany wszechobecną ciszą. Nie było słychać ani śpiewu ptaków ani nawet powietrza, które z lekka powiewało w to upalne popołudnie.
W oddali zamajaczył mu dwór Rainsworth. Był to okazały zdobiony budynek z białego marmuru. Reimowi przypomniały się czasy dzieciństwa, kiedy to razem z Sharon biegali po długich, krętych korytarzach w tę i z powrotem.
Spojrzał w drugą stronę spodziewając się zobaczyć olbrzymią bramę wejściową ale nie było jej tam. A przynajmniej jej nie widział, bowiem cały tamtejszy obszar okrywała, niczym koc gęsta mgła.
Wstał postanowiwszy poszukać kogoś w rezydencji.
Po około piętnastu minutach spaceru zatrzymał się zmęczony. Posiadłość wydawała mu się być równie daleko jak przedtem. Kiedy się obejrzał, okazało się, że tak naprawdę nie ruszył się o więcej niż dwa metry od stolika. Osłupiały usiadł z powrotem na krześle, by dać odpocząć nogą.
Dopiero teraz dostrzegł, że w filiżance znajduje się jakiś biały płyn zamiast herbaty. Z lekkim wahaniem uniósł ją i spróbował zawartości. Po raz kolejny zaskoczony doszedł do wniosku, że to po prostu mleko. Wypił jednym haustem całą zawartość naczynia i gdy chciał dolać jeszcze trochę z imbryka stojącego nieopodal, usłyszał z oddali cichy śpiew.
Odwrócił się w kierunku, z którego wydawało mu się, że wydobywa się głos.
I wtem wszystko stało się kompletnie czarne.
Znów czuł palący ból w całym ciele. Przekręcił powoli głowę w prawo i jego oczom ukazały się niewyraźne z powodu braku okularów oraz wszechogarniającego mroku drzwi. Momentalnie zrozumiał, że ponownie znajduje się w tej celi. Pomimo płonącego bólu, jego poranionym ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Z wysiłkiem przekręcił się na jeden z boków. Pożałował tej decyzji, ponieważ ramię, na którym się położył było miejscami pozbawione mięsa przez co perłowa kość połyskiwała na tle krwistej czerwieni.
Zamiast próbować przekręcić się na drugą stronę, Reim ignorując rękę zwinął się powoli w ciasny kłębek.
Wciąż dyszał z cierpienia, gdy drzwi po raz kolejny otworzyły się na oścież ukazując postać niewielkiej dziewczynki wraz z jej psem.

Reim obudził się gwałtownie z czegoś co mogło być koszmarem. Nie był pewien dlaczego tak nagle się wybudził. Nie pamiętał, żeby mu się coś śniło ale w końcu ponoć nie zawsze pamięta się swoje sny, prawda?
Rozejrzał się po pokoju i ze zdziwieniem stwierdził, że nie wie gdzie się znajduje. Pomieszczenie o pomarańczowych ścianach wyglądało na sypialnię. Aby móc się lepiej mu przyjrzeć, ze stęknięciem uniósł się na trzęsących rękach do pozycji siedzącej i wyciągnął jedną z nich w stronę czegoś co wydawało mu się być stolikiem nocnym. Od razu wyczuł swoje okulary. Chwycił je i sprawnie założył.
Tak jak mu się wydawało była to niewielka sypialnia o dość spartańskim wystroju. Całe umeblowanie składało się na łóżko, na którym siedział, dębową szafę zajmującą przeciwległą ścianę oraz niewielką szafkę, z której zabrał okulary. Jego wzrok przykuł wózek inwalidzki stojący blisko niego.
Ciekawe po co to tutaj jest, pomyślał.
Wiszące wysoko nad niebem za oknem słońce wskazywało na to, że zbliża się południe.
Reim postanowił spróbować wstać i rozejrzeć się nieco po tym miejscu. Kiedy z trudem przekręcił się i zrzucił nogi na podłogę, jego oczy rozszerzyły się szeroko.
Dolne kończyny tak samo jak zresztą górne pokryte były ciasno bandażami, ale tym co wprawiło go w przerażenie nie były śnieżnobiałe opatrunki a lewa stopa.
A raczej jej brak.
Po kilku sekundach odrętwienia krzyknął cicho. Nie odrywając wzroku od przestrzeni, którą powinna zajmować stopa, gwałtownie wyciągnął jedna rękę przed siebie jakby chciał chwycić nieistniejącą część ciała i upewnić się, że to tylko umysł płata mu figle. Jednakże jego osłabione ciało natychmiastowo poleciało na twardą podłogę wyłożoną jasnobrązowymi deskami.
Po raz kolejny krzyknął, tylko że tym razem z bólu lądując na lewym boku. Usiłował podźwignąć się do góry przy pomocy ręki, która nie ucierpiała na skutek lądowania, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem.
W przejściu stanął wyraźnie zaniepokojony mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i czerwonym oku.
Reim od razu go rozpoznał.
- Xer...x...? - wysapał.
Tamten rzucił się w jego kierunku i upadł z impetentem na kolana. Chwycił rannego pomagając mu dostać się do pozycji siedzącej i zawołał.
- Reim?! Ty naprawdę mówisz?!
Okularnik spojrzał na niego dziwnie.
- No tak... Dlaczego zachowujesz się w ten sposób? To zupełnie do ciebie nie podobne.
Xerxes nie zważając na pytanie podźwignął Reima do góry i ledwo położył z powrotem na łóżko w taki sposób, że jego nogi wciąż zwisały nad ziemią a tułów leżał na miękkim materacu. Szarpnął do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy odsłaniając całą stertę bandaży okalających klatkę piersiową. Reim zauważył, że po lewej stronie przecieka krew. Domyślił się, że to z powodu jego upadku.
Break odchylił się, żeby sięgnąć do szafki nocnej. Z jednej z szuflad wyjął zwitek elastycznych bandaży, który rzucił na pościel obok. Złapał za zużyte opatrunki i zerwał je z wprawą z ciała Reima. Ten zbladł, gdy zobaczył co się pod nimi znajduje. Jego tułów zamiast skóry pokryty był czymś co wyglądało jak lepka szaroróżowa maź, z pod której widoczne były różne mięśnie i ścięgna a gdzieniegdzie prześwitywały nawet kości. Z pęknięć powstałych na boku powoli sączyła się gęsta, ciemnoczerwona krew.
Poczuł, że zbiera mu się na wymioty.
- Co... co to... jest? -wydukał zdrętwiałymi ustami.
Xerxes, którego najwyraźniej ten obraz nie odpychał spojrzał mu w oczy z nieskrywanym zdziwieniem.
- Dlaczego pytasz? Przecież wiesz.
Reim wpatrując się w swojego przyjaciela w szoku, pozwolił dać upust pytaniom, które gnębiły go przez ostatnie dobre kilkanaście minut.
- Jak to "wiem"? Niby skąd mogę wiedzieć co to za miejsce, czemu tu jestem, co mi się stało, dlaczego tak się zachowujesz oraz - przerwał na chwilę po czym dokończył nieco ciszej. - co stało się z moją stopą?
W pokoju zapadła irytująca cisza. Break patrzył z wyrazem kompletnego nie zrozumienia tak jakby oczekiwał, że Reim wykrzyczy, iż to tylko żart.
W końcu przerwał ją szept Xerxesa, który mówił najwyraźniej do siebie.
- Jak to możliwe... - nastepnie ciut głośniej zwrócił się bezpośrednio do rannego. - Czy... ty naprawdę nie pamiętasz?
- A co mam pamiętać?
Konsternacja Breaka zdawała się - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej pogłębić.
- Reim... Czy pamiętasz co wydarzyło się w posiadłości Yura?
Okularnik zamyślił się na chwilę po czym zaczął z wolna.
- Noo... Rozmawialiśmy o panience Sharon i potem sobie poszedłem...
- Ale co stało się p ó ź n i e j ? - nalegał.
Reim zmarszczył brwi.
- Później... później obudziłem się tutaj - powiedział ostrożnie.
Break jeszcze bardziej pochylił się nad swoim rozmówcą i zapytał dla pewności.
- I na pewno nie pamiętasz kompletnie nic co wydarzyło się w międzyczasie, tak?
- Tak - odparł wciąż czując się nieswojo.
Xerxes już nic nie powiedział. Dokończył jedynie zmienianie bandaży, zabrał zużyte i wyszedł bez słowa zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
Reim leżał w całkowitym bezruchu; tak jak go zostawił. Mając cały czas w swojej świadomości wizerunek tego ohydnego czegoś co nieudolnie zastępowało mu skórę, bał się, że znowu mu się coś rozerwie albo - jeszcze gorzej - wypadną mu wnętrzności. Na tą absurdalną ale jednak dość prawdopodobną w obecnej sytuacji myśl zrobiło mu się jeszcze bardziej słabo.