Po incydencie z Breakiem rolę opiekunki Reima przejęła kruczoczarna
pokojówka, którą pamiętał z sytuacji w łazience, kiedy to uciekła przed
nim z krzykiem. Wbrew temu niezbyt przyjemnemu pierwszemu wrażeniu,
okazała się być bardzo miła i pomocna. Reim dowiedział się, że na imię
jej Nistaranga.
- To dość... egzotyczne imię - stwierdził pewnego dnia Reim.
Dziewczyna speszona odparła tylko.
- Tak... Mój ojciec nie jest stąd. To on mi je nadał.
Za każdym razem, gdy prosił Owena o możliwość odwiedzenia Xerxesa, ten zawsze odpowiadał mu.
- Break jest bardzo chory i nie należy zakłócać mu spokoju.
Reimowi ta odpowiedź zaczęła się bardzo nie podobać, kiedy serwowano mu
ją nawet miesiąc później. Ile można się leczyć po takim epizodzie?
Rok?, zastanawiał się zaniepokojony. Dlatego postanowił, że poszuka go i
odwiedzi na własną rękę. Mógł poprosić o pomoc Nistarangę ale obawiał
się, że ona pomimo swojego niezwykle miłego usposobienia i naturalnej chęci do
pomocy, również będzie starała się odwieść go od tego.
Jednej z nocy wymknął się z pokoju tak jak ostatnim razem lecz gdy
znalazł się na korytarzu, uświadomił sobie, że przecież nie wie gdzie go
zabrano. Cholera, pomyślał ale chwilę później stwierdził, że będzie po
prostu szukać na ślepo.
Ruszył powoli w stronę, gdzie jak mu się zdawało znajdowało się skrzydło
szpitalne. Dotarłszy tam, zaczął po kolei ostrożnie zaglądać do pokoi.
Większość z nich okazała się być pusta. Zrezygnowany chwycił za klamkę
ostatniego z pomieszczeń i tak jak w poprzednich przypadkach powoli
wsunął głowę do środka.
W sali panował półmrok. W jego ciemności z
trudem udało mu się dojrzeć cienką sylwetkę, znajdującą się na
szpitalnym łóżku. Reim popchnął drzwi i wjechał do pomieszczenia,
zamykając je za sobą starannie. Na chwilę zalała go fala euforii na
widok swojego przyjaciela ale minęła ona niemal od razu, gdy dostrzegł
trzymające go grube pasy i kroplówkę podłączoną do lewej ręki. Reim
wyciągnął przed siebie drżącą rękę i delikatnie szarpnął go za ramię,
chcąc go zbudzić. Na ten gest Break poruszył niespokojnie głową i wydał z
siebie dziwny bulgot. Kiedy Reim ponowił próbę lecz ciut mocniej, prawa
powieka albinosa powoli uniosła się do góry.
Reim odruchowo
wzdrygnął się, zobaczywszy jego wzrok. Oko Breaka, dziwnie zamglone,
jakby znajdował się pod wpływem jakiś silnych leków, wpatrywało się w
pustą przestrzeń sufitu.
- Xerx? - szepnął Reim.
Break na dźwięk Reima wierzgnął gwałtownie na tyle na ile pozwalały mu pasy.
- Xerx, to ja Reim. Poznajesz mnie? - ponowił.
Na krótką chwilę Break oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Reima. Jak
w zwolnionym tempie widział jak zaraz jego oko rozszerza się w panice a
wargi rozchylają się do krzyku. Chcąc go powstrzymać, Reim szybko
wyciągnął ręce i zakrył nimi jego usta i szepnął nieco zbyt ostro.
- Nie! Proszę nie krzycz. Chcę tylko porozmawiać.
Break nie odrywał od niego przerażonego oka, gdy ten powoli zabrał ręce z jego twarzy.
- Xerx, powiedz mi proszę. O czym wtedy krzyczałeś?
- Nie pamiętasz? - zadał kolejne pytanie widząc niepewność na twarzy Breaka.
Nagle z jego rubinowego oka zaczęły toczyć się gęste łzy a wargi zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały.
- Xerx, błagam.
Powoli usta rozchylony się nieznacznie. Break mówił tak cicho, że Reim
musiał się cały nad nim pochylić, żeby móc cokolwiek usłyszeć.
- Pamiętam... wszyst... ko.
- Więc powiedz mi, dlaczego j a nic nie pamiętam.
- To przez... przez Nich.
- Nich? - powtórzył Reim.
- Tak. Oni... przyszli i obiecali, że ci pomogą, że wszystko będzie dobrze... Ja nie wiedziałem co robić... Ja-
- Ale dlaczego potrzebowałem pomocy, Xerx? - przerwał mu. - Czy to z powodu tych ran?
- Też...
- A... skąd one się wzięły? - kiedy do głowy powróciły mu tamte
przerażające obrazy z małą, błękitnooką dziewczynką, dodał. - Czy to ma
coś wspólnego z tym dzieckiem, o którego się wcześniej pytałem?
Na
to Break drgnął a jego twarz znów zbladła i to tak mocno, że wyglądało
to jakby miał zaraz zwymiotować, ale tym razem odpowiedział.
- T-tak... To ona... ONA DO TEGO DOPROWADZIŁA! - krzyknął nagle.
Reim spanikowany znów zakneblował rękoma usta Breaka i poprosił rozpaczliwie.
- Naprawdę nie krzycz!
Znowu zabrał ręce ale dopiero wtedy, kiedy Break się uspokoił.
- Ta mała, przeklęta wiedźma to wszystko zaczęła - kontynuował płaczliwym głosem. - Ale to Oni zrobili TO.
- "To" to znaczy co? - spytał Reim.
Tym razem Xerxes już nic nie powiedział. Jego oczy na powrót zrobiły
się puste i pozbawione wyrazu. Gdy okularnik chciał spróbować raz
jeszcze zwrócić swoją uwagę na Breaka, żeby dowiedzieć się czegoś
jeszcze, wzdłuż jego kręgosłupa przemknął nagły dreszcz. Odniósł
wrażenie, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Odwrócił się i wtedy zobaczył
co wywołało u niego to uczucie. W pustym kącie pomieszczenia, na lewo od
drzwi stał Niby-Reim. Ten sam, którego spotkał w lesie. Siedział na
wózku jak wryty, nie wiedząc co począć. Jego sobowtór powolnym krokiem
podszedł do niego i w całkowitym milczeniu wyciągnął prawą rękę ku
Reimowi, dotykając opuszkiem palca jego czoła. Ten nagle pod wpływem
okropnego bólu spadł z krzykiem na podłogę. Nie potrwał on długo, gdyż
zanim do sali zdążył wbiec lekarz, jego świadomość pochłonął mrok.
Reim obudził się w swoim starym łóżku. Nie będąc pewnym jak się tu
znalazł, podniósł się powoli i spuścił nogi na ziemię. Wtem zobaczył coś
co utwierdziło go w przekonaniu, że to kolejny sen. Jego lewa stopa
była na swoim miejscu. Dla pewności uniósł też do góry śnieżnobiałą
koszulę od piżamy. Skóra na jego klatce piersiowej była jak najbardziej w
porządku.
Podźwignął się powoli z łóżka i otworzył drzwi prowadzące
na zewnątrz. Korytarz był pusty. Ruszył więc na dół. Kierowany nagłym
głodem, skręcił w stronę kuchni. W środku również panowała cisza. Przez
poranne promienie słoneczne widać było maleńkie drobinki kurzu, tańczące
w powietrzu. Reim zbliżył się do jednej z kremowych szafek. Wewnątrz
jednak nie było kompletnie nic. To samo znajdowało się w pozostałych
szafkach. Z westchnięciem rezygnacji podszedł do okna. Pomimo słońca
oświetlającego pomieszczenie, na dworze było ponuro. Olbrzymie krople
deszczu spadały na poszarzały krajobraz, mocząc wszystko na swojej
drodze. Reim spojrzał w kierunku niewielkiej altanki. Przez chwilę
poczuł jak jego serce stanęło. Przy jednej z dwóch białych ławeczek
stało kilka Niby-cieni. Patrzyli się wszyscy swoimi śnieżnobiałymi
oczyma prosto na niego.
Reim odskoczył jak poparzony i nie wiedząc co robić, pobiegł z
powrotem na górę; do sypialni. Susem doskoczył do drzwi i zamknął je za
sobie z trzaskiem.
Tam też byli. Czekali na niego. Stali po drugiej
stronie pokoju, na przeciwko drzwi; na przeciwko Reima. Chwycił i z
całych sił szarpnął za klamkę lecz zamek nie chciał puścić. O mój Boże,
pomyślał a następnie zrezygnowany spojrzał na cienie przed nim i zsunął
się plecami po drzwiach. Gdy powoli przybliżyły się i pochyliły nad nim,
podciągnął kolana pod brodę rękoma i schował głowę nie chcąc na nie
patrzeć. Później poczuł jak ich podłużne, czarne ręce dotkają jego
głowy. Wrzasnął z powodu gwałtownego napływu fali wspomnień. Przed
oczami mignęła mu ta sama dziewczynka co wtedy; Lily, przypomniał sobie.
Następne obrazy były już tylko gorsze, gorsze nawet od niby-cieni.
Jego umysł zatonął w zagubionych wspomnieniach, stając się coraz to
bardziej ciężkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jakim
błogosławieństwem była niepamięć.Widział małą, śmiejącą się radośnie w obliczu tej makabry Lily, widział
jej ukochanego pupilka, który czerpał przyjemność z torturowania go,
widział pokryte zaschniętą krwią, jego krwią ściany z litego kamienia i w
końcu widział siebie: wychudzonego i okaleczonego mężczyznę, topiącego
się w krwistej posoce, która wypływała z niego przez liczne rany. W
późniejszym czasie była już tylko czerń i ból.
Reim leżał w podartych ubraniach, które miał na sobie na przyjęciu w
rezydencji Yury. Przypominał on starą, zużytą lalkę, której nikt już nie
potrzebuje. Na to, że jeszcze w ogóle żył wskazywała jedynie słabo
unosząca się klatka piersiowa, chcąca dostarczyć choć trochę tlenu do
powoli umierających płuc. Niegdyś karmelowe oczy, dziś obłędu i
świadomości nieuchronnego końca nie raczyły nawet spojrzeć na przerażoną
postać, zbliżającą się ku niemu.
- Reim! - Xerxes wydał z siebie pełny cierpienia i goryczy krzyk, padając na kolana przy swoim najlepszym przyjacielu.
- Reim, tak bardzo mi przykro! Nie chciałem, żeby do tego doszło! -
zawodził, szlochając i głaszcząc najdelikatniej jak tylko potrafił głowę
Reima, którą wcześniej ułożył sobie na kolanach. - Mówiłem, prosiłem,
abyś z nami nie szedł!
Break nie zważając na wszechobecną juchę, przytulił do siebie rozpadające się w oczach ciało i zaczął je kołysać jakby do snu.
Wtem do pomieszczenia weszła niska pokojówka o czarnych włosach i powiedziała cicho z dziwnym akcentem
- Ja wiem jak można uratować pańskiego przyjaciela.
Break spojrzał na nią ostrożnie z mieszającą się na jego zapłakanej twarzy rozpaczą i nadzieją.
- Jak? - spytał.
- Cóż, najpierw musi pan coś dla nas zrobić.
Reim z wyraźnym trudem otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się w jakimś
innym pomieszczeniu. Przypominało ono raczej laboratorium aniżeli
zwykły pokój. Kiedy chciał się poruszyć, stwierdził, że znów przywiązany
jest pasami do łóżka. Historia lubi się powtarzać, pomyślał. I
faktycznie coś w tym było. Otóż, miał nieodparte wrażenie, że już
niejednokrotnie tu był ale nie mógł się nad tym zastanowić, bo mózg
zalany miał wspomnieniami z Lily i Bandersnatchem w rolach głównych.
Stwierdził, że w każdym bądź razie najpierw musi się stąd wydostać i
dowiedzieć się co wydarzyło się później, co sprawiło, że dalej tu jest i
to żywy.
Nie dano mu możliwości nawet spróbowania wymyślenia
jakiegoś planu ucieczki. Do pokoju pełnego przeróżnych lekarskich
przyrządów wszedł Harrison Owen wraz z dwoma obcymi mężczyznami o dość
ciemnej, nietutejszej karnacji, którzy najwyraźniej również byli
lekarzami co Reim poznał po kitlach.
sobota, 3 grudnia 2016
piątek, 21 października 2016
Część 10.
Siedział on w błocie oparty o pobliskie drzewo. Zamglonym i jakby
niewidzącym wzrokiem wodził niespokojnie gdzieś w dal. Cały jego prawy
bok poplamiony był zaschnięta krwią. Zauważył, że cały się lekko trząsł.
Nie reagował, gdy Break powoli zbliżył się i ukucnął przed nim. Ale
kiedy delikatnie dotknął jego ramię, Reim nagle wrzasnął jak ranne
zwierze i odepchnął od siebie albinosa tak, że ten prawie przewrócił się
na plecy. Ręce Breaka momentalnie wystrzeliły w przód wbijając się w
ramiona Reima, na co w odpowiedzi ten zaczął płakać i krzyczeć jeszcze
bardziej doniośle. Xerxes gwałtownie nim potrząsnął i przybliżając swoją
twarz do jego, zawołał.
- Reim! Słyszysz mnie?
Brak reakcji.
Break zacisnął zęby, oplótł go szczelnie ramionami i zaczął ciągnąć po ziemi w stronę wózka. Przez cały czas Reim wymachiwał rękami i nogami wrzeszcząc w niebo głosy. Z trudem Breakowi udało się posadzić go na miejscu. Nastepnie chwycił pas wystający z bocznej poręczy fotela i przywiązał mu do niego rękę. To samo zrobił z drugą oraz z nogami. Kiedy skończył, złapał za uchwyty znajdujące się z tyłu wózka i czym prędzej zabrał Reima z lasu.
Dotarłszy do środka rezydencji, zostawił na korytarzu spokojnego już Reima i pobiegł na górę.
Na piętrze wszedł do jednego z pokoi. Zobaczywszy śpiącego w łóżku Owena, doskoczył do niego i szarpiąc go za ramię, krzyknął zdyszany.
- Szybko! Coś się stało z Reimem!
Lekarz z trudem otworzył oczy i zaspanym głosem stęknął.
- Co? Mógłbyś powtórzyć?
Na to Break sfrustrowany sytuacją zrzucił doktora z łóżka i powiedział.
- Rusz się! Na dół! Teraz!
Owen niewiele rozumiejąc podźwignął się na nogi i najszybciej jak mógł pobiegł w piżamie za Breakiem.
Reim wciąż nie był w stanie w ogóle się poruszyć, gdy to psisko konsumowało najwyraźniej, sądząc po merdającym ogonie, niezwykle szczęśliwe jego lewą stopę. Przez chwilę wydawało mu się, że z oddali słyszy jakieś przytłumione głosy lecz to wrażenie szybko minęło, kiedy po pomieszczeniu echem rozniósł się śmiech dziewczynki stojącej w pobliżu i spoglądającej na niego podekscytowanymi, szeroko rozwartymi oczami. Im dłużej na nią patrzył tym bardziej wydawała mu się znajoma ale nie mógł sobie jej przypomnieć.
Wydał z siebie zduszony skrzek, kiedy nagle to zwierze, czyste 500 funtów żywej wagi, skoczyło mu na pierś. Potwór przysunął swój paskudny, umazany krwią Reima pysk do jego twarzy. Reim ledwo oddychając, patrzył z przerażeniem w jego mleczne ślepia oczekując najgorszego.
Jednakże kolejny atak nie nadszedł. Zamiast tego pies odskoczył do tyłu ze skowytem i uderzył łbem o ścianę. To dziewczynka nie wiadomo kiedy podeszła do nich i gwałtownie szarpnęła swojego zwierzaka za obrożę.
Uklęknęła obok Reima i spytała.
- Eeej, panie Reim? Dlaczego się wcale nie ruszasz ani nic nie mówisz?
Kiedy nie doczekała się reakcji, pochyliła się nad jego twarzą i delikatnie dotknęła jego zabrudzonego policzka.
- Jesteś taki zimny... Źle się czujesz? Może powinnam iść po doktora?
Lecz Reim wciąż nie mógł wydać z siebie żadnego, nawet najcichszego odgłosu. Potrafił jedynie zbolałym wzrokiem patrzeć na jej niewinną twarzyczkę.
Dziewczynka w końcu zabrała swoją dłoń i wstała.
- Bandersnatch! Koniec zabawy na dzisiaj. Trzeba dać trochę odpocząć panu Reimowi.
I wyszli, zamykając za sobą żelazne drzwi.
Reim dalej leżał tak jak go zostawili. Nie wiedział co się stało, skąd się tu wziął. Pamiętał, że był w tym lesie i gonił go ten dziwny sobowtór a potem ni stąd ni zowąd się tu pojawił.
Nagle cały obraz zaczął mu się rozmazywać i falować a powieki stały się ciężkie. Czuł jakby się unosił w powietrzu jak liść na wietrze. To wrażenie nasilało się stopniowo aż w końcu zastąpiła je tak dobrze mu znana czerń.
Obudził się z wrzaskiem nie wiedząc co się dzieje. Zajęło mu dobrą chwilę zorientowanie się, że jest w swoim pokoju. Był okropnie obolały i niespokojny. Chcąc zmienić pozycję na siedzącą, z przerażeniem stwierdził, że jest pasami przywiązany do łóżka. Wciąż wierzgał się i rzucał bezskutecznie, kiedy do pomieszczenia wszedł Break.
- Dzięki Bogu! Nareszcie się obudziłeś! - wykrzyknął i podszedł bliżej.
- Co tu się dzieje?! Dlaczego jestem związany?!
Xerxes pochylił się nad Reimem i lekko pogłaskał go po głowie jak małe dziecko a następnie odparł.
- Nie przejmuj się tym. To nic takiego. Naprawdę.
- Przestańcie ciągle zbywać mnie takimi tekstami! Masz mi natychmiast powiedzieć dlaczego jestem związany! - odwarknął Reim.
Break westchnął z rezygnacją. Na chwilę na jego pobłażliwa twarz przybrała wyraz zmęczenia i przygnębienia. Nie próbując się już wymigiwać, zaczął wyjaśniać.
- Po tym jak udało mi się cię znaleźć tam w lesie, zacząłeś się bardzo dziwnie zachowywać. Wrzeszczałeś, szarpałeś się i najwyraźniej wcale mnie nie poznawałeś. Musiałem przykuć cię do wózka żebyś nie spadł po drodze i nie zrobił sobie jeszcze większej krzywdy - uciął, by nalać sobie trochę wody z dzbanka stojącego na komodzie obok. - Kiedy dotarliśmy do rezydencji, poszedłem po doktora Owena, żeby się tobą zajął.
- Wciąż nie powiedziałeś mi czemu jestem unieruchomiony - upomniał się Reim.
- Czemu? No bo rzucałeś się w amoku na wszystkie strony! Mieliśmy pozwolić ci dalej się ranić?
Reim w zamyśleniu wpatrywał się w skórzane pasy, gdy Xerxes znów się odezwał.
- No ale skoro teraz już wróciły ci wszystkie zmysły, to nie ma sensu dłużej cię tak trzymać, nie?
Wstał niepewnie i powoli rozpiął bruneta. Następnie znów usiadł na swoim miejscu, chwycił szklankę z wodą i patrzył w całkowitym milczeniu w swoje odbicie.
- Xerx, - zaczął po paru minutach Reim. - mam pytanie.
- Słucham.
- Kim jest mała dziewczynka o niebieskich oczach i jasnobrązowych włosach, chodzącą w płaszczu Baskerville'ów?
Od razu po usłyszeniu tego pytania, szklanka Breaka wysunęła mu się z dłoni i z hukiem rozbiła o podłogę, mocząc swoją zawartością jego buty.
- Xerx? - spytał Reim, patrząc zaniepokojony na oniemiałą twarz swojego przyjaciela.
- Dlaczego pytasz? - padła po minucie odpowiedź.
Reim zapytał zrezygnowanym głosem.
- Czemu ty nigdy normalnie nie odpowiadasz tylko bawisz się w takie podchody?
- DLACZEGO PYTASZ?! - wrzasnął Break tak niespodziewanie, że aż jego rozmówca prawie podskoczył.
Następnie wstał gwałtownie, przewracając krzesło, zrobił sztywno kilka kroków do tylu i wbił paznokcie w skórę głowy.
- Dlaczego?! Dlaczego?! DLACZEGO?! - jego spanikowane oczy omiatały pomieszczenie, unikając skutecznie Reima. - Czemu mi to robisz?! Przecież ja nie zawiniłem! To nie moja wina! To wszystko przez Nich!!
Reim pomimo utrzymującego się w boku bólu, szybko zszedł z łóżka i doczołgał się do Breaka, gdy ten osunął się na podłogę i docisnął plecy do ściany. Z otwartych ust ciekła mu gęsta ślina a z prawego okna spływały słone łzy.
Reim wyciągnął ręce i lekko potrząsnął swoim przyjacielem. Ten w odpowiedzi jedynie podciągnął kolana pod brodę i wydał z siebie głośny szloch.
- Xerxes! Powiedz mi co się stało - błagał okularnik. - Dlaczego nic nie pamiętam? Co tu się wyprawia?
Głos Breaka wydał się niezwykle bezbronny i pełen rozpaczy.
- Ja chciałem tylko pomóc. To nie moja wina. Skąd mogłem wiedzieć. Oni mówili, że wszystko będzie dobrze. Obiecali - bełkotał.
Reim ujął twarz w obie dłonie i zmusił go, by na niego spojrzał.
- Xerx, wyjaśnij mi proszę co nie jest twoją winą.
- Wszystko! - krzyknął. - To Ich wina! Ja... ja tylko chciałem pomóc panu Reimowi!
Zanim Reim zdążył zapytać w czym chciał mu tak bardzo pomóc do pokoju wkroczył Owen.
Spojrzał szeroko rozwartymi oczami na Breaka i odsunął od niego inwalidę.
- Proszę się do niego nie zbliżać. Ja się tym zajmę.
Podszedł do albinosa, wyjmując z płaszcza napełnioną strzykawkę z igłą i z wprawą wbił mu ją w szyję, wstrzykując zawartość prosto do żyły. Po zaledwie kilkunastu sekundach oczy Breaka zaczęły się powoli zamykać aż w końcu zapadł w głęboki sen. Widząc to lekarz westchnął z ulgą i spojrzał na Reima.
- Co się tutaj wydarzyło, że zareagował tak histerycznie?
Reim z jakiegoś powodu poczuł, że nie powinien mówić mu prawdy, dlatego odparł tylko.
- Nie mam pojęcia. Rozmawialiśmy tak jak zwykle a on nagle dostał tego... hmm... ataku.
- A czy mówił może przy tym coś konkretnego?
- Nie, wcale. Bełkotał tylko jakieś niezrozumiałe rzeczy.
Na to doktor Owen skinął głową i podniósł się.
- Cóż, najpierw pomogę panu dostać się do łóżka a potem zajmę się nim - stwierdził.
- Reim! Słyszysz mnie?
Brak reakcji.
Break zacisnął zęby, oplótł go szczelnie ramionami i zaczął ciągnąć po ziemi w stronę wózka. Przez cały czas Reim wymachiwał rękami i nogami wrzeszcząc w niebo głosy. Z trudem Breakowi udało się posadzić go na miejscu. Nastepnie chwycił pas wystający z bocznej poręczy fotela i przywiązał mu do niego rękę. To samo zrobił z drugą oraz z nogami. Kiedy skończył, złapał za uchwyty znajdujące się z tyłu wózka i czym prędzej zabrał Reima z lasu.
Dotarłszy do środka rezydencji, zostawił na korytarzu spokojnego już Reima i pobiegł na górę.
Na piętrze wszedł do jednego z pokoi. Zobaczywszy śpiącego w łóżku Owena, doskoczył do niego i szarpiąc go za ramię, krzyknął zdyszany.
- Szybko! Coś się stało z Reimem!
Lekarz z trudem otworzył oczy i zaspanym głosem stęknął.
- Co? Mógłbyś powtórzyć?
Na to Break sfrustrowany sytuacją zrzucił doktora z łóżka i powiedział.
- Rusz się! Na dół! Teraz!
Owen niewiele rozumiejąc podźwignął się na nogi i najszybciej jak mógł pobiegł w piżamie za Breakiem.
Reim wciąż nie był w stanie w ogóle się poruszyć, gdy to psisko konsumowało najwyraźniej, sądząc po merdającym ogonie, niezwykle szczęśliwe jego lewą stopę. Przez chwilę wydawało mu się, że z oddali słyszy jakieś przytłumione głosy lecz to wrażenie szybko minęło, kiedy po pomieszczeniu echem rozniósł się śmiech dziewczynki stojącej w pobliżu i spoglądającej na niego podekscytowanymi, szeroko rozwartymi oczami. Im dłużej na nią patrzył tym bardziej wydawała mu się znajoma ale nie mógł sobie jej przypomnieć.
Wydał z siebie zduszony skrzek, kiedy nagle to zwierze, czyste 500 funtów żywej wagi, skoczyło mu na pierś. Potwór przysunął swój paskudny, umazany krwią Reima pysk do jego twarzy. Reim ledwo oddychając, patrzył z przerażeniem w jego mleczne ślepia oczekując najgorszego.
Jednakże kolejny atak nie nadszedł. Zamiast tego pies odskoczył do tyłu ze skowytem i uderzył łbem o ścianę. To dziewczynka nie wiadomo kiedy podeszła do nich i gwałtownie szarpnęła swojego zwierzaka za obrożę.
Uklęknęła obok Reima i spytała.
- Eeej, panie Reim? Dlaczego się wcale nie ruszasz ani nic nie mówisz?
Kiedy nie doczekała się reakcji, pochyliła się nad jego twarzą i delikatnie dotknęła jego zabrudzonego policzka.
- Jesteś taki zimny... Źle się czujesz? Może powinnam iść po doktora?
Lecz Reim wciąż nie mógł wydać z siebie żadnego, nawet najcichszego odgłosu. Potrafił jedynie zbolałym wzrokiem patrzeć na jej niewinną twarzyczkę.
Dziewczynka w końcu zabrała swoją dłoń i wstała.
- Bandersnatch! Koniec zabawy na dzisiaj. Trzeba dać trochę odpocząć panu Reimowi.
I wyszli, zamykając za sobą żelazne drzwi.
Reim dalej leżał tak jak go zostawili. Nie wiedział co się stało, skąd się tu wziął. Pamiętał, że był w tym lesie i gonił go ten dziwny sobowtór a potem ni stąd ni zowąd się tu pojawił.
Nagle cały obraz zaczął mu się rozmazywać i falować a powieki stały się ciężkie. Czuł jakby się unosił w powietrzu jak liść na wietrze. To wrażenie nasilało się stopniowo aż w końcu zastąpiła je tak dobrze mu znana czerń.
Obudził się z wrzaskiem nie wiedząc co się dzieje. Zajęło mu dobrą chwilę zorientowanie się, że jest w swoim pokoju. Był okropnie obolały i niespokojny. Chcąc zmienić pozycję na siedzącą, z przerażeniem stwierdził, że jest pasami przywiązany do łóżka. Wciąż wierzgał się i rzucał bezskutecznie, kiedy do pomieszczenia wszedł Break.
- Dzięki Bogu! Nareszcie się obudziłeś! - wykrzyknął i podszedł bliżej.
- Co tu się dzieje?! Dlaczego jestem związany?!
Xerxes pochylił się nad Reimem i lekko pogłaskał go po głowie jak małe dziecko a następnie odparł.
- Nie przejmuj się tym. To nic takiego. Naprawdę.
- Przestańcie ciągle zbywać mnie takimi tekstami! Masz mi natychmiast powiedzieć dlaczego jestem związany! - odwarknął Reim.
Break westchnął z rezygnacją. Na chwilę na jego pobłażliwa twarz przybrała wyraz zmęczenia i przygnębienia. Nie próbując się już wymigiwać, zaczął wyjaśniać.
- Po tym jak udało mi się cię znaleźć tam w lesie, zacząłeś się bardzo dziwnie zachowywać. Wrzeszczałeś, szarpałeś się i najwyraźniej wcale mnie nie poznawałeś. Musiałem przykuć cię do wózka żebyś nie spadł po drodze i nie zrobił sobie jeszcze większej krzywdy - uciął, by nalać sobie trochę wody z dzbanka stojącego na komodzie obok. - Kiedy dotarliśmy do rezydencji, poszedłem po doktora Owena, żeby się tobą zajął.
- Wciąż nie powiedziałeś mi czemu jestem unieruchomiony - upomniał się Reim.
- Czemu? No bo rzucałeś się w amoku na wszystkie strony! Mieliśmy pozwolić ci dalej się ranić?
Reim w zamyśleniu wpatrywał się w skórzane pasy, gdy Xerxes znów się odezwał.
- No ale skoro teraz już wróciły ci wszystkie zmysły, to nie ma sensu dłużej cię tak trzymać, nie?
Wstał niepewnie i powoli rozpiął bruneta. Następnie znów usiadł na swoim miejscu, chwycił szklankę z wodą i patrzył w całkowitym milczeniu w swoje odbicie.
- Xerx, - zaczął po paru minutach Reim. - mam pytanie.
- Słucham.
- Kim jest mała dziewczynka o niebieskich oczach i jasnobrązowych włosach, chodzącą w płaszczu Baskerville'ów?
Od razu po usłyszeniu tego pytania, szklanka Breaka wysunęła mu się z dłoni i z hukiem rozbiła o podłogę, mocząc swoją zawartością jego buty.
- Xerx? - spytał Reim, patrząc zaniepokojony na oniemiałą twarz swojego przyjaciela.
- Dlaczego pytasz? - padła po minucie odpowiedź.
Reim zapytał zrezygnowanym głosem.
- Czemu ty nigdy normalnie nie odpowiadasz tylko bawisz się w takie podchody?
- DLACZEGO PYTASZ?! - wrzasnął Break tak niespodziewanie, że aż jego rozmówca prawie podskoczył.
Następnie wstał gwałtownie, przewracając krzesło, zrobił sztywno kilka kroków do tylu i wbił paznokcie w skórę głowy.
- Dlaczego?! Dlaczego?! DLACZEGO?! - jego spanikowane oczy omiatały pomieszczenie, unikając skutecznie Reima. - Czemu mi to robisz?! Przecież ja nie zawiniłem! To nie moja wina! To wszystko przez Nich!!
Reim pomimo utrzymującego się w boku bólu, szybko zszedł z łóżka i doczołgał się do Breaka, gdy ten osunął się na podłogę i docisnął plecy do ściany. Z otwartych ust ciekła mu gęsta ślina a z prawego okna spływały słone łzy.
Reim wyciągnął ręce i lekko potrząsnął swoim przyjacielem. Ten w odpowiedzi jedynie podciągnął kolana pod brodę i wydał z siebie głośny szloch.
- Xerxes! Powiedz mi co się stało - błagał okularnik. - Dlaczego nic nie pamiętam? Co tu się wyprawia?
Głos Breaka wydał się niezwykle bezbronny i pełen rozpaczy.
- Ja chciałem tylko pomóc. To nie moja wina. Skąd mogłem wiedzieć. Oni mówili, że wszystko będzie dobrze. Obiecali - bełkotał.
Reim ujął twarz w obie dłonie i zmusił go, by na niego spojrzał.
- Xerx, wyjaśnij mi proszę co nie jest twoją winą.
- Wszystko! - krzyknął. - To Ich wina! Ja... ja tylko chciałem pomóc panu Reimowi!
Zanim Reim zdążył zapytać w czym chciał mu tak bardzo pomóc do pokoju wkroczył Owen.
Spojrzał szeroko rozwartymi oczami na Breaka i odsunął od niego inwalidę.
- Proszę się do niego nie zbliżać. Ja się tym zajmę.
Podszedł do albinosa, wyjmując z płaszcza napełnioną strzykawkę z igłą i z wprawą wbił mu ją w szyję, wstrzykując zawartość prosto do żyły. Po zaledwie kilkunastu sekundach oczy Breaka zaczęły się powoli zamykać aż w końcu zapadł w głęboki sen. Widząc to lekarz westchnął z ulgą i spojrzał na Reima.
- Co się tutaj wydarzyło, że zareagował tak histerycznie?
Reim z jakiegoś powodu poczuł, że nie powinien mówić mu prawdy, dlatego odparł tylko.
- Nie mam pojęcia. Rozmawialiśmy tak jak zwykle a on nagle dostał tego... hmm... ataku.
- A czy mówił może przy tym coś konkretnego?
- Nie, wcale. Bełkotał tylko jakieś niezrozumiałe rzeczy.
Na to doktor Owen skinął głową i podniósł się.
- Cóż, najpierw pomogę panu dostać się do łóżka a potem zajmę się nim - stwierdził.
Część 9.
W jego przerażonych oczach zaświeciły iskierki nadziei, kiedy ujrzał
oświetlane przez światło księżyca kontury swojego wózka. Jednakże
zgasły one w momencie, w którym poczuł silną, zaciskającą sie na kostce
jego zdrowej nogi dłoń. Niewidzialna ręka zaczęła zdecydowanymi ruchami
ciągnąć go w tył. Reim ostatkiem sił chwycił za jedno z drzew i próbował
się do niego przyciągnąć. Odczuwał coraz to silniejszy ból w napiętych
mięśniach, które nie były przyzwyczajone do takiego wysiłku. Stworzenie
nie dało za wygraną. Po chwili poczuł na prawej nodze drugą rękę. Jego
spocone dłonie zaczęły nieubłaganie ślizgać się po twardej korze.
- Nie! - krzyknął płaczliwym głosem.
Nagle jedna z rąk puściła nogę i chwyciła go za ramię odchylając do tyłu jednym szarpnięciem. Tył jego głowy uderzył o klatkę piersiową Niby-Reima. Nim zdążył cokolwiek zrobić, szara dłoń przykryła większą część jego twarzy. Wtem Reim poczuł się dziwnie ospały. Jego ciało ogarnęła taka słabość, że aż przestał się szarpać. Mimo, iż starał się utrzymać oczy otwarte, w końcu jego powieki opadły jakby pod olbrzymim ciężarem.
Reim leżał w całkowitej ciemności. Nie czuł kompletnie nic. Nie wiedział gdzie się znajduje, ani jak się tu dostał. Było tak ciemno, że nie widział nawet ścian i podłogi. A może w ogóle ich nie ma? Może nie ma tutaj niczego?, przeszło mu przez myśl.
Niespodziewanie z wywołującym ciarki zgrzytem, otworzyły się metalowe drzwi, wpuszczając nieco światła do środka. Teraz Reim był w stanie zobaczyć skrawki oświetlonych ścian, które pokryte były zaschnięta krwią. Przez chwilę dojrzał nawet uciekającego wgłąb pomieszczenia szczura o dość pokaźnych rozmiarach.
Z trudem udało mu się przenieść wzrok na postać stojąca w drzwiach. Nie mógł dostrzec jej twarzy ale po niewielkim wzroście i sukience domyślił się, że to jakaś dziewczynka. Otworzył usta, żeby zapytać się kim jest i co tutaj robi lecz z pomiędzy jego warg nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Z zaskoczeniem spróbował odruchowo unieść dłoń do twarzy, jednakże i to mu się nie udało.
Nagle dziewczynka zawołała.
- Dzień dobry, panie Reim! Nadszedł czas na zabawę! - zachichotała i przywołała swojego psa. - Bandersnatch! Możesz już zaczynać.
Zza jej pleców wyskoczyło sporych rozmiarów psisko i rzuciło się na Reima. Ten próbował zrobić unik ale wciąż nie był w stanie się chociażby poruszyć.
Co się dzieje?!
Bandersnatch skoczył mu na klatkę piersiową powodując u Reima trudności z oddychaniem i zaczął drapać ostrymi jak brzytwa pazurami jego brzuch, wbijając się w miękką tkankę tłuszczu. Reim usiłował krzyczeć i jakoś się bronić ale jego ciało w ogóle nie reagowało. Gdyby nie przejmujący ból, można by pomyśleć, że nie należy ono do niego. Kiedy pies skończył orać w jego skórze, odwrócił się i zatopił kły jego nodze. Zęby niczym pułapka na niedźwiedzie zacisnęły się wokół lewej kostki. W tle słychać było pełen radości, dziecięcy śmiech i odgłos pękającej pod naporem silnej szczęki kości.
Break nie mogąc zasnąć postanowił sprawdzić co u Reima. Szedł szerokim korytarzem zdobionym licznymi obrazami z głową pełną niespokojnych myśli. Nie dawała mu spokoju ostatnia rozmowa z Nim. Był naprawdę wściekły, gdy wychodziłem, pomyślał. Mam nadzieję, że już się uspokoił.
Doszedłszy do pokoju Reima, otworzył powoli drzwi nie chcąc go obudzić. W środku panował półmrok, przez który Breakowi udało się dostrzec łóżko. Poczuł ukłucie niepokoju, nie widząc wózka i wypukłości pod kołdrą, która sugerowałaby, że ktoś leży w łóżku. Aby się upewnić podszedł bliżej. Zauważył pomiętą pościel i poduszkę leżącą na podłodze. Szybkim ruchem chwycił za drzwi obok prowadzące do łazienki; tam też nikogo nie było. Stał przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się gorączkowo, gdzie się podział Reim aż przypomniała mu się ich rozmowa na spacerze.
"A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer?"
Break zacisnął ręce w pięści, zaklął pod nosem i wybiegł na zewnątrz.
Idąc cały czas ścieżką, z łatwością po kilkunastu minutach zauważył wózek inwalidzki. Podszedł do niego i zaczął się rozglądać myśląc, gdzie mógł się podziewać jego właściciel. Nagle usłyszał jęk. Odwrócił się i zobaczył Reima.
- Nie! - krzyknął płaczliwym głosem.
Nagle jedna z rąk puściła nogę i chwyciła go za ramię odchylając do tyłu jednym szarpnięciem. Tył jego głowy uderzył o klatkę piersiową Niby-Reima. Nim zdążył cokolwiek zrobić, szara dłoń przykryła większą część jego twarzy. Wtem Reim poczuł się dziwnie ospały. Jego ciało ogarnęła taka słabość, że aż przestał się szarpać. Mimo, iż starał się utrzymać oczy otwarte, w końcu jego powieki opadły jakby pod olbrzymim ciężarem.
Reim leżał w całkowitej ciemności. Nie czuł kompletnie nic. Nie wiedział gdzie się znajduje, ani jak się tu dostał. Było tak ciemno, że nie widział nawet ścian i podłogi. A może w ogóle ich nie ma? Może nie ma tutaj niczego?, przeszło mu przez myśl.
Niespodziewanie z wywołującym ciarki zgrzytem, otworzyły się metalowe drzwi, wpuszczając nieco światła do środka. Teraz Reim był w stanie zobaczyć skrawki oświetlonych ścian, które pokryte były zaschnięta krwią. Przez chwilę dojrzał nawet uciekającego wgłąb pomieszczenia szczura o dość pokaźnych rozmiarach.
Z trudem udało mu się przenieść wzrok na postać stojąca w drzwiach. Nie mógł dostrzec jej twarzy ale po niewielkim wzroście i sukience domyślił się, że to jakaś dziewczynka. Otworzył usta, żeby zapytać się kim jest i co tutaj robi lecz z pomiędzy jego warg nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Z zaskoczeniem spróbował odruchowo unieść dłoń do twarzy, jednakże i to mu się nie udało.
Nagle dziewczynka zawołała.
- Dzień dobry, panie Reim! Nadszedł czas na zabawę! - zachichotała i przywołała swojego psa. - Bandersnatch! Możesz już zaczynać.
Zza jej pleców wyskoczyło sporych rozmiarów psisko i rzuciło się na Reima. Ten próbował zrobić unik ale wciąż nie był w stanie się chociażby poruszyć.
Co się dzieje?!
Bandersnatch skoczył mu na klatkę piersiową powodując u Reima trudności z oddychaniem i zaczął drapać ostrymi jak brzytwa pazurami jego brzuch, wbijając się w miękką tkankę tłuszczu. Reim usiłował krzyczeć i jakoś się bronić ale jego ciało w ogóle nie reagowało. Gdyby nie przejmujący ból, można by pomyśleć, że nie należy ono do niego. Kiedy pies skończył orać w jego skórze, odwrócił się i zatopił kły jego nodze. Zęby niczym pułapka na niedźwiedzie zacisnęły się wokół lewej kostki. W tle słychać było pełen radości, dziecięcy śmiech i odgłos pękającej pod naporem silnej szczęki kości.
Break nie mogąc zasnąć postanowił sprawdzić co u Reima. Szedł szerokim korytarzem zdobionym licznymi obrazami z głową pełną niespokojnych myśli. Nie dawała mu spokoju ostatnia rozmowa z Nim. Był naprawdę wściekły, gdy wychodziłem, pomyślał. Mam nadzieję, że już się uspokoił.
Doszedłszy do pokoju Reima, otworzył powoli drzwi nie chcąc go obudzić. W środku panował półmrok, przez który Breakowi udało się dostrzec łóżko. Poczuł ukłucie niepokoju, nie widząc wózka i wypukłości pod kołdrą, która sugerowałaby, że ktoś leży w łóżku. Aby się upewnić podszedł bliżej. Zauważył pomiętą pościel i poduszkę leżącą na podłodze. Szybkim ruchem chwycił za drzwi obok prowadzące do łazienki; tam też nikogo nie było. Stał przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się gorączkowo, gdzie się podział Reim aż przypomniała mu się ich rozmowa na spacerze.
"A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer?"
Break zacisnął ręce w pięści, zaklął pod nosem i wybiegł na zewnątrz.
Idąc cały czas ścieżką, z łatwością po kilkunastu minutach zauważył wózek inwalidzki. Podszedł do niego i zaczął się rozglądać myśląc, gdzie mógł się podziewać jego właściciel. Nagle usłyszał jęk. Odwrócił się i zobaczył Reima.
środa, 28 września 2016
Część 8.
Z głębi lasu wydobywało się chłodne powietrze. Reim zauważył, że w
nim również jest niepokojąco cicho. Normalnie dałoby się słyszeć
pohukiwania sów a tutaj tak jak w ogrodzie wszystko wydaje się
całkowicie martwe, pomyślał.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w jego kierunku.
Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi. Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa, zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych, obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów, zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.
Po przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze. To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał. Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o tym pomyśleć.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w jego kierunku.
Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi. Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa, zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych, obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów, zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.
Po przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze. To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał. Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o tym pomyśleć.
piątek, 16 września 2016
Część 7.
W środku panowała niezmącona cisza. Nie wiedząc czemu, czuł przemożną
potrzebę pójścia do pokoju, który zawsze zajmował, gdy zostawał tu na
noc. Kierowany tym ruszył po schodach na piętro. Jego pokój znajdował
się na końcu korytarza. Wszedł do środka i rozejrzał się. Jest
identycznie jak w tamtym śnie, pomyślał czując ukłucie niepokoju.
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.
Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.
Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.
Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.
* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.
Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.
Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.
Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.
* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...
piątek, 9 września 2016
Część 6.
Reim zszedł z łóżka i podszedł do niego. Na zewnątrz pogoda była
jeszcze bardziej pochmurna niż, gdy ostatni raz wyglądał. Niebo
pokrywały czarne deszczowe chmury zabierając podwiędłej już roślinności
dostęp do światła słonecznego.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to, że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem, niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół. Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim "nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia, którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi, rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą, szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać. Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka, czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało - powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.
Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością ustąpiła pod naporem jego dłoni.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to, że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem, niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół. Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim "nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia, którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi, rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą, szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać. Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka, czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało - powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.
Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością ustąpiła pod naporem jego dłoni.
środa, 24 sierpnia 2016
Część 5.
Parę minut zajęło mu dojście do siebie. Doktor Owen cały czas
siedział na krześle obok przyglądając mu się ze zmartwionym wyrazem
twarzy.
Reim wyjąkał wciąż zdezorientowany.
- Co się stało?
Owen momentalnie się ożywił i szybko odpowiedział.
- Nic specjalnego. Proszę się nie martwić. Po prostu pan zemdlał. Zważywszy na pana stan to normalna reakcja na taką informację.
Reim w milczeniu spojrzał na widok za oknem. Zauważył, że jest już poranek.
Tym razem krajobraz nie jest tak piękny jak ostatnio, pomyślał. W istocie niebo było dość pochmurne. Cały obraz wydawał się być jakiś martwy. Reim nie potrafił wytłumaczyć sobie tego odczucia. Po prostu wszystko jakby stało się wyblakłe. W dodatku na zewnątrz nie zauważył absolutnie nikogo ani niczego. Nawet ptaków. Poza tym nie było również wcale wiatru.
Nagle Reim poczuł potrzebę zmiany tematu na coś bardziej zwykłego.
- Chyba niedługo będzie burza - zastanawiał się na głos nie odrywając wzroku od szyby.
- Być może.
Reim spojrzał na lekarza i dodał.
- W końcu wszystko dookoła sprawia wrażenie kompletnie martwego. To trochę przykry widok, prawda?
Przez krótki moment wydawało mu się, że widzi dziwny błysk w oczach Owena.
- Tak.
Wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom. Łapiąc za klamkę rzucił przez ramię.
- W każdym bądź razie proszę skupić się raczej na swoim zdrowiu aniżeli na widoku za oknem.
Wyszedł. Reim patrzył się zdziwiony na drzwi jeszcze przez kilka minut.
Czy on... nie miał przypadkiem zdenerwowanego głosu?
Następne dwa tygodnie minęły w całkowitej rutynie. Raz na cztery dni odwiedzał go doktor Owen sprawdzając jak się czuje. Przez resztę czasu opiekował się nim Break. Raz na jakiś czas mignęła mu za rogiem jakaś pokojówka w czasie przejażdżek na wózku ale nigdy nie widział ich twarzy. Za każdym razem, kiedy próbował którąś dogonić, ta znikała gdzieś bez śladu niczym duch.
Poza nimi ani razu nie widział nikogo w posiadłości. Xerxes powiedział mu, że znajdują się w rezydencji Rainsworth. Dziwnym było dla niego to, że w ogóle jej nie rozpoznał. Co więcej, wciąż wydaje mu się obca.
Gdy podzielił się tym spostrzeżeniem ze swoim przyjacielem, w odpowiedzi usłyszał tylko.
- Och, Reim, przecież przeszedłeś tak wiele, że możesz jej nie poznawać.
Przez ten cały sielankowy okres ilekroć pytał się o to co się działo przez ten cały czas i dlaczego nie pamięta, był przez swoich rozmówców zbywany. Zawsze z tym dziwnym błyskiem w oczach i zirytowanym tonem.
W czasie jednego z wieczorów, gdy Break pomagał mu się przebrać w piżamę, przyszło mu coś do głowy.
- Xerx?
- Tak? - powiedział uprzejmie okrywając Reima kołdrą.
- Gdzie jest Sharon?
Break na chwilę zamarł pochylony nad łóżkiem. Przez jego bladą twarz przemknął grymas wściekłości, który nie uciekł uwadze Reima.
Jednakże niemal od razu został on zastąpiony ciepłym uśmiechem.
- Panienka jest w innej posiadłości. Chciała dać ci jak najwięcej ciszy i spokoju - urwał i dokończył tonem, przez który z lekka przebijała się gorycz. - Dlatego zamiast zadawać tyle bezsensownych pytań, zajmij się odpoczynkiem.
Nim Reim zdążył cokolwiek powiedzieć, ten gwałtownym ruchem ściągnął mu okulary z nosa, rzucił je na blat szafki i pośpiesznie wyszedł trzaskając drzwiami.
W środku nocy zbudziły go głośne kroki na korytarzu. Śniło mu się coś nietypowego. Mianowicie był w jakimś całkowicie ciemnym pomieszczeniu. Słyszał w nim jedynie dziecięcy chichot i jakieś posapywania. Poza tym nic się nie działo aż nagle obudziły go te hałasy.
Kierowany ciekawością postanowił sprawdzić co się dzieje. Być może w końcu czegoś się dowiem, zastanowił się.
Najciszej jak umiał, po wcześniejszym założeniu okularów, dźwignął się na wózek stojący tuż przy jego łóżku. Był wdzięczny, że Xerxes zawsze pamięta o tym, aby naoliwić koła. Gdyby nie to, ciężko byłoby wyjechać na zwiady z trzeszczącym pojazdem.
Podjechał powoli do drzwi i wyjrzał przez dziurkę od klucza. Nie zauważył nikogo na zacienionym korytarzu. Nie słyszał też już żadnych dźwięków. Powoli pociągnął więc za klamkę i wychylił dla pewności głowę na zewnątrz. Obydwie strony holu ginęły w nieprzeniknionym mroku.
Reim powoli wyjechał na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Starał sobie przypomnieć, w którą stronę znikały te kroki. W prawo, stwierdził. Następnie wykręcił wózek i ruszył wgłąb holu.
Jadąc cały czas prosto zaczął słyszeć z oddali niewyraźne rozmowy. Kiedy dojechał do końca korytarza, jego oczom pokazały się masywne, metalowe drzwi. Dziurka od klucza była na tyle mała, że nic nie było przez nią widać.
Przyłożył więc ucho do zimnego metalu i wytężył słuch.
- Niech on przestanie zadawać t e pytania! - zawołał rozhisteryzowany głos, w którym Reim od razu rozpoznał Xerxesa.
- Uspokój się. Jeśli będziesz zachowywał się w tak nierozważny sposób, to zacznie węszyć - powiedział inny, obcy głos.
- No tak ale powoli doprowadza mnie to do szału! Od ponad dwóch tygodni prawie codziennie pyta się o to samo! - wziął głęboki, drżący oddech i dodał. - A ostatnio wspomniał jeszcze o niej...
- O kim?
- O panience Sharon.
- Co mu powiedziałeś? - spytał głos.
- Że jest w innej posiadłości po to aby mógł wypocząć.
- I uwierzył ci?
- Oczywiscie, że nie!
- Więc dlaczego zaserwowałeś mu tak głupią wymówkę, skoro wiedziałeś, że nie uwierzy?
- A co miałem powiedzieć?! Zapytał się o to tak nagle! Nic nie przychodziło mi do gło-!
Głos zabrzmiał, przerywając mu.
- Ty głupcze! Zasiałeś ziarno wątpliwości w jego i tak już podejrzliwej głowie! Teraz na pewno będzie zacieklej szukał odpowiedzi na te swoje durne pytania! Nie można pozwolić, żeby nam przeszkadzał!
Nagle w pokoju rozległy się odgłosy tłuczenia i rzucania. Kiedy po chwili umilkły, lekko zasapany głos rzekł z cichą nutą groźby.
- Masz natychmiast iść do tamtego pokoju i upewnić się, że dalej tam jest. Od tej chwili masz również bacznie obserwować jego poczynania i lepiej dobierać odpowiedzi.
- Zrozumiałem - odparł zrezygnowany Break.
Po drugiej stronie w kierunku drzwi zaczęły się zbliżać powolne kroki. Spanikowany Reim szybko oderwał się od metalu i wykręcił wózek o 180 stopni.
Ruszył czym prędzej w stronę pokoju jak najszybciej przybierając rękoma.
Tak się rozpędził, że prawie minął swój pokój. Gdy udało mu się wyhamować, szarpnął za klamkę i wjechał do sypialni zamykając za sobą drzwi.
Okrywał się szczelnie kołdrą, w momencie kiedy Break wszedł do środka.
Od razu spostrzegł, że Reim nie śpi.
- Dlaczego nie śpisz?
Przestraszony i zdyszany ucieczką, Reim odpowiedział siląc się na spokój.
- Niedawno wybudziłem się z dość przerażającego koszmaru.
Albinos przyjrzał się spoconej i zaczerwienionej twarzy.
- I to cię tak zmęczyło? - zapytał sceptycznie.
- Ach, to... - Reim spojrzał zażenowany na swojego rozmówcę. - Po prostu, kiedy tak leżałem po obudzeniu zachciało mi się do toalety i... - przerwał na chwilę. - tak mi wstyd o tym mówić ale, gdy myłem ręce, zerknąłem na swoje odbicie w lustrze i wydawało mi się, że widzę tam postać z tego koszmaru.
- I?
Policzki Reima jeszcze bardziej poczerwieniały.
- I prawie spadłem z wózka. W panice wleciałem tutaj i rzuciłem się na łóżko.
Przez chwilę Break przyglądał mu się w zamyśleniu rozważając czy mówi prawdę.
Reim doszedł do wniosku, że jednak mu uwierzył, kiedy odparł.
- W porządku. W takim razie pójdę już.
Gdy zamknęły się za nim cicho, westchnął z ulgą. Zamiast spróbować zasnąć zaczął zastanawiać się nad tym co usłyszał.
Myślał nad tym do kogo należał ów tajemniczy głos i dlaczego Xerxes był taki zdenerwowany.
W każdym razie, stwierdził, muszę na siebie uważać.
Był tak pogrążony w myślach, że nie zauważył kiedy zasnął.
Śniło mu się, że siedzi w swojej dawnej sypialni. Wszystko było tam takie samo jak za dawnych lat. Nawet najdrobniejsze szczegóły się zgadzały. Tylko jedno nie; okno było zakratowane od środka jak w jakimś więzieniu.
Reim wyjąkał wciąż zdezorientowany.
- Co się stało?
Owen momentalnie się ożywił i szybko odpowiedział.
- Nic specjalnego. Proszę się nie martwić. Po prostu pan zemdlał. Zważywszy na pana stan to normalna reakcja na taką informację.
Reim w milczeniu spojrzał na widok za oknem. Zauważył, że jest już poranek.
Tym razem krajobraz nie jest tak piękny jak ostatnio, pomyślał. W istocie niebo było dość pochmurne. Cały obraz wydawał się być jakiś martwy. Reim nie potrafił wytłumaczyć sobie tego odczucia. Po prostu wszystko jakby stało się wyblakłe. W dodatku na zewnątrz nie zauważył absolutnie nikogo ani niczego. Nawet ptaków. Poza tym nie było również wcale wiatru.
Nagle Reim poczuł potrzebę zmiany tematu na coś bardziej zwykłego.
- Chyba niedługo będzie burza - zastanawiał się na głos nie odrywając wzroku od szyby.
- Być może.
Reim spojrzał na lekarza i dodał.
- W końcu wszystko dookoła sprawia wrażenie kompletnie martwego. To trochę przykry widok, prawda?
Przez krótki moment wydawało mu się, że widzi dziwny błysk w oczach Owena.
- Tak.
Wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom. Łapiąc za klamkę rzucił przez ramię.
- W każdym bądź razie proszę skupić się raczej na swoim zdrowiu aniżeli na widoku za oknem.
Wyszedł. Reim patrzył się zdziwiony na drzwi jeszcze przez kilka minut.
Czy on... nie miał przypadkiem zdenerwowanego głosu?
Następne dwa tygodnie minęły w całkowitej rutynie. Raz na cztery dni odwiedzał go doktor Owen sprawdzając jak się czuje. Przez resztę czasu opiekował się nim Break. Raz na jakiś czas mignęła mu za rogiem jakaś pokojówka w czasie przejażdżek na wózku ale nigdy nie widział ich twarzy. Za każdym razem, kiedy próbował którąś dogonić, ta znikała gdzieś bez śladu niczym duch.
Poza nimi ani razu nie widział nikogo w posiadłości. Xerxes powiedział mu, że znajdują się w rezydencji Rainsworth. Dziwnym było dla niego to, że w ogóle jej nie rozpoznał. Co więcej, wciąż wydaje mu się obca.
Gdy podzielił się tym spostrzeżeniem ze swoim przyjacielem, w odpowiedzi usłyszał tylko.
- Och, Reim, przecież przeszedłeś tak wiele, że możesz jej nie poznawać.
Przez ten cały sielankowy okres ilekroć pytał się o to co się działo przez ten cały czas i dlaczego nie pamięta, był przez swoich rozmówców zbywany. Zawsze z tym dziwnym błyskiem w oczach i zirytowanym tonem.
W czasie jednego z wieczorów, gdy Break pomagał mu się przebrać w piżamę, przyszło mu coś do głowy.
- Xerx?
- Tak? - powiedział uprzejmie okrywając Reima kołdrą.
- Gdzie jest Sharon?
Break na chwilę zamarł pochylony nad łóżkiem. Przez jego bladą twarz przemknął grymas wściekłości, który nie uciekł uwadze Reima.
Jednakże niemal od razu został on zastąpiony ciepłym uśmiechem.
- Panienka jest w innej posiadłości. Chciała dać ci jak najwięcej ciszy i spokoju - urwał i dokończył tonem, przez który z lekka przebijała się gorycz. - Dlatego zamiast zadawać tyle bezsensownych pytań, zajmij się odpoczynkiem.
Nim Reim zdążył cokolwiek powiedzieć, ten gwałtownym ruchem ściągnął mu okulary z nosa, rzucił je na blat szafki i pośpiesznie wyszedł trzaskając drzwiami.
W środku nocy zbudziły go głośne kroki na korytarzu. Śniło mu się coś nietypowego. Mianowicie był w jakimś całkowicie ciemnym pomieszczeniu. Słyszał w nim jedynie dziecięcy chichot i jakieś posapywania. Poza tym nic się nie działo aż nagle obudziły go te hałasy.
Kierowany ciekawością postanowił sprawdzić co się dzieje. Być może w końcu czegoś się dowiem, zastanowił się.
Najciszej jak umiał, po wcześniejszym założeniu okularów, dźwignął się na wózek stojący tuż przy jego łóżku. Był wdzięczny, że Xerxes zawsze pamięta o tym, aby naoliwić koła. Gdyby nie to, ciężko byłoby wyjechać na zwiady z trzeszczącym pojazdem.
Podjechał powoli do drzwi i wyjrzał przez dziurkę od klucza. Nie zauważył nikogo na zacienionym korytarzu. Nie słyszał też już żadnych dźwięków. Powoli pociągnął więc za klamkę i wychylił dla pewności głowę na zewnątrz. Obydwie strony holu ginęły w nieprzeniknionym mroku.
Reim powoli wyjechał na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Starał sobie przypomnieć, w którą stronę znikały te kroki. W prawo, stwierdził. Następnie wykręcił wózek i ruszył wgłąb holu.
Jadąc cały czas prosto zaczął słyszeć z oddali niewyraźne rozmowy. Kiedy dojechał do końca korytarza, jego oczom pokazały się masywne, metalowe drzwi. Dziurka od klucza była na tyle mała, że nic nie było przez nią widać.
Przyłożył więc ucho do zimnego metalu i wytężył słuch.
- Niech on przestanie zadawać t e pytania! - zawołał rozhisteryzowany głos, w którym Reim od razu rozpoznał Xerxesa.
- Uspokój się. Jeśli będziesz zachowywał się w tak nierozważny sposób, to zacznie węszyć - powiedział inny, obcy głos.
- No tak ale powoli doprowadza mnie to do szału! Od ponad dwóch tygodni prawie codziennie pyta się o to samo! - wziął głęboki, drżący oddech i dodał. - A ostatnio wspomniał jeszcze o niej...
- O kim?
- O panience Sharon.
- Co mu powiedziałeś? - spytał głos.
- Że jest w innej posiadłości po to aby mógł wypocząć.
- I uwierzył ci?
- Oczywiscie, że nie!
- Więc dlaczego zaserwowałeś mu tak głupią wymówkę, skoro wiedziałeś, że nie uwierzy?
- A co miałem powiedzieć?! Zapytał się o to tak nagle! Nic nie przychodziło mi do gło-!
Głos zabrzmiał, przerywając mu.
- Ty głupcze! Zasiałeś ziarno wątpliwości w jego i tak już podejrzliwej głowie! Teraz na pewno będzie zacieklej szukał odpowiedzi na te swoje durne pytania! Nie można pozwolić, żeby nam przeszkadzał!
Nagle w pokoju rozległy się odgłosy tłuczenia i rzucania. Kiedy po chwili umilkły, lekko zasapany głos rzekł z cichą nutą groźby.
- Masz natychmiast iść do tamtego pokoju i upewnić się, że dalej tam jest. Od tej chwili masz również bacznie obserwować jego poczynania i lepiej dobierać odpowiedzi.
- Zrozumiałem - odparł zrezygnowany Break.
Po drugiej stronie w kierunku drzwi zaczęły się zbliżać powolne kroki. Spanikowany Reim szybko oderwał się od metalu i wykręcił wózek o 180 stopni.
Ruszył czym prędzej w stronę pokoju jak najszybciej przybierając rękoma.
Tak się rozpędził, że prawie minął swój pokój. Gdy udało mu się wyhamować, szarpnął za klamkę i wjechał do sypialni zamykając za sobą drzwi.
Okrywał się szczelnie kołdrą, w momencie kiedy Break wszedł do środka.
Od razu spostrzegł, że Reim nie śpi.
- Dlaczego nie śpisz?
Przestraszony i zdyszany ucieczką, Reim odpowiedział siląc się na spokój.
- Niedawno wybudziłem się z dość przerażającego koszmaru.
Albinos przyjrzał się spoconej i zaczerwienionej twarzy.
- I to cię tak zmęczyło? - zapytał sceptycznie.
- Ach, to... - Reim spojrzał zażenowany na swojego rozmówcę. - Po prostu, kiedy tak leżałem po obudzeniu zachciało mi się do toalety i... - przerwał na chwilę. - tak mi wstyd o tym mówić ale, gdy myłem ręce, zerknąłem na swoje odbicie w lustrze i wydawało mi się, że widzę tam postać z tego koszmaru.
- I?
Policzki Reima jeszcze bardziej poczerwieniały.
- I prawie spadłem z wózka. W panice wleciałem tutaj i rzuciłem się na łóżko.
Przez chwilę Break przyglądał mu się w zamyśleniu rozważając czy mówi prawdę.
Reim doszedł do wniosku, że jednak mu uwierzył, kiedy odparł.
- W porządku. W takim razie pójdę już.
Gdy zamknęły się za nim cicho, westchnął z ulgą. Zamiast spróbować zasnąć zaczął zastanawiać się nad tym co usłyszał.
Myślał nad tym do kogo należał ów tajemniczy głos i dlaczego Xerxes był taki zdenerwowany.
W każdym razie, stwierdził, muszę na siebie uważać.
Był tak pogrążony w myślach, że nie zauważył kiedy zasnął.
Śniło mu się, że siedzi w swojej dawnej sypialni. Wszystko było tam takie samo jak za dawnych lat. Nawet najdrobniejsze szczegóły się zgadzały. Tylko jedno nie; okno było zakratowane od środka jak w jakimś więzieniu.
wtorek, 2 sierpnia 2016
Część 4.
Po raz kolejny siedział w tym samym ogrodzie. Znów wszystko było na
tym samym miejscu a on był tam całkiem sam. Stojąca przed nim filiżanka
była wypełniona mlekiem tak jak poprzednim razem. Przypomniawszy sobie
wyborny smak tego napoju z ostatniego razu, bez namysłu złapał za
niewielkie uszko i wypił wszystko. Następnie chwycił za imbryk i dolał
sobie drugą porcję.
Siedział tak bezczynnie i pił aż do ostatniej kropli. Kiedy skończył, rozejrzał się w końcu uważniej po okolicy.
Wtem zauważył, że jednak coś jest inaczej. Zza jednego z żywopłotów wystawał jakiś kawałek materiału. Zaciekawiony Reim postanowił przyjrzeć się temu bliżej.
Szybko dotarł na miejsce, gdzie zauważył, że tym materiałem jest jedwabna wstążka o kolorze czerwieni, którą ktoś przywiązał do jednej z gałązek.
W momencie, gdy dotknął ją by zerwać, znów usłyszał ten sam cichutki lecz wyraźny śpiew. Domyślił się, że dochodzi on gdzieś z okolic okrytych gęstą mgłą; tam gdzie powinna znajdować się brama.
Niepewnie ruszył w tamtą stronę chcąc dowiedzieć się kto jest wlascicielem tego głosu. Tym razem cel powiększał się w jego oczach zamiast pozostawać taki sam, jak wtedy, kiedy usiłował zbliżyć się do rezydencji.
Kiedy wszedł w gęstą, białą mgłę, śpiew się nasilił. Nabrał też jakby nieco hipnotycznej nuty. Reim jak oczarowany szedł powoli przed siebie. Po chwili dostrzegł nawet kontury bramy. Minął ja i ruszył dalej - wgłąb lasu, co zauważył po coraz większej ilości rozmazanych drzew dookoła.
Po okropnie długim spacerze wydawało mu się, że widzi jakieś niebieskawe światło przed sobą. Kiedy już dochodził do niego, nagle z powrotem się włączył.
Teraz znów był w jeszcze innym pokoju. Po białych kafelkach na podłodze i suficie oraz po mokrej od wody wannie zrozumiał, że tym razem to łazienka.
Mam mokre włosy, stwierdził w myślach. Tak więc musiałem się myć... a raczej ktoś musiał mnie myć. Ta myśl i wspomnienie, kiedy to ujrzał swoją klatkę piersiową, wprawiły go w podwójne zniesmaczenie.
Zajęło mu kolejną chwilę aby zorientować się, że siedzi na wózku inwalidzkim. Tym samym, który widział wcześniej w tamtej sypialni.
No to już wiem co on tam robił.
Na rękach i nogach wciąż... a może znów? zastanowił się, miał bandaże. Postanowił sprawdzić czy na brzuchu też. Dlatego ostrożnie złapał za brzeg koszuli od piżamy i ślimaczym tempem odchylił ją do tyłu. Na szczęście, tamto miejsce również było zabandażowane.
Na kranie spostrzegł niewielkie lusterko. Z lekkim wahaniem chwycił je chcąc sprawdzić czy z jego twarzą wszystko w porządku. Odruchowo, gdy zobaczył swoje odbicie, odrzucił lusterko. Uderzyło ono o ścianę i w kawałkach legło na kafelki. To zachowanie wywołał widok jego własnych oczu. Miały one strasznie ciemne sińce a same źrenice zakrywały prawie całe oczy co nadawało mu dość obłąkany wygląd. W dodatku były one nienaturalnie szeroko rozwarte. Nim zniszczył przedmiot dostrzegł też fakt, iż jego wargi są kompletnie zsiniałe i całe popękane.
Zanim zdążył do końca przetworzyć to co zobaczył, drzwi rozwarły się szeroko.
W progu stanął ktoś obcy dla Reima. Po charakterystycznej sukience rozpoznał w tej młodej kruczoczarnej dziewczynie pokojówkę. Na jego widok widocznie zbladła i po chwili z krzykiem wybiegła z łazienki.
Nie minęło zbyt dużo czasu nim Break przybiegł na miejsce. Z rozwartymi oczami wpatrywał się w niego tak jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
Naprawdę dziwne...
- Xerx... - zaczął. - dlaczego zachowujesz się w ten w ogóle niepodobny do ciebie sposób?
I tym razem nie doczekał się odpowiedzi.
- Znowu się ocknąłeś! - Break zamiast tego wykrzyczał uradowany. - To niebywałe!
Reim patrzył na niego oniemiały. Co on ma na myśli? Co w tym niebywałego? To takie dziwne, że nie śpię?
Postanowił ponowić próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
- Co masz na myśli?
Break podszedł i pochyliwszy się nad nim, chwycił jego twarz w dłonie. Pomimo iż Reim zdawał sobie sprawę z tego, że są one zawsze nieludzko lodowate, to i tak dostał gęsiej skórki.
- Nic takiego - odparł cicho z niepewnym uśmiechem. - Po prostu cieszę się, że się budzisz. To na pewno dobry znak.
Reimowi nie spodobała się ta odpowiedź. Nie zważając na długie, chude palce, które pieściły jego bladą twarz, zapytał z zaniepokojoną miną.
- Dlaczego mówisz w taki dziwny i niezrozumiały sposób, Xerx? Co się stało?
Na chwilę z białej twarzy Breaka zniknął delikatny uśmiech.
- Uważam, że powinieneś porozmawiać z lekarzem. Ma przyjechać za parę minut.
Puścił twarz okularnika i zniknął za jego plecami. Po chwili wózek ruszył ociężale.
Po nieskończenie długiej chwili w końcu dotarli do pokoju, w którym Reim przebywał już wcześniej.
Przypomniała mu się tamta kobieta, dlatego postanowił zagadnąć.
- A co z tamtą pokojówką, która wybiegła z krzykiem?
- Nic takiego. Po prostu przestraszyła się dziewczyna - zaśmiał się serdecznie.
- Ale czego się tak wystraszyła? - drążył.
- Ciebie. Była przekonana, że będziesz s p a ł tak jak zawsze - zaakcentował ten czasownik w dość nietypowy sposób.
Znów to samo, pomyślał rozczarowany Reim.
Tak jak mówił Xerxes, doktor przyszedł naprawdę szybko.
A raczej wleciał, sprostował Reim przyglądając się młodemu brunetowi w pomiętym fartuchu, który wyglądał jakby właśnie przebył maraton.
Lekarz uśmiechnął i ciut zbyt głośno zawołał.
- Dzień dobry! Nazywam się Harrison Owen. Wyciągnął rękę na powitania.
- Dzień dobry. Jestem Reim Lunettes - odpowiedział, chwytając wyciągniętą dłoń.
Po skończeniu standardowych uprzejmości, Owen przysunął sobie krzesło obok łóżka, na którym siedział Reim i powiedział.
- Przybiegłem od razu, kiedy usłyszałem, że się pan w końcu obudził. To naprawdę świetna wiadomość. Ale... - urwał na chwilę. - pański przyjaciel powiadomił mnie również o pańskiej amnezji.
Reim postanowił zapytać się go o rzecz, która nagle wydała mu się dość istotna.
- Czy mógłby mi doktor powiedzieć ile... spałem?
- Około sześciu lat - stwierdził bez ogródek.
Gdyby oczy mogły wypaść od zbyt szerokiego rozwierania, to gałki Reima właśnie turlały by się po podłodze.
- C... co takiego?
- Rozumiem, że może to być dla pana bardzo szokujące i ciężkie do zrozumienia. Jeśli to pana pociesza, to niektórzy ludzie pozostają w śpiączce o wiele dłużej.
- W... śpiączce?
Reim nie dowierzał własnym uszom. Zaczęło kręcić mu się w głowie i czuł się jakby miał zaraz zwymiotować. Widział, że lekarz coś do niego mówi ale nie docierał do niego sens słów.
Zachwiał się i poleciał bezwładnie do przodu. Świat nagle stał się całkowicie czarny.
Siedział tak bezczynnie i pił aż do ostatniej kropli. Kiedy skończył, rozejrzał się w końcu uważniej po okolicy.
Wtem zauważył, że jednak coś jest inaczej. Zza jednego z żywopłotów wystawał jakiś kawałek materiału. Zaciekawiony Reim postanowił przyjrzeć się temu bliżej.
Szybko dotarł na miejsce, gdzie zauważył, że tym materiałem jest jedwabna wstążka o kolorze czerwieni, którą ktoś przywiązał do jednej z gałązek.
W momencie, gdy dotknął ją by zerwać, znów usłyszał ten sam cichutki lecz wyraźny śpiew. Domyślił się, że dochodzi on gdzieś z okolic okrytych gęstą mgłą; tam gdzie powinna znajdować się brama.
Niepewnie ruszył w tamtą stronę chcąc dowiedzieć się kto jest wlascicielem tego głosu. Tym razem cel powiększał się w jego oczach zamiast pozostawać taki sam, jak wtedy, kiedy usiłował zbliżyć się do rezydencji.
Kiedy wszedł w gęstą, białą mgłę, śpiew się nasilił. Nabrał też jakby nieco hipnotycznej nuty. Reim jak oczarowany szedł powoli przed siebie. Po chwili dostrzegł nawet kontury bramy. Minął ja i ruszył dalej - wgłąb lasu, co zauważył po coraz większej ilości rozmazanych drzew dookoła.
Po okropnie długim spacerze wydawało mu się, że widzi jakieś niebieskawe światło przed sobą. Kiedy już dochodził do niego, nagle z powrotem się włączył.
Teraz znów był w jeszcze innym pokoju. Po białych kafelkach na podłodze i suficie oraz po mokrej od wody wannie zrozumiał, że tym razem to łazienka.
Mam mokre włosy, stwierdził w myślach. Tak więc musiałem się myć... a raczej ktoś musiał mnie myć. Ta myśl i wspomnienie, kiedy to ujrzał swoją klatkę piersiową, wprawiły go w podwójne zniesmaczenie.
Zajęło mu kolejną chwilę aby zorientować się, że siedzi na wózku inwalidzkim. Tym samym, który widział wcześniej w tamtej sypialni.
No to już wiem co on tam robił.
Na rękach i nogach wciąż... a może znów? zastanowił się, miał bandaże. Postanowił sprawdzić czy na brzuchu też. Dlatego ostrożnie złapał za brzeg koszuli od piżamy i ślimaczym tempem odchylił ją do tyłu. Na szczęście, tamto miejsce również było zabandażowane.
Na kranie spostrzegł niewielkie lusterko. Z lekkim wahaniem chwycił je chcąc sprawdzić czy z jego twarzą wszystko w porządku. Odruchowo, gdy zobaczył swoje odbicie, odrzucił lusterko. Uderzyło ono o ścianę i w kawałkach legło na kafelki. To zachowanie wywołał widok jego własnych oczu. Miały one strasznie ciemne sińce a same źrenice zakrywały prawie całe oczy co nadawało mu dość obłąkany wygląd. W dodatku były one nienaturalnie szeroko rozwarte. Nim zniszczył przedmiot dostrzegł też fakt, iż jego wargi są kompletnie zsiniałe i całe popękane.
Zanim zdążył do końca przetworzyć to co zobaczył, drzwi rozwarły się szeroko.
W progu stanął ktoś obcy dla Reima. Po charakterystycznej sukience rozpoznał w tej młodej kruczoczarnej dziewczynie pokojówkę. Na jego widok widocznie zbladła i po chwili z krzykiem wybiegła z łazienki.
Nie minęło zbyt dużo czasu nim Break przybiegł na miejsce. Z rozwartymi oczami wpatrywał się w niego tak jakby widział go po raz pierwszy w życiu.
Naprawdę dziwne...
- Xerx... - zaczął. - dlaczego zachowujesz się w ten w ogóle niepodobny do ciebie sposób?
I tym razem nie doczekał się odpowiedzi.
- Znowu się ocknąłeś! - Break zamiast tego wykrzyczał uradowany. - To niebywałe!
Reim patrzył na niego oniemiały. Co on ma na myśli? Co w tym niebywałego? To takie dziwne, że nie śpię?
Postanowił ponowić próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
- Co masz na myśli?
Break podszedł i pochyliwszy się nad nim, chwycił jego twarz w dłonie. Pomimo iż Reim zdawał sobie sprawę z tego, że są one zawsze nieludzko lodowate, to i tak dostał gęsiej skórki.
- Nic takiego - odparł cicho z niepewnym uśmiechem. - Po prostu cieszę się, że się budzisz. To na pewno dobry znak.
Reimowi nie spodobała się ta odpowiedź. Nie zważając na długie, chude palce, które pieściły jego bladą twarz, zapytał z zaniepokojoną miną.
- Dlaczego mówisz w taki dziwny i niezrozumiały sposób, Xerx? Co się stało?
Na chwilę z białej twarzy Breaka zniknął delikatny uśmiech.
- Uważam, że powinieneś porozmawiać z lekarzem. Ma przyjechać za parę minut.
Puścił twarz okularnika i zniknął za jego plecami. Po chwili wózek ruszył ociężale.
Po nieskończenie długiej chwili w końcu dotarli do pokoju, w którym Reim przebywał już wcześniej.
Przypomniała mu się tamta kobieta, dlatego postanowił zagadnąć.
- A co z tamtą pokojówką, która wybiegła z krzykiem?
- Nic takiego. Po prostu przestraszyła się dziewczyna - zaśmiał się serdecznie.
- Ale czego się tak wystraszyła? - drążył.
- Ciebie. Była przekonana, że będziesz s p a ł tak jak zawsze - zaakcentował ten czasownik w dość nietypowy sposób.
Znów to samo, pomyślał rozczarowany Reim.
Tak jak mówił Xerxes, doktor przyszedł naprawdę szybko.
A raczej wleciał, sprostował Reim przyglądając się młodemu brunetowi w pomiętym fartuchu, który wyglądał jakby właśnie przebył maraton.
Lekarz uśmiechnął i ciut zbyt głośno zawołał.
- Dzień dobry! Nazywam się Harrison Owen. Wyciągnął rękę na powitania.
- Dzień dobry. Jestem Reim Lunettes - odpowiedział, chwytając wyciągniętą dłoń.
Po skończeniu standardowych uprzejmości, Owen przysunął sobie krzesło obok łóżka, na którym siedział Reim i powiedział.
- Przybiegłem od razu, kiedy usłyszałem, że się pan w końcu obudził. To naprawdę świetna wiadomość. Ale... - urwał na chwilę. - pański przyjaciel powiadomił mnie również o pańskiej amnezji.
Reim postanowił zapytać się go o rzecz, która nagle wydała mu się dość istotna.
- Czy mógłby mi doktor powiedzieć ile... spałem?
- Około sześciu lat - stwierdził bez ogródek.
Gdyby oczy mogły wypaść od zbyt szerokiego rozwierania, to gałki Reima właśnie turlały by się po podłodze.
- C... co takiego?
- Rozumiem, że może to być dla pana bardzo szokujące i ciężkie do zrozumienia. Jeśli to pana pociesza, to niektórzy ludzie pozostają w śpiączce o wiele dłużej.
- W... śpiączce?
Reim nie dowierzał własnym uszom. Zaczęło kręcić mu się w głowie i czuł się jakby miał zaraz zwymiotować. Widział, że lekarz coś do niego mówi ale nie docierał do niego sens słów.
Zachwiał się i poleciał bezwładnie do przodu. Świat nagle stał się całkowicie czarny.
Część 3.
Tak jak ostatnim razem gdy się wyłączył, siedział przy okrągłym
stoliczku w ogrodzie Rainsworth. Tylko, że tym razem było nieco inaczej.
Był tam kompletnie sam. Na stoliku przed nim stała filiżanka herbaty i
talerzyk z kawałkiem smacznie wyglądającego ciasta. Rozejrzał się
zdezorientowany wszechobecną ciszą. Nie było słychać ani śpiewu ptaków
ani nawet powietrza, które z lekka powiewało w to upalne popołudnie.
W oddali zamajaczył mu dwór Rainsworth. Był to okazały zdobiony budynek z białego marmuru. Reimowi przypomniały się czasy dzieciństwa, kiedy to razem z Sharon biegali po długich, krętych korytarzach w tę i z powrotem.
Spojrzał w drugą stronę spodziewając się zobaczyć olbrzymią bramę wejściową ale nie było jej tam. A przynajmniej jej nie widział, bowiem cały tamtejszy obszar okrywała, niczym koc gęsta mgła.
Wstał postanowiwszy poszukać kogoś w rezydencji.
Po około piętnastu minutach spaceru zatrzymał się zmęczony. Posiadłość wydawała mu się być równie daleko jak przedtem. Kiedy się obejrzał, okazało się, że tak naprawdę nie ruszył się o więcej niż dwa metry od stolika. Osłupiały usiadł z powrotem na krześle, by dać odpocząć nogą.
Dopiero teraz dostrzegł, że w filiżance znajduje się jakiś biały płyn zamiast herbaty. Z lekkim wahaniem uniósł ją i spróbował zawartości. Po raz kolejny zaskoczony doszedł do wniosku, że to po prostu mleko. Wypił jednym haustem całą zawartość naczynia i gdy chciał dolać jeszcze trochę z imbryka stojącego nieopodal, usłyszał z oddali cichy śpiew.
Odwrócił się w kierunku, z którego wydawało mu się, że wydobywa się głos.
I wtem wszystko stało się kompletnie czarne.
Znów czuł palący ból w całym ciele. Przekręcił powoli głowę w prawo i jego oczom ukazały się niewyraźne z powodu braku okularów oraz wszechogarniającego mroku drzwi. Momentalnie zrozumiał, że ponownie znajduje się w tej celi. Pomimo płonącego bólu, jego poranionym ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Z wysiłkiem przekręcił się na jeden z boków. Pożałował tej decyzji, ponieważ ramię, na którym się położył było miejscami pozbawione mięsa przez co perłowa kość połyskiwała na tle krwistej czerwieni.
Zamiast próbować przekręcić się na drugą stronę, Reim ignorując rękę zwinął się powoli w ciasny kłębek.
Wciąż dyszał z cierpienia, gdy drzwi po raz kolejny otworzyły się na oścież ukazując postać niewielkiej dziewczynki wraz z jej psem.
Reim obudził się gwałtownie z czegoś co mogło być koszmarem. Nie był pewien dlaczego tak nagle się wybudził. Nie pamiętał, żeby mu się coś śniło ale w końcu ponoć nie zawsze pamięta się swoje sny, prawda?
Rozejrzał się po pokoju i ze zdziwieniem stwierdził, że nie wie gdzie się znajduje. Pomieszczenie o pomarańczowych ścianach wyglądało na sypialnię. Aby móc się lepiej mu przyjrzeć, ze stęknięciem uniósł się na trzęsących rękach do pozycji siedzącej i wyciągnął jedną z nich w stronę czegoś co wydawało mu się być stolikiem nocnym. Od razu wyczuł swoje okulary. Chwycił je i sprawnie założył.
Tak jak mu się wydawało była to niewielka sypialnia o dość spartańskim wystroju. Całe umeblowanie składało się na łóżko, na którym siedział, dębową szafę zajmującą przeciwległą ścianę oraz niewielką szafkę, z której zabrał okulary. Jego wzrok przykuł wózek inwalidzki stojący blisko niego.
Ciekawe po co to tutaj jest, pomyślał.
Wiszące wysoko nad niebem za oknem słońce wskazywało na to, że zbliża się południe.
Reim postanowił spróbować wstać i rozejrzeć się nieco po tym miejscu. Kiedy z trudem przekręcił się i zrzucił nogi na podłogę, jego oczy rozszerzyły się szeroko.
Dolne kończyny tak samo jak zresztą górne pokryte były ciasno bandażami, ale tym co wprawiło go w przerażenie nie były śnieżnobiałe opatrunki a lewa stopa.
A raczej jej brak.
Po kilku sekundach odrętwienia krzyknął cicho. Nie odrywając wzroku od przestrzeni, którą powinna zajmować stopa, gwałtownie wyciągnął jedna rękę przed siebie jakby chciał chwycić nieistniejącą część ciała i upewnić się, że to tylko umysł płata mu figle. Jednakże jego osłabione ciało natychmiastowo poleciało na twardą podłogę wyłożoną jasnobrązowymi deskami.
Po raz kolejny krzyknął, tylko że tym razem z bólu lądując na lewym boku. Usiłował podźwignąć się do góry przy pomocy ręki, która nie ucierpiała na skutek lądowania, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem.
W przejściu stanął wyraźnie zaniepokojony mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i czerwonym oku.
Reim od razu go rozpoznał.
- Xer...x...? - wysapał.
Tamten rzucił się w jego kierunku i upadł z impetentem na kolana. Chwycił rannego pomagając mu dostać się do pozycji siedzącej i zawołał.
- Reim?! Ty naprawdę mówisz?!
Okularnik spojrzał na niego dziwnie.
- No tak... Dlaczego zachowujesz się w ten sposób? To zupełnie do ciebie nie podobne.
Xerxes nie zważając na pytanie podźwignął Reima do góry i ledwo położył z powrotem na łóżko w taki sposób, że jego nogi wciąż zwisały nad ziemią a tułów leżał na miękkim materacu. Szarpnął do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy odsłaniając całą stertę bandaży okalających klatkę piersiową. Reim zauważył, że po lewej stronie przecieka krew. Domyślił się, że to z powodu jego upadku.
Break odchylił się, żeby sięgnąć do szafki nocnej. Z jednej z szuflad wyjął zwitek elastycznych bandaży, który rzucił na pościel obok. Złapał za zużyte opatrunki i zerwał je z wprawą z ciała Reima. Ten zbladł, gdy zobaczył co się pod nimi znajduje. Jego tułów zamiast skóry pokryty był czymś co wyglądało jak lepka szaroróżowa maź, z pod której widoczne były różne mięśnie i ścięgna a gdzieniegdzie prześwitywały nawet kości. Z pęknięć powstałych na boku powoli sączyła się gęsta, ciemnoczerwona krew.
Poczuł, że zbiera mu się na wymioty.
- Co... co to... jest? -wydukał zdrętwiałymi ustami.
Xerxes, którego najwyraźniej ten obraz nie odpychał spojrzał mu w oczy z nieskrywanym zdziwieniem.
- Dlaczego pytasz? Przecież wiesz.
Reim wpatrując się w swojego przyjaciela w szoku, pozwolił dać upust pytaniom, które gnębiły go przez ostatnie dobre kilkanaście minut.
- Jak to "wiem"? Niby skąd mogę wiedzieć co to za miejsce, czemu tu jestem, co mi się stało, dlaczego tak się zachowujesz oraz - przerwał na chwilę po czym dokończył nieco ciszej. - co stało się z moją stopą?
W pokoju zapadła irytująca cisza. Break patrzył z wyrazem kompletnego nie zrozumienia tak jakby oczekiwał, że Reim wykrzyczy, iż to tylko żart.
W końcu przerwał ją szept Xerxesa, który mówił najwyraźniej do siebie.
- Jak to możliwe... - nastepnie ciut głośniej zwrócił się bezpośrednio do rannego. - Czy... ty naprawdę nie pamiętasz?
- A co mam pamiętać?
Konsternacja Breaka zdawała się - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej pogłębić.
- Reim... Czy pamiętasz co wydarzyło się w posiadłości Yura?
Okularnik zamyślił się na chwilę po czym zaczął z wolna.
- Noo... Rozmawialiśmy o panience Sharon i potem sobie poszedłem...
- Ale co stało się p ó ź n i e j ? - nalegał.
Reim zmarszczył brwi.
- Później... później obudziłem się tutaj - powiedział ostrożnie.
Break jeszcze bardziej pochylił się nad swoim rozmówcą i zapytał dla pewności.
- I na pewno nie pamiętasz kompletnie nic co wydarzyło się w międzyczasie, tak?
- Tak - odparł wciąż czując się nieswojo.
Xerxes już nic nie powiedział. Dokończył jedynie zmienianie bandaży, zabrał zużyte i wyszedł bez słowa zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
Reim leżał w całkowitym bezruchu; tak jak go zostawił. Mając cały czas w swojej świadomości wizerunek tego ohydnego czegoś co nieudolnie zastępowało mu skórę, bał się, że znowu mu się coś rozerwie albo - jeszcze gorzej - wypadną mu wnętrzności. Na tą absurdalną ale jednak dość prawdopodobną w obecnej sytuacji myśl zrobiło mu się jeszcze bardziej słabo.
W oddali zamajaczył mu dwór Rainsworth. Był to okazały zdobiony budynek z białego marmuru. Reimowi przypomniały się czasy dzieciństwa, kiedy to razem z Sharon biegali po długich, krętych korytarzach w tę i z powrotem.
Spojrzał w drugą stronę spodziewając się zobaczyć olbrzymią bramę wejściową ale nie było jej tam. A przynajmniej jej nie widział, bowiem cały tamtejszy obszar okrywała, niczym koc gęsta mgła.
Wstał postanowiwszy poszukać kogoś w rezydencji.
Po około piętnastu minutach spaceru zatrzymał się zmęczony. Posiadłość wydawała mu się być równie daleko jak przedtem. Kiedy się obejrzał, okazało się, że tak naprawdę nie ruszył się o więcej niż dwa metry od stolika. Osłupiały usiadł z powrotem na krześle, by dać odpocząć nogą.
Dopiero teraz dostrzegł, że w filiżance znajduje się jakiś biały płyn zamiast herbaty. Z lekkim wahaniem uniósł ją i spróbował zawartości. Po raz kolejny zaskoczony doszedł do wniosku, że to po prostu mleko. Wypił jednym haustem całą zawartość naczynia i gdy chciał dolać jeszcze trochę z imbryka stojącego nieopodal, usłyszał z oddali cichy śpiew.
Odwrócił się w kierunku, z którego wydawało mu się, że wydobywa się głos.
I wtem wszystko stało się kompletnie czarne.
Znów czuł palący ból w całym ciele. Przekręcił powoli głowę w prawo i jego oczom ukazały się niewyraźne z powodu braku okularów oraz wszechogarniającego mroku drzwi. Momentalnie zrozumiał, że ponownie znajduje się w tej celi. Pomimo płonącego bólu, jego poranionym ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Z wysiłkiem przekręcił się na jeden z boków. Pożałował tej decyzji, ponieważ ramię, na którym się położył było miejscami pozbawione mięsa przez co perłowa kość połyskiwała na tle krwistej czerwieni.
Zamiast próbować przekręcić się na drugą stronę, Reim ignorując rękę zwinął się powoli w ciasny kłębek.
Wciąż dyszał z cierpienia, gdy drzwi po raz kolejny otworzyły się na oścież ukazując postać niewielkiej dziewczynki wraz z jej psem.
Reim obudził się gwałtownie z czegoś co mogło być koszmarem. Nie był pewien dlaczego tak nagle się wybudził. Nie pamiętał, żeby mu się coś śniło ale w końcu ponoć nie zawsze pamięta się swoje sny, prawda?
Rozejrzał się po pokoju i ze zdziwieniem stwierdził, że nie wie gdzie się znajduje. Pomieszczenie o pomarańczowych ścianach wyglądało na sypialnię. Aby móc się lepiej mu przyjrzeć, ze stęknięciem uniósł się na trzęsących rękach do pozycji siedzącej i wyciągnął jedną z nich w stronę czegoś co wydawało mu się być stolikiem nocnym. Od razu wyczuł swoje okulary. Chwycił je i sprawnie założył.
Tak jak mu się wydawało była to niewielka sypialnia o dość spartańskim wystroju. Całe umeblowanie składało się na łóżko, na którym siedział, dębową szafę zajmującą przeciwległą ścianę oraz niewielką szafkę, z której zabrał okulary. Jego wzrok przykuł wózek inwalidzki stojący blisko niego.
Ciekawe po co to tutaj jest, pomyślał.
Wiszące wysoko nad niebem za oknem słońce wskazywało na to, że zbliża się południe.
Reim postanowił spróbować wstać i rozejrzeć się nieco po tym miejscu. Kiedy z trudem przekręcił się i zrzucił nogi na podłogę, jego oczy rozszerzyły się szeroko.
Dolne kończyny tak samo jak zresztą górne pokryte były ciasno bandażami, ale tym co wprawiło go w przerażenie nie były śnieżnobiałe opatrunki a lewa stopa.
A raczej jej brak.
Po kilku sekundach odrętwienia krzyknął cicho. Nie odrywając wzroku od przestrzeni, którą powinna zajmować stopa, gwałtownie wyciągnął jedna rękę przed siebie jakby chciał chwycić nieistniejącą część ciała i upewnić się, że to tylko umysł płata mu figle. Jednakże jego osłabione ciało natychmiastowo poleciało na twardą podłogę wyłożoną jasnobrązowymi deskami.
Po raz kolejny krzyknął, tylko że tym razem z bólu lądując na lewym boku. Usiłował podźwignąć się do góry przy pomocy ręki, która nie ucierpiała na skutek lądowania, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem.
W przejściu stanął wyraźnie zaniepokojony mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i czerwonym oku.
Reim od razu go rozpoznał.
- Xer...x...? - wysapał.
Tamten rzucił się w jego kierunku i upadł z impetentem na kolana. Chwycił rannego pomagając mu dostać się do pozycji siedzącej i zawołał.
- Reim?! Ty naprawdę mówisz?!
Okularnik spojrzał na niego dziwnie.
- No tak... Dlaczego zachowujesz się w ten sposób? To zupełnie do ciebie nie podobne.
Xerxes nie zważając na pytanie podźwignął Reima do góry i ledwo położył z powrotem na łóżko w taki sposób, że jego nogi wciąż zwisały nad ziemią a tułów leżał na miękkim materacu. Szarpnął do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy odsłaniając całą stertę bandaży okalających klatkę piersiową. Reim zauważył, że po lewej stronie przecieka krew. Domyślił się, że to z powodu jego upadku.
Break odchylił się, żeby sięgnąć do szafki nocnej. Z jednej z szuflad wyjął zwitek elastycznych bandaży, który rzucił na pościel obok. Złapał za zużyte opatrunki i zerwał je z wprawą z ciała Reima. Ten zbladł, gdy zobaczył co się pod nimi znajduje. Jego tułów zamiast skóry pokryty był czymś co wyglądało jak lepka szaroróżowa maź, z pod której widoczne były różne mięśnie i ścięgna a gdzieniegdzie prześwitywały nawet kości. Z pęknięć powstałych na boku powoli sączyła się gęsta, ciemnoczerwona krew.
Poczuł, że zbiera mu się na wymioty.
- Co... co to... jest? -wydukał zdrętwiałymi ustami.
Xerxes, którego najwyraźniej ten obraz nie odpychał spojrzał mu w oczy z nieskrywanym zdziwieniem.
- Dlaczego pytasz? Przecież wiesz.
Reim wpatrując się w swojego przyjaciela w szoku, pozwolił dać upust pytaniom, które gnębiły go przez ostatnie dobre kilkanaście minut.
- Jak to "wiem"? Niby skąd mogę wiedzieć co to za miejsce, czemu tu jestem, co mi się stało, dlaczego tak się zachowujesz oraz - przerwał na chwilę po czym dokończył nieco ciszej. - co stało się z moją stopą?
W pokoju zapadła irytująca cisza. Break patrzył z wyrazem kompletnego nie zrozumienia tak jakby oczekiwał, że Reim wykrzyczy, iż to tylko żart.
W końcu przerwał ją szept Xerxesa, który mówił najwyraźniej do siebie.
- Jak to możliwe... - nastepnie ciut głośniej zwrócił się bezpośrednio do rannego. - Czy... ty naprawdę nie pamiętasz?
- A co mam pamiętać?
Konsternacja Breaka zdawała się - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej pogłębić.
- Reim... Czy pamiętasz co wydarzyło się w posiadłości Yura?
Okularnik zamyślił się na chwilę po czym zaczął z wolna.
- Noo... Rozmawialiśmy o panience Sharon i potem sobie poszedłem...
- Ale co stało się p ó ź n i e j ? - nalegał.
Reim zmarszczył brwi.
- Później... później obudziłem się tutaj - powiedział ostrożnie.
Break jeszcze bardziej pochylił się nad swoim rozmówcą i zapytał dla pewności.
- I na pewno nie pamiętasz kompletnie nic co wydarzyło się w międzyczasie, tak?
- Tak - odparł wciąż czując się nieswojo.
Xerxes już nic nie powiedział. Dokończył jedynie zmienianie bandaży, zabrał zużyte i wyszedł bez słowa zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
Reim leżał w całkowitym bezruchu; tak jak go zostawił. Mając cały czas w swojej świadomości wizerunek tego ohydnego czegoś co nieudolnie zastępowało mu skórę, bał się, że znowu mu się coś rozerwie albo - jeszcze gorzej - wypadną mu wnętrzności. Na tą absurdalną ale jednak dość prawdopodobną w obecnej sytuacji myśl zrobiło mu się jeszcze bardziej słabo.
niedziela, 6 marca 2016
Część 2.
Śniło mu się, że znowu jest w posiadłości Yura na przyjęciu.
Rozejrzał się powoli i dostrzegł swojego przyjaciela samotnie siedzącego
przy stoliczku na balkonie tyłem do sali.
Na parkiecie migały co chwilę kolorowe stroje tańczących par. W powietrzu mieszały się zapachy różnych drogich marek perfum.
Reim postanowił pójść do Xerxesa. Kiedy się do niego zbliżał, zauważył, że nie jest on wcale sam. Osoba mu towarzysząca po prostu była tak niska, że z daleka nie dało się jej dostrzec zza stolika.
Niska, przeszło mu przez głowę. Niska jak dziecko. Zupełnie jak Lily. Przeszył go gwałtowny dreszcz na tę myśl. Zapragnął się zatrzymać, zawrócić i odejść stąd jak najdalej. Ale jego nogi uparcie posuwały się w stronę balkonu coraz szybciej wbrew jego woli. Właściwie to miał wrażenie jakby sunął po podłodze a nie szedł.
Stał już koło stolika. Xerxes wciąż siedział nieruchomo tyłem. Przed nim na drugim krześle siedziała z mocno pochyloną głową dziewczynka o identycznych jasnobrązowych włosach co Lily oraz tej samej sukience. Reim był pewny, że to ona. I nie mylił się.
Uniosła gwałtownie głowę ku górze jak lalka, której sznurki zostały z całej siły pociągnięte przez niewidoczną rękę. Reimowi ukazała się twarz jeszcze straszniejsza od tej, którą pokazała mu, gdy ją postrzelił tamtej jakże pamiętnej nocy w jednym z pomieszczeń podziemi.
Teraz miał przez sobą twarz pozbawioną tych swoich wielkich niebieskich oczu oraz sporego skrawka skóry na prawym policzku. Z dziur z oczodołów oraz z długiej od ucha do ucha rany, która sztucznie poszerzała uśmiech spływała jej ciepła, krwista posoka. Zawołała unosząc do góry kikuty rąk.
- Czaaaas na zabawę!
Na to Break ku przerażeniu Reima szczeknął głośno i odwrócił się gwałtownie. Reim zaczął wrzeszczeć najgłośniej jak mógł, kiedy Xerxes z pyskiem Bandersnatcha zamiast swojej twarzy rzucił się na niego wygłodniały.
Dalej wrzeszczał i wierzgał w momencie, gdy się wybudził. Na ślepo jeszcze mocniej wymachiwał rękami i nogami, kiedy poczuł na sobie czyjeś ręce. Zajęło mu dobrą chwilę przetworzenie, że ich właściciel krzyczy na niego, żeby przestał.
Przestał się więc wiercić i szeroko rozwartymi oczyma, dysząc skupił wzrok na mężczyźnie przed nim. Po długim, białym fartuchu domyślił się, że jest on lekarzem. Doktor miał szare, zatroskane oczy i krótko przystrzyżone, ciemne włosy.
Po paru sekundach milczenia odezwał się ciepłym głosem.
- Proszę się nie ruszać, nie chcę zrobić ci krzywdy.
Po czym wsadził prawą dłoń do środka czarnej, skórzanej torby, która leżała obok jego nogi. Chwilę w niej grzebał, aż w końcu wyciągnął z niej zwitek bandaży i jakiś płyn. Kiedy wylał niewielką ilość na ranę Reim syknął z bólu. Po okropnym pieczeniu stwierdził, że to środek dezynfekujący.
Lekarz sprawnie obandażował okaleczony fragment nogi i zabrał się za nastepne uszkodzenia. Wszystko robił równie metodycznie. Po kilkunastu minutach pracy odchylił się ze stęknięciem i przyjrzał swojej pracy.
Czując na sobie wzrok Reima spojrzał na jego twarz i ze smętnym uśmiechem oznajmił.
- Jeszcze tylko to.
Po czym wyjął z kieszeni niewielką, niebieską kapsułkę. Chciał ją mu podać ale nagle go olśniło.
- Wybacz, prawie zapomniałem o wodzie - dodał lekko zażenowany. Wyjął ze swojej torby lekarskiej butelkę wody i postawił odkręconą już obok niego.
Reim spragniony wpatrywał się w płyn próbując sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miał coś w ustach oprócz własnych odchodów i robaków, które udało mu się złapać.
Mężczyzna uniósł lekko jego głowę i umieścił mu tabletkę w ustach. Następnie złapał za butelkę i go napoił.
Reim pił łapczywie nie zważając na okropne palenie w gardle. Stróżka wody spływała mu po twarzy tworząc małą kałużę na podłodze. Gdy wypił całą zawartość opakowania, z utęsknieniem patrzył jak butelka znika w ciemnej otchłani torby. Liczył na to, że mężczyzna da mu jej jeszcze trochę. W końcu był wciąż tak okropnie spragniony. Ale ten tylko wstał podnosząc z ziemi swą torbę i pośpiesznie wyszedł zamykając za sobą żelazne drzwi na klucz.
Z letargu wybudziły go ponowne odgłosy skocznych kroków i donośny głos Lily, która śpiewała sobie jakąś piosenkę. Nie miał pojęcia jak długo leżał w kompletnym bezruchu, oderwany od rzeczywistości. Wiedział tylko, że na pewno nie spał. A ten piękny ogród, w którym popijał popołudniową herbatkę z bliskimi nie był obrazem sennym. Halucynacją? Być może, ale na pewno nie snem.
Swoją drogą, to słowo "bliscy" brzmi teraz niesamowicie odstręczająco, pomyślał z goryczą Reim. Przecież gdyby naprawdę nimi byli, to pomogliby mi, uratowaliby mnie. Jestem przekonany, że teraz bawią się w najlepsze. A może w ogóle o mnie zapomnieli?...
Jego rozważania przerwał głośny trzask otwieranych drzwi. W progu ponownie pojawiła się Lily ze swoim ulubieńcem.
Już aż się ślini na myśl co zaraz mi zrobi, skrzywił się.
- Paaaaniee Reeeiiim! - zawołała przedłużając każdą samogłoskę. - Chciałam ci powiedzieć, że idę za chwilę razem z innymi Baskervillami do Pandory zniszczyć kolejny kamień pieczętujący pana Glena! Jestem taka szczęśliwa, że niedługo będzie wolny! Dlatego - dodała nieco smętniejszym głosem. - nie będę mogła towarzyszyć wam w zabawie.
Urwała na chwilę usłyszawszy z korytarza swoje imię. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodziło wołanie i odkrzyknęła.
- Tak! Już idę, Doug! - a do Reima rzekła. - To do zobaczenia i miłej zabawy!
Wybiegła zatrzaskując za sobą drzwi.
Wróciwszy do celi następnego dnia, krzyknęła poirytowana.
- Bandersnatch! Do mnie!
Zwierze zaniepokojone tonem głosu od razu przyczłapało do swojej pani.
- Miałeś się bawić a nie zabijać! Więc dlaczego pan Reim się nie rusza?! - uderzyła go pięścią w pysk i ciągnęła. - Módl się lepiej, żeby doktor powiedział, że z moim nowym przyjacielem wszystko w porządku!
Złapała za kęp przesączonej czerwoną posoką sierści i pociągnęła całego umazanego juchą psa korytarzem, nie trudząc się zamknąć za sobą drzwi.
Tymczasem, Reim odprowadzał ich całkowicie zamglonym wzrokiem zza już doszczętnie połamanych okularów.
Nie był w stanie poruszyć chociażby palcem. Miał wrażenie, że jego ciało wręcz płonie z bólu. Nie docierało nawet do niego, że skoro drzwi są otwarte, to mógłby spróbować uciec.
Po paru minutach dostrzegł niewyraźną postać tamtego lekarza, który ostatnio go opatrywał. Lecz zanim doktor dobiegł do niego, Reim znów zapadł w letarg.
Na parkiecie migały co chwilę kolorowe stroje tańczących par. W powietrzu mieszały się zapachy różnych drogich marek perfum.
Reim postanowił pójść do Xerxesa. Kiedy się do niego zbliżał, zauważył, że nie jest on wcale sam. Osoba mu towarzysząca po prostu była tak niska, że z daleka nie dało się jej dostrzec zza stolika.
Niska, przeszło mu przez głowę. Niska jak dziecko. Zupełnie jak Lily. Przeszył go gwałtowny dreszcz na tę myśl. Zapragnął się zatrzymać, zawrócić i odejść stąd jak najdalej. Ale jego nogi uparcie posuwały się w stronę balkonu coraz szybciej wbrew jego woli. Właściwie to miał wrażenie jakby sunął po podłodze a nie szedł.
Stał już koło stolika. Xerxes wciąż siedział nieruchomo tyłem. Przed nim na drugim krześle siedziała z mocno pochyloną głową dziewczynka o identycznych jasnobrązowych włosach co Lily oraz tej samej sukience. Reim był pewny, że to ona. I nie mylił się.
Uniosła gwałtownie głowę ku górze jak lalka, której sznurki zostały z całej siły pociągnięte przez niewidoczną rękę. Reimowi ukazała się twarz jeszcze straszniejsza od tej, którą pokazała mu, gdy ją postrzelił tamtej jakże pamiętnej nocy w jednym z pomieszczeń podziemi.
Teraz miał przez sobą twarz pozbawioną tych swoich wielkich niebieskich oczu oraz sporego skrawka skóry na prawym policzku. Z dziur z oczodołów oraz z długiej od ucha do ucha rany, która sztucznie poszerzała uśmiech spływała jej ciepła, krwista posoka. Zawołała unosząc do góry kikuty rąk.
- Czaaaas na zabawę!
Na to Break ku przerażeniu Reima szczeknął głośno i odwrócił się gwałtownie. Reim zaczął wrzeszczeć najgłośniej jak mógł, kiedy Xerxes z pyskiem Bandersnatcha zamiast swojej twarzy rzucił się na niego wygłodniały.
Dalej wrzeszczał i wierzgał w momencie, gdy się wybudził. Na ślepo jeszcze mocniej wymachiwał rękami i nogami, kiedy poczuł na sobie czyjeś ręce. Zajęło mu dobrą chwilę przetworzenie, że ich właściciel krzyczy na niego, żeby przestał.
Przestał się więc wiercić i szeroko rozwartymi oczyma, dysząc skupił wzrok na mężczyźnie przed nim. Po długim, białym fartuchu domyślił się, że jest on lekarzem. Doktor miał szare, zatroskane oczy i krótko przystrzyżone, ciemne włosy.
Po paru sekundach milczenia odezwał się ciepłym głosem.
- Proszę się nie ruszać, nie chcę zrobić ci krzywdy.
Po czym wsadził prawą dłoń do środka czarnej, skórzanej torby, która leżała obok jego nogi. Chwilę w niej grzebał, aż w końcu wyciągnął z niej zwitek bandaży i jakiś płyn. Kiedy wylał niewielką ilość na ranę Reim syknął z bólu. Po okropnym pieczeniu stwierdził, że to środek dezynfekujący.
Lekarz sprawnie obandażował okaleczony fragment nogi i zabrał się za nastepne uszkodzenia. Wszystko robił równie metodycznie. Po kilkunastu minutach pracy odchylił się ze stęknięciem i przyjrzał swojej pracy.
Czując na sobie wzrok Reima spojrzał na jego twarz i ze smętnym uśmiechem oznajmił.
- Jeszcze tylko to.
Po czym wyjął z kieszeni niewielką, niebieską kapsułkę. Chciał ją mu podać ale nagle go olśniło.
- Wybacz, prawie zapomniałem o wodzie - dodał lekko zażenowany. Wyjął ze swojej torby lekarskiej butelkę wody i postawił odkręconą już obok niego.
Reim spragniony wpatrywał się w płyn próbując sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miał coś w ustach oprócz własnych odchodów i robaków, które udało mu się złapać.
Mężczyzna uniósł lekko jego głowę i umieścił mu tabletkę w ustach. Następnie złapał za butelkę i go napoił.
Reim pił łapczywie nie zważając na okropne palenie w gardle. Stróżka wody spływała mu po twarzy tworząc małą kałużę na podłodze. Gdy wypił całą zawartość opakowania, z utęsknieniem patrzył jak butelka znika w ciemnej otchłani torby. Liczył na to, że mężczyzna da mu jej jeszcze trochę. W końcu był wciąż tak okropnie spragniony. Ale ten tylko wstał podnosząc z ziemi swą torbę i pośpiesznie wyszedł zamykając za sobą żelazne drzwi na klucz.
Z letargu wybudziły go ponowne odgłosy skocznych kroków i donośny głos Lily, która śpiewała sobie jakąś piosenkę. Nie miał pojęcia jak długo leżał w kompletnym bezruchu, oderwany od rzeczywistości. Wiedział tylko, że na pewno nie spał. A ten piękny ogród, w którym popijał popołudniową herbatkę z bliskimi nie był obrazem sennym. Halucynacją? Być może, ale na pewno nie snem.
Swoją drogą, to słowo "bliscy" brzmi teraz niesamowicie odstręczająco, pomyślał z goryczą Reim. Przecież gdyby naprawdę nimi byli, to pomogliby mi, uratowaliby mnie. Jestem przekonany, że teraz bawią się w najlepsze. A może w ogóle o mnie zapomnieli?...
Jego rozważania przerwał głośny trzask otwieranych drzwi. W progu ponownie pojawiła się Lily ze swoim ulubieńcem.
Już aż się ślini na myśl co zaraz mi zrobi, skrzywił się.
- Paaaaniee Reeeiiim! - zawołała przedłużając każdą samogłoskę. - Chciałam ci powiedzieć, że idę za chwilę razem z innymi Baskervillami do Pandory zniszczyć kolejny kamień pieczętujący pana Glena! Jestem taka szczęśliwa, że niedługo będzie wolny! Dlatego - dodała nieco smętniejszym głosem. - nie będę mogła towarzyszyć wam w zabawie.
Urwała na chwilę usłyszawszy z korytarza swoje imię. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodziło wołanie i odkrzyknęła.
- Tak! Już idę, Doug! - a do Reima rzekła. - To do zobaczenia i miłej zabawy!
Wybiegła zatrzaskując za sobą drzwi.
Wróciwszy do celi następnego dnia, krzyknęła poirytowana.
- Bandersnatch! Do mnie!
Zwierze zaniepokojone tonem głosu od razu przyczłapało do swojej pani.
- Miałeś się bawić a nie zabijać! Więc dlaczego pan Reim się nie rusza?! - uderzyła go pięścią w pysk i ciągnęła. - Módl się lepiej, żeby doktor powiedział, że z moim nowym przyjacielem wszystko w porządku!
Złapała za kęp przesączonej czerwoną posoką sierści i pociągnęła całego umazanego juchą psa korytarzem, nie trudząc się zamknąć za sobą drzwi.
Tymczasem, Reim odprowadzał ich całkowicie zamglonym wzrokiem zza już doszczętnie połamanych okularów.
Nie był w stanie poruszyć chociażby palcem. Miał wrażenie, że jego ciało wręcz płonie z bólu. Nie docierało nawet do niego, że skoro drzwi są otwarte, to mógłby spróbować uciec.
Po paru minutach dostrzegł niewyraźną postać tamtego lekarza, który ostatnio go opatrywał. Lecz zanim doktor dobiegł do niego, Reim znów zapadł w letarg.
sobota, 5 marca 2016
Część 1.
Reim wrzasnął. Był to krzyk pełen tłumionego cierpienia i strachu. Tę
reakcję wywołały u niego zbliżające się powoli korytarzem znajome kroki i
odgłosy szponiastych łap rysujących podłogę. Mężczyzna skulił się
jeszcze ciaśniej w kącie niewielkiej, ciemnej celi. Unoszący się w
powietrzu smród fekaliów i zaschniętej krwi drażnił jego wrażliwe na
wszelkie zapachy nozdrza.
Do tej pory nie opuszczało go to jedno pytanie. Dlaczego? Dlaczego musi przez to wszystko przechodzić? Przecież nie zrobił nic złego! Zawsze był sumienny i pracowity. Nigdy nie wpadał w konflikty oraz nie mieszał się w cudze sprawy. Więc czemu to nieszczęście przytrafiło się akurat jemu?! Pamiętał jak jego przyjaciel Xerxes powiedział, że Reima to omijają wszelkie kłopoty.
Co za bzdura! Gdyby tak było, to nie leżałby w tym okropnym miejscu całkiem sam na tej lodowatej podłodze w kałuży własnej krwi.
Ciężkie drzwi otworzyły się na oścież wpuszczając do pokoju nie co światła. W przejściu ukazała się dziewczynka wyglądająca na co najwyżej 12 lat. Obok niej stał ogromnej postury pies.
O ile to w ogóle jest pies, pomyślał Reim patrząc zza nadtłuczonych okularów na jego potężne jak u rekina szczęki, z których sączyła się gęsta ślina i prawie całkowicie białe gałki oczne. W dodatku to bydle dosięgało dziewczynce prawie do łokcia.
Z promiennym uśmiechem na swej młodej, zarumienionej twarzyczce zawołała piskliwym głosikiem.
- Dzień doberek, panie Reim!
A więc jest dzień, przeszło mu przez myśl tak jakby ta informacja miała jakiekolwiek znaczenie w jego obecnej sytuacji.
- Bandersnatch znów chciałby się z tobą pobawić. Cieszę się, że tak bardzo cię polubił! - wykrzyknęła uradowana.
Usłyszawszy swoje imię psisko szczeknęło donośnie w kierunku właścicielki i poczęło machać ogonem czekając na pozwolenie do rozpoczęcia swojej "zabawy".
Dziewczynka zadawała się nie zauważać wyczekiwania swojego pupila i ciągnęła dalej.
- Mam nadzieję, że czujesz się dobrze. Pan doktor powiedział, że Bandersnatch bardzo cię zmęczył przy ostatniej zabawie i, że powinieneś trochę odpocząć przed następną.
Czekała na odpowiedź z jego strony ale Reim wpatrywał się jedynie w nią stępionymi i nieco przyciemnionymi, brązowymi oczami. Chyba jej się to nie do końca spodobało, ponieważ jej radosny uśmiech zastąpiony został grymasem typowym dla naburmuszonych dzieci.
- U-Uh... Uuuuh... - zaczęła pojękiwać przytupując krótkimi nóżkami i ściskając małe rączki w pieści. - Czeeemu się tak zachowujesz, Reeeim?! Przecież mówiłam, że chcę być twoją przyjaciółką! Nie pamiętasz?!
Reimowi mignęły przed oczyma sceny z ostatnich chwil jego wolności. Przyjęcie w rezydencji Yura. Szukanie kamienia pieczętującego. To zwierze mordujące jego towarzyszy. I... Ona. Lily z całą zakrwawioną twarzą, nienaturalnie szerokim uśmiechem oraz wielkimi błyszczącymi i podekscytowanymi, błękitnymi oczami.
Wzdrygnął się mimowolnie na te fragmenty wspomnień.
Widząc jego zachowanie Lily przechyliła głowę i spytała.
- Co to, panie Reim? Coś się stało?
Lecz i tym razem nie doczekała się żadnej odpowiedzi. Wzruszyła więc z rezygnacją wątłymi ramionami i wydała komendę.
- Bandersnatch! Możesz się już zacząć bawić.
Pies zawył energicznie i od razu rzucił się w kierunku Reima.
Wbrew świadomości, że i tak mu się nie uda, zaczął resztkami sił czołgać się najszybciej jak potrafił w stronę drzwi. W stronę tego jasnego światła.
Oczywiście, tak jak przypuszczał nie udało mu się dotrzeć do upragnionego celu. Dały o sobie znać głód, odwodnienie oraz znaczna utrata krwi z poprzednich razy.
Zwalił się na podłogę tak szybko jak uniósł. Bandersnatch korzystając z tej okazji skoczył mu na plecy.
Długimi pazurami rozcinał już i tak porozdzierane ubrania raniąc przy tym pełną zarysowań oraz podłużnych blizn skórę. Reim stęknął głośno wierzgając kończynami na wszystkie strony. Stworzenie postanowiło zatopić swoje ostre niczym noże kły w jego odsłonięte prawe ramie. Mężczyzna wrzasnął z bólu. Próbował bezskutecznie zrzucić ze swojego grzbietu agresywnego kundla. Tamten nic sobie z tego nie robiąc wyrwał dość spory kawał mięsa i natychmiast go przełknął oblizując pysk długim językiem. Następnie obrócił się i zabrał za podjadanie lewej nogi. Oczy Reima wypełniły się słonymi łzami a same gałki oczne wywróciły się ku górze prawie całkowicie niknąc pod powiekami. Pies wyszarpał i pożarł z lubością kolejny kawał surowego mięsa odsłaniając lśniącą bielą kość strzałkową. Ślina obficie spływała po brodzie Reima na brudną podłogę z jego szeroko otwartych od krzyków ust. Jakby zza ściany usłyszał wysoki głos Lily wołający do swojego zwierzątka, że na razie wystarczy tych zabaw.
Potwór z ociąganiem zszedł z pleców Reima i niechętnie oddalił od jego lekko trzęsącego się ciała.
Oboje wyszli w końcu zostawiając go w spokoju.
Z kolei wyczerpany Reim zapadł w płytki, niespokojny sen.
Do tej pory nie opuszczało go to jedno pytanie. Dlaczego? Dlaczego musi przez to wszystko przechodzić? Przecież nie zrobił nic złego! Zawsze był sumienny i pracowity. Nigdy nie wpadał w konflikty oraz nie mieszał się w cudze sprawy. Więc czemu to nieszczęście przytrafiło się akurat jemu?! Pamiętał jak jego przyjaciel Xerxes powiedział, że Reima to omijają wszelkie kłopoty.
Co za bzdura! Gdyby tak było, to nie leżałby w tym okropnym miejscu całkiem sam na tej lodowatej podłodze w kałuży własnej krwi.
Ciężkie drzwi otworzyły się na oścież wpuszczając do pokoju nie co światła. W przejściu ukazała się dziewczynka wyglądająca na co najwyżej 12 lat. Obok niej stał ogromnej postury pies.
O ile to w ogóle jest pies, pomyślał Reim patrząc zza nadtłuczonych okularów na jego potężne jak u rekina szczęki, z których sączyła się gęsta ślina i prawie całkowicie białe gałki oczne. W dodatku to bydle dosięgało dziewczynce prawie do łokcia.
Z promiennym uśmiechem na swej młodej, zarumienionej twarzyczce zawołała piskliwym głosikiem.
- Dzień doberek, panie Reim!
A więc jest dzień, przeszło mu przez myśl tak jakby ta informacja miała jakiekolwiek znaczenie w jego obecnej sytuacji.
- Bandersnatch znów chciałby się z tobą pobawić. Cieszę się, że tak bardzo cię polubił! - wykrzyknęła uradowana.
Usłyszawszy swoje imię psisko szczeknęło donośnie w kierunku właścicielki i poczęło machać ogonem czekając na pozwolenie do rozpoczęcia swojej "zabawy".
Dziewczynka zadawała się nie zauważać wyczekiwania swojego pupila i ciągnęła dalej.
- Mam nadzieję, że czujesz się dobrze. Pan doktor powiedział, że Bandersnatch bardzo cię zmęczył przy ostatniej zabawie i, że powinieneś trochę odpocząć przed następną.
Czekała na odpowiedź z jego strony ale Reim wpatrywał się jedynie w nią stępionymi i nieco przyciemnionymi, brązowymi oczami. Chyba jej się to nie do końca spodobało, ponieważ jej radosny uśmiech zastąpiony został grymasem typowym dla naburmuszonych dzieci.
- U-Uh... Uuuuh... - zaczęła pojękiwać przytupując krótkimi nóżkami i ściskając małe rączki w pieści. - Czeeemu się tak zachowujesz, Reeeim?! Przecież mówiłam, że chcę być twoją przyjaciółką! Nie pamiętasz?!
Reimowi mignęły przed oczyma sceny z ostatnich chwil jego wolności. Przyjęcie w rezydencji Yura. Szukanie kamienia pieczętującego. To zwierze mordujące jego towarzyszy. I... Ona. Lily z całą zakrwawioną twarzą, nienaturalnie szerokim uśmiechem oraz wielkimi błyszczącymi i podekscytowanymi, błękitnymi oczami.
Wzdrygnął się mimowolnie na te fragmenty wspomnień.
Widząc jego zachowanie Lily przechyliła głowę i spytała.
- Co to, panie Reim? Coś się stało?
Lecz i tym razem nie doczekała się żadnej odpowiedzi. Wzruszyła więc z rezygnacją wątłymi ramionami i wydała komendę.
- Bandersnatch! Możesz się już zacząć bawić.
Pies zawył energicznie i od razu rzucił się w kierunku Reima.
Wbrew świadomości, że i tak mu się nie uda, zaczął resztkami sił czołgać się najszybciej jak potrafił w stronę drzwi. W stronę tego jasnego światła.
Oczywiście, tak jak przypuszczał nie udało mu się dotrzeć do upragnionego celu. Dały o sobie znać głód, odwodnienie oraz znaczna utrata krwi z poprzednich razy.
Zwalił się na podłogę tak szybko jak uniósł. Bandersnatch korzystając z tej okazji skoczył mu na plecy.
Długimi pazurami rozcinał już i tak porozdzierane ubrania raniąc przy tym pełną zarysowań oraz podłużnych blizn skórę. Reim stęknął głośno wierzgając kończynami na wszystkie strony. Stworzenie postanowiło zatopić swoje ostre niczym noże kły w jego odsłonięte prawe ramie. Mężczyzna wrzasnął z bólu. Próbował bezskutecznie zrzucić ze swojego grzbietu agresywnego kundla. Tamten nic sobie z tego nie robiąc wyrwał dość spory kawał mięsa i natychmiast go przełknął oblizując pysk długim językiem. Następnie obrócił się i zabrał za podjadanie lewej nogi. Oczy Reima wypełniły się słonymi łzami a same gałki oczne wywróciły się ku górze prawie całkowicie niknąc pod powiekami. Pies wyszarpał i pożarł z lubością kolejny kawał surowego mięsa odsłaniając lśniącą bielą kość strzałkową. Ślina obficie spływała po brodzie Reima na brudną podłogę z jego szeroko otwartych od krzyków ust. Jakby zza ściany usłyszał wysoki głos Lily wołający do swojego zwierzątka, że na razie wystarczy tych zabaw.
Potwór z ociąganiem zszedł z pleców Reima i niechętnie oddalił od jego lekko trzęsącego się ciała.
Oboje wyszli w końcu zostawiając go w spokoju.
Z kolei wyczerpany Reim zapadł w płytki, niespokojny sen.
Wstęp.
Cześć, tak jak widać po nagłówku ten blog poświęcony będzie opowiadaniu powiązanym (bardziej w sumie w mniejszym a nie większym stopniu) mandze (tak, mandze. Jeśli jesteś tylko po anime i nie znasz wydarzeń z 13 tomu, to idź sobie proszę, gdyż i tak nie będziesz wiedzieć o co chodzi) Pandora Hearts a głównym bohaterem będzie w nim Reim.
Tak więc "słowo" wstępu:
Owy fanfic skupia się (w chory sposób) na tym co by się wydarzyło gdyby Reim nie użył Marcowego Zająca oraz gdyby Lily "zabrałaby" go sobie jako swojego nowego "przyjaciela" i "zabawkę" dla swojego łańcucha do siedziby Baskerville'ów. Samo w sobie opowiadanie zaczyna się jakby w trakcie już jego "pobytu" w "nowym domu". Potem jakby cała treść traci jakiekolwiek powiązanie z serią, poza oczywiście niektórymi postaciami ale aby wiedzieć o co na początku chodzi trzeba orientować się w mandze. (przepraszam za tyle cudzysłowów)
Poza tym mam też pewne ostrzeżenie. Bowiem w tym opowiadaniu pojawiają się liczne drastyczne opisy chociażby tortur. Zwlaszcza na początku jest dużo krwi, bólu i cierpienia. To tak dla wrażliwców.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że ktoś jednak zdecyduje się to czytać. Komentarze mile widziane, chyba.
Tak więc "słowo" wstępu:
Owy fanfic skupia się (w chory sposób) na tym co by się wydarzyło gdyby Reim nie użył Marcowego Zająca oraz gdyby Lily "zabrałaby" go sobie jako swojego nowego "przyjaciela" i "zabawkę" dla swojego łańcucha do siedziby Baskerville'ów. Samo w sobie opowiadanie zaczyna się jakby w trakcie już jego "pobytu" w "nowym domu". Potem jakby cała treść traci jakiekolwiek powiązanie z serią, poza oczywiście niektórymi postaciami ale aby wiedzieć o co na początku chodzi trzeba orientować się w mandze. (przepraszam za tyle cudzysłowów)
Poza tym mam też pewne ostrzeżenie. Bowiem w tym opowiadaniu pojawiają się liczne drastyczne opisy chociażby tortur. Zwlaszcza na początku jest dużo krwi, bólu i cierpienia. To tak dla wrażliwców.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że ktoś jednak zdecyduje się to czytać. Komentarze mile widziane, chyba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)