sobota, 4 lutego 2017

Część 13.

Reim leżał skulony w rogu swojej sypialni. Patrzył zapłakanym wzrokiem na drzwi bojąc się, że niby-cienie wrócą i znowu będą mu robić t e r z e c z y. Nie wiedział ile minęło od momentu, gdy ocknął się w tamtej kuchni. Po prostu całkiem stracił poczucie czasu. Zresztą stwierdził, że i tak mu na nim nie zależy, że już na niczym mu nie zależy. Z początku próbował uciec z tego miejsca albo chociaż z nimi walczyć ale nic to nie dawało. Dalej tkwił w tym piekle, w którym zamknął go Owen.
Powoli podźwignął swoje poturbowane ciało. Nie był jakoś szczególnie poraniony, przynajmniej fizycznie. Jego ciało pokrywały tylko blizny po płytkich, niezbyt długich cięciach oraz siniaki, które akurat zawdzięczał tylko i wyłącznie własnej głupocie. Natomiast z jego psychiką już nie było tak kolorowo. Coraz częściej popadał naprzemiennie w ataki paniki i apatii. Teraz obecna była inercja. Rozejrzał się dla pewności po znajomym pomieszczeniu i zataczając się z wycieńczenia emocjonalnego, ruszył na dół.
W kuchni jak zawsze panowały pustki. Usiadł więc na jedynym w pokoju krześle i spojrzał na pusty talerz. Brzuch zaburczał ale on nawet nie próbował przeszukiwać szafek w poszukiwaniu jakiegokolwiek jedzenia, ponieważ wiedział, że to bezcelowe. Spojrzał na piętrzący się za szybą ogród. Na zewnątrz wciąż padało a niebo w dalszym ciągu pozostawało usłane szarymi, gęstymi chmurami, zza których nie przebijał się nawet pojedyńczy promień słoneczny. Zerknął na samotnie stojącą altankę i postanowił, że się tam przejdzie.
Zanim doszedł pod jej daszek, deszcz zdążył już zaserwować mu dogłębną, darmową kąpiel, co wcale mu nie przeszkadzało. Przysiadł w milczeniu na pomalowanej na biało ławeczce i począł wpatrywać się tępo w równie biały stolik. Nawet nie próbował spojrzeć na właściciela olbrzymiej dłoni, która wylądowała na jego przemoczonych włosach. Nie musiał. Wiedział, że należy do jednego z nich - niby-cieni. Kiedy przed nim oraz obok niego pojawili znikąd się kolejni, tylko zapłakał cichutko pod nosem.

- Bezużyteczny...
Reim odwrócił się szukając wzrokiem tego, który wypowiedział tę obelgę. Jego oczy po chwili padły na zdegustowaną twarz albinosa.
- Naprawdę bezużyteczny śmieć - powtórzył Break.
Reim chciał coś na to odpowiedzieć ale wyprzedził go inny znajomy głos.
- Racja, i jeszcze jaki pewny siebie - zachichotała Sharon.
- No nie? Siedzi tylko w tych papierkach całe dnie i myśli sobie jaki jest wyjątkowy i niezbędny - dodał inny przyjaciel Reima - Gilbert.
- A tak naprawdę jest nikim! - podsumował Oz.
Wszyscy się zaśmiali w głos i zaczęli odchodzić gdzieś w mrok.
Reim usiłował ich dogonić i dowiedzieć się o co chodzi lecz gdy spróbował podnieść nogę, zauważył, że czarne ręce wystające z podłogi trzymają go w żelaznym uścisku. Stracił równowagę i upadł na kolana. Z tyłu dobiegł go kolejny chichot. Odwrócił głowę i zobaczył stojącego nad nim z szerokim uśmiechem Breaka.
- Xerx? Co się dzieje?
- Nie wiesz? - zarechotał albinos. - Już nie jesteś nikomu potrzebny, Reim!
- Hę?! O czym ty mówisz?!
Break zaśmiał się głośno i odparł.
- Mówię, że już nikt cię nie chce. Nawet ona - wskazał palcem w jakimś kierunku.
Reim spojrzał tam i zobaczył znudzoną Lily.
- O taaak. Pan Reim jest nuuudny. Nawet Bandersnatch'owi się znudził.
- No to co powinniśmy z nim zrobić? - spytał Xerxes.
- Jak to co? Zabić! - padła wesoła odpowiedź.
W tym momencie obydwoje rzucili się na okularnika i zaczęli dosłownie wciskać go w podłogę, która nagle zmieniła się w smolistą substancję. Reim szarpał się i próbował im wyrwać ale byli wręcz przerażająco silni. Czuł jak ta smoła wlewa mu się do rozwartych od krzyków ust. W końcu zatonął w niej całkowicie.


Obudził się z jękiem i od razu ociężale się podniósł. Wciąż był w altance ale kompletnie sam. Niby-cienie gdzieś musiały sobie pójść. Wstał i wrócił zmęczony, mimo tego, że dopiero się wybudził do rezydencji. Kiedy dotarł z powrotem do sypialni, padł na niezbyt wygodne łóżko i ponownie zasnął.

To wszystko, ta nowa rzeczywistość wyglądała cały czas identycznie. Gdy nie spał śniąc jedynie koszmary, to pojawiające się znikąd niby-cienie maltretowały jego umysł a następnie znikały bez śladu. Zmiana nastąpiła niespodziewanie. Otóż pewnego razu tak jak to zawsze miało miejsce te stworzenia bawiły się nim. Reim szarpał się na wszystkie strony i krzyczał, kiedy wkładały mu swoje długie palce do uszu, dobierając się do jego mózgu. Wierzgał również, gdy wkładały mu całe ręce do szeroko rozwartych ust tak głęboko, że czuł jak ściskają mu swoimi dłońmi narządy wewnętrzne.
Wtem mrugnął tylko i nagle znalazł się w innym pomieszczeniu! Wyglądało ono jak średniowieczne lochy - nierówne ściany przyozdabiały wiszące z nich łańcuchy a sam pokój składał się na starą szafę oraz na stół, do którego jakimś cudem został przykuty. Wierzgnął gwałtownie lecz całkowicie bezskutecznie. Znów był unieruchomiony.
Niespodziewanie poczuł w nodze przejmujący ból. Z trudem uniósł głowę z blatu. Jego oczom ukazał się tym razem jeden niby-cień, który dociskał mu rozżarzony do czerwoności pręt do ów bolejącej kończyny. Krzyknął i spanikowany spróbował odsunąć nogę od narzędzia ale jego chaotyczne działania spowodowały jedynie, że stworzenie jeszcze bardziej docisnęło pręt do skóry. Zajęty krzyczeniem nie zauważył, kiedy za jego głową wyrósł następny niby-cień. Ten z kolei wsadził mu bez wahania w oczodół swoje długie palce i wyszarpał mu prawą gałkę oczną. Wepchnął mu ją głęboko do gardła, co wywołało u niego silne odruchy wymiotne. Następnie przy pomocy swoich szponów z zadziwiająca łatwością rozpruł mu klatkę piersiową niczym zawodowiec i rozszerzył ranę ręką. Począł wyjmować po kolei wszystkie wnętrzności Reima i zapychać mu nimi usta. Czuł językiem oślizgły smak jego własnych trzewi, które zabierały mu nie tylko możliwość krzyczenia ale również powietrze. Gęsta krew spływała licznymi stróżkami ze stołu prosto na brudną podłogę. Reim bezskutecznie starał się wypluć flaki lecz za każdym razem gdy udawało mu się trochę je wypchnąć, istota wpychała je mu jeszcze głębiej.
Kiedy w końcu skończyły, zamiast odejść jak zawsze, jedynie puściły go i rozstąpiły się. Reim znów był w sypialni, cały i fizycznie zdrowy a po wcześniejszych zabiegach nie było nawet śladu. Na środku pomieszczenia stanął niby-reim, którego pamiętał z wydarzeń w lesie. Stał on w milczeniu trzymając coś w ręku i patrzył z góry obojętnie na zwiniętego na podłodze Reima. Po chwili podszedł do niego i wciąż nie wydając najmniejszego dźwięku podał mu to co wcześniej trzymał, po czym wraz z innymi rozpłynął się w powietrzu. Reim spojrzał na przedmiot. Był to stary, pluszowy zając. W wielu miejscach pozszywany spoglądał jakby smętnie oczkami z czarnych guzików. Reim patrząc na zabawkę poczuł dziwne ukłucie niepokoju w żołądku. Dlatego rzucił maskotkę tak, że ta odbiła sie od ściany i wylądowała koło łóżka w drugiej części pokoju, wciąż patrząc w kierunku okularnika swymi martwymi oczkami.

Po kolejnej "zabawie" z niby-cieniami Reim powrócił do owej sypialni i znów skulił się w tym samym miejscu na podłodze. Zamknął oczy i spróbował zasnąć tak jak zawsze.

<Dzień dobry~>

Reim otworzył szeroko oczy słysząc jakby w swojej głowie obcy, dość dziecinny głos. Rozejrzał się po pokoju ale nikogo nie dostrzegł. Położył więc głowę z powrotem na ziemi i opuścił powieki.

<Dlaczego się ze mną nie pobawisz~?>

Zdezorientowany tym razem podniósł się do pozycji siedzącej. Jego wzrok padł na przewróconą maskotkę. Niezdecydowanie doczołgał się do niej i złapał mocno ją za pluszową łapkę.

<Ała! Nie tak mocno! To boli!>

Z ust Reima wydobył się stłumiony krzyk. Odrzucił on pluszowego zajączka i wybiegł z pokoju.
Sytuacja powtarzała się. Od tamtego czasu Reim ciągle gdy był w pobliżu zabawki, słyszał ten głos w swojej głowie, który próbował zawzięcie zachęcić go do zabawy. Bał się jej. Ta zabawka naprawdę napawała go ogromnym lękiem. Nawet większym niż niby-cienie. Ale któregoś razu, kiedy znów wrócił wyczerpany emocjonalnie po tym co tym razem robiły mu te cienie, spojrzał dziwnym wzrokiem na pluszaka.

<Cześć! Pobawisz się ze mną w końcu~?>

Reim stał w milczeniu w progu wciąż nie odrywając od niego wzroku.

<No proooszę. Tak bardzo się nuuudzę~>

Powolutku, chwiejąc się, zbliżył się do zająca i padł przed nim na kolana. Nastepnie uniósł go drżącymi rękoma do góry.

<Łiii~! Dzięki, że nareszcie się mną zainteresowałeś~. Jak się nazywasz?>

- Reim - odparł szeptem.

<Huh, ale dziwne imię. Ale cóż, nie powinienem oceniać w końcu swojego nie mam. Ej! A może byś mnie jakoś nazwał, co?>

Reim przez chwilę wpatrywał się nieprzytomnymi oczami na tę dziwną maskotkę aż nareszcie odezwał się cicho.
- Może... "Pan Królik"...

<Hahaha, serio? Zająca nazywasz królikiem? Dobry jesteś, gościu. Ale może być. No to od dziś jestem Panem Królikiem~>*

Wcale nie przeszkadzał mu kpiący śmiech zabawki. Na ułamek sekundy w oczach Reima dało się zauważyć nawet jakąś iskierkę radości. W końcu odkąd się tu znalazł, to była jego najdłuższa i jedyna konwersacja.
Od tamtej pory Reim wszędzie miał przy sobie Pana Królika, z którym rozmawiał przez większość czasu o wszystkim i niczym. Raz kiedy siedzieli w kuchni, znów usłyszał on głos rozbrzmiewający w jego głowie. Spuścił więc wzrok i spojrzał na maskotkę na swoich kolanach.

<Wiesz, mam genialny pomysł! Może zamiast cały czas tak siedzieć i nic nie robić, wybralibyśmy się na wycieczkę? Kocham wycieczki~! Zawsze chciałem wybrać się do wesołego miasteczka. Co ty na to?>

Reim patrzył przez chwilę mętnie aż w końcu kiedy przetworzył słowa swojego nowego przyjaciela, spytał.
- Ale jak? Przecież stąd nie można wyjść.

<Uuuh! Jesteś tak mało kreatywny! Wystarczy po-my-śleć~. Po prostu wyobraź sobie, że jesteś w jakimś fajnym wesołym miasteczku~>

Zrobił tak jak mówił. Zapatrzył się na pusty stolik i zaczął wyobrażać sobie jak wsiada razem z Panem Królikiem do wielkiej, kolorowej karuzeli razem z innymi ludźmi. Potem oczami wyobraźni widział jak wszystko wiruje, kiedy urządzenie ruszyło. Słyszał nawet pełne ekscytacji krzyki innych pasażerów i czuł chłodny wiatr we włosach.
Doświadczając tego, uśmiechnął się lekko wciąż siedząc całkiem sam na tym niewygodnym krześle ze starą przytulanką na kolanach.
Zmęczywszy się zabawą, postanowili "wrócić". Reim zdziwił się, że nie znajduje się już w kuchni a leży w łóżku w swojej sypialni przytulony do Pana Królika. Kiedy odwrócił głowę, zauważył niby-reima siedzącego na krześle przy łóżku. Patrzył on na niego z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu.
Reim usiadł po turecku na pościeli, położył sobie maskotkę między nogami i zaczął odwzajemniać nachalne spojrzenie swojego klona. Siedzieli tak w całkowitym bezruchu przez jakieś kilkanaście minut aż w końcu Reim zrobił coś nietypowego zważywszy na swój obecny stan. Zaśmiał się głośno. W reakcji na to niby-reim przechylił głowę na bok, wstał i odszedł zostawiając go samego.
Za to sam Reim podniósł się i zawołał z szerokim uśmiechem.
- Chodźmy porysować!
Pobiegł on korytarzem wciąż przyciskając do piersi Pana Królika. Po przeszukaniu kilku pokoi w końcu znalazł ten jeden, w którym znajdowało się dużo świecowych kredek. Rozsypał je na podłogę, na której po chwili usiadł i zabrał się za ozdabianie śnieżnobiałej ściany.


*Jakbym posiadała jakiegoś bożka, to z pewnością ze zmęczonym westchnięciem wyszeptałabym: "mój boże etc.", ale nie mam żadnego, więc ograniczę się do uwielbianego przez większość polaków i polek "o, kurwa. Czemu jestem tak bardzo zjebaną istotą?". - Z kwitnącą zazdrością pozdrawiam wszystkie ludzkie zwłoki!