Reim leżał skulony w rogu swojej sypialni. Patrzył zapłakanym
wzrokiem na drzwi bojąc się, że niby-cienie wrócą i znowu będą mu robić t
e r z e c z y. Nie wiedział ile minęło od momentu, gdy ocknął się w
tamtej kuchni. Po prostu całkiem stracił poczucie czasu. Zresztą
stwierdził, że i tak mu na nim nie zależy, że już na niczym mu nie
zależy. Z początku próbował uciec z tego miejsca albo chociaż z nimi
walczyć ale nic to nie dawało. Dalej tkwił w tym piekle, w którym
zamknął go Owen.
Powoli podźwignął swoje poturbowane ciało. Nie był
jakoś szczególnie poraniony, przynajmniej fizycznie. Jego ciało
pokrywały tylko blizny po płytkich, niezbyt długich cięciach oraz
siniaki, które akurat zawdzięczał tylko i wyłącznie własnej głupocie.
Natomiast z jego psychiką już nie było tak kolorowo. Coraz częściej
popadał naprzemiennie w ataki paniki i apatii. Teraz obecna była
inercja. Rozejrzał się dla pewności po znajomym pomieszczeniu i
zataczając się z wycieńczenia emocjonalnego, ruszył na dół.
W kuchni
jak zawsze panowały pustki. Usiadł więc na jedynym w pokoju krześle i
spojrzał na pusty talerz. Brzuch zaburczał ale on nawet nie próbował
przeszukiwać szafek w poszukiwaniu jakiegokolwiek jedzenia, ponieważ
wiedział, że to bezcelowe. Spojrzał na piętrzący się za szybą ogród. Na
zewnątrz wciąż padało a niebo w dalszym ciągu pozostawało usłane
szarymi, gęstymi chmurami, zza których nie przebijał się nawet
pojedyńczy promień słoneczny. Zerknął na samotnie stojącą altankę i
postanowił, że się tam przejdzie.
Zanim doszedł pod jej daszek,
deszcz zdążył już zaserwować mu dogłębną, darmową kąpiel, co wcale mu
nie przeszkadzało. Przysiadł w milczeniu na pomalowanej na biało
ławeczce i począł wpatrywać się tępo w równie biały stolik. Nawet nie
próbował spojrzeć na właściciela olbrzymiej dłoni, która wylądowała na
jego przemoczonych włosach. Nie musiał. Wiedział, że należy do jednego z
nich - niby-cieni. Kiedy przed nim oraz obok niego pojawili znikąd się
kolejni, tylko zapłakał cichutko pod nosem.
- Bezużyteczny...
Reim odwrócił się szukając wzrokiem tego, który wypowiedział tę obelgę.
Jego oczy po chwili padły na zdegustowaną twarz albinosa.
- Naprawdę bezużyteczny śmieć - powtórzył Break.
Reim chciał coś na to odpowiedzieć ale wyprzedził go inny znajomy głos.
- Racja, i jeszcze jaki pewny siebie - zachichotała Sharon.
- No nie? Siedzi tylko w tych papierkach całe dnie i myśli sobie jaki
jest wyjątkowy i niezbędny - dodał inny przyjaciel Reima - Gilbert.
- A tak naprawdę jest nikim! - podsumował Oz.
Wszyscy się zaśmiali w głos i zaczęli odchodzić gdzieś w mrok.
Reim usiłował ich dogonić i dowiedzieć się o co chodzi lecz gdy
spróbował podnieść nogę, zauważył, że czarne ręce wystające z podłogi
trzymają go w żelaznym uścisku. Stracił równowagę i upadł na kolana. Z
tyłu dobiegł go kolejny chichot. Odwrócił głowę i zobaczył stojącego nad
nim z szerokim uśmiechem Breaka.
- Xerx? Co się dzieje?
- Nie wiesz? - zarechotał albinos. - Już nie jesteś nikomu potrzebny, Reim!
- Hę?! O czym ty mówisz?!
Break zaśmiał się głośno i odparł.
- Mówię, że już nikt cię nie chce. Nawet ona - wskazał palcem w jakimś kierunku.
Reim spojrzał tam i zobaczył znudzoną Lily.
- O taaak. Pan Reim jest nuuudny. Nawet Bandersnatch'owi się znudził.
- No to co powinniśmy z nim zrobić? - spytał Xerxes.
- Jak to co? Zabić! - padła wesoła odpowiedź.
W tym momencie obydwoje rzucili się na okularnika i zaczęli dosłownie
wciskać go w podłogę, która nagle zmieniła się w smolistą substancję.
Reim szarpał się i próbował im wyrwać ale byli wręcz przerażająco silni.
Czuł jak ta smoła wlewa mu się do rozwartych od krzyków ust. W końcu
zatonął w niej całkowicie.
Obudził się
z jękiem i od razu ociężale się podniósł. Wciąż był w altance ale
kompletnie sam. Niby-cienie gdzieś musiały sobie pójść. Wstał i wrócił
zmęczony, mimo tego, że dopiero się wybudził do rezydencji. Kiedy dotarł
z powrotem do sypialni, padł na niezbyt wygodne łóżko i ponownie
zasnął.
To wszystko, ta nowa rzeczywistość wyglądała cały czas
identycznie. Gdy nie spał śniąc jedynie koszmary, to pojawiające się
znikąd niby-cienie maltretowały jego umysł a następnie znikały bez
śladu. Zmiana nastąpiła niespodziewanie. Otóż pewnego razu tak jak to
zawsze miało miejsce te stworzenia bawiły się nim. Reim szarpał się na
wszystkie strony i krzyczał, kiedy wkładały mu swoje długie palce do
uszu, dobierając się do jego mózgu. Wierzgał również, gdy wkładały mu
całe ręce do szeroko rozwartych ust tak głęboko, że czuł jak ściskają mu
swoimi dłońmi narządy wewnętrzne.
Wtem mrugnął tylko i nagle
znalazł się w innym pomieszczeniu! Wyglądało ono jak średniowieczne
lochy - nierówne ściany przyozdabiały wiszące z nich łańcuchy a sam
pokój składał się na starą szafę oraz na stół, do którego jakimś cudem
został przykuty. Wierzgnął gwałtownie lecz całkowicie bezskutecznie.
Znów był unieruchomiony.
Niespodziewanie poczuł w nodze przejmujący
ból. Z trudem uniósł głowę z blatu. Jego oczom ukazał się tym razem
jeden niby-cień, który dociskał mu rozżarzony do czerwoności pręt do ów
bolejącej kończyny. Krzyknął i spanikowany spróbował odsunąć nogę od
narzędzia ale jego chaotyczne działania spowodowały jedynie, że
stworzenie jeszcze bardziej docisnęło pręt do skóry. Zajęty krzyczeniem
nie zauważył, kiedy za jego głową wyrósł następny niby-cień. Ten z kolei
wsadził mu bez wahania w oczodół swoje długie palce i wyszarpał mu
prawą gałkę oczną. Wepchnął mu ją głęboko do gardła, co wywołało u niego
silne odruchy wymiotne. Następnie przy pomocy swoich szponów z
zadziwiająca łatwością rozpruł mu klatkę piersiową niczym zawodowiec i
rozszerzył ranę ręką. Począł wyjmować po kolei wszystkie wnętrzności
Reima i zapychać mu nimi usta. Czuł językiem oślizgły smak jego własnych
trzewi, które zabierały mu nie tylko możliwość krzyczenia ale również
powietrze. Gęsta krew spływała licznymi stróżkami ze stołu prosto na
brudną podłogę. Reim bezskutecznie starał się wypluć flaki lecz za
każdym razem gdy udawało mu się trochę je wypchnąć, istota wpychała je
mu jeszcze głębiej.
Kiedy w końcu skończyły, zamiast odejść jak
zawsze, jedynie puściły go i rozstąpiły się. Reim znów był w sypialni,
cały i fizycznie zdrowy a po wcześniejszych zabiegach nie było nawet
śladu. Na środku pomieszczenia stanął niby-reim, którego pamiętał z
wydarzeń w lesie. Stał on w milczeniu trzymając coś w ręku i patrzył z
góry obojętnie na zwiniętego na podłodze Reima. Po chwili podszedł do
niego i wciąż nie wydając najmniejszego dźwięku podał mu to co wcześniej
trzymał, po czym wraz z innymi rozpłynął się w powietrzu. Reim spojrzał
na przedmiot. Był to stary, pluszowy zając. W wielu miejscach
pozszywany spoglądał jakby smętnie oczkami z czarnych guzików. Reim
patrząc na zabawkę poczuł dziwne ukłucie niepokoju w żołądku. Dlatego
rzucił maskotkę tak, że ta odbiła sie od ściany i wylądowała koło łóżka w
drugiej części pokoju, wciąż patrząc w kierunku okularnika swymi
martwymi oczkami.
Po kolejnej "zabawie" z niby-cieniami Reim
powrócił do owej sypialni i znów skulił się w tym samym miejscu na
podłodze. Zamknął oczy i spróbował zasnąć tak jak zawsze.
<Dzień dobry~>
Reim otworzył szeroko oczy słysząc jakby w swojej głowie obcy, dość
dziecinny głos. Rozejrzał się po pokoju ale nikogo nie dostrzegł.
Położył więc głowę z powrotem na ziemi i opuścił powieki.
<Dlaczego się ze mną nie pobawisz~?>
Zdezorientowany tym razem podniósł się do pozycji siedzącej. Jego wzrok
padł na przewróconą maskotkę. Niezdecydowanie doczołgał się do niej i
złapał mocno ją za pluszową łapkę.
<Ała! Nie tak mocno! To boli!>
Z ust Reima wydobył się stłumiony krzyk. Odrzucił on pluszowego zajączka i wybiegł z pokoju.
Sytuacja powtarzała się. Od tamtego czasu Reim ciągle gdy był w pobliżu
zabawki, słyszał ten głos w swojej głowie, który próbował zawzięcie
zachęcić go do zabawy. Bał się jej. Ta zabawka naprawdę napawała go
ogromnym lękiem. Nawet większym niż niby-cienie. Ale któregoś razu,
kiedy znów wrócił wyczerpany emocjonalnie po tym co tym razem robiły mu
te cienie, spojrzał dziwnym wzrokiem na pluszaka.
<Cześć! Pobawisz się ze mną w końcu~?>
Reim stał w milczeniu w progu wciąż nie odrywając od niego wzroku.
<No proooszę. Tak bardzo się nuuudzę~>
Powolutku, chwiejąc się, zbliżył się do zająca i padł przed nim na kolana. Nastepnie uniósł go drżącymi rękoma do góry.
<Łiii~! Dzięki, że nareszcie się mną zainteresowałeś~. Jak się nazywasz?>
- Reim - odparł szeptem.
<Huh, ale dziwne imię. Ale cóż, nie powinienem oceniać w końcu swojego nie mam. Ej! A może byś mnie jakoś nazwał, co?>
Reim przez chwilę wpatrywał się nieprzytomnymi oczami na tę dziwną maskotkę aż nareszcie odezwał się cicho.
- Może... "Pan Królik"...
<Hahaha, serio? Zająca nazywasz królikiem? Dobry jesteś, gościu. Ale może być. No to od dziś jestem Panem Królikiem~>*
Wcale nie przeszkadzał mu kpiący śmiech zabawki. Na ułamek sekundy w
oczach Reima dało się zauważyć nawet jakąś iskierkę radości. W końcu
odkąd się tu znalazł, to była jego najdłuższa i jedyna konwersacja.
Od tamtej pory Reim wszędzie miał przy sobie Pana Królika, z którym
rozmawiał przez większość czasu o wszystkim i niczym. Raz kiedy
siedzieli w kuchni, znów usłyszał on głos rozbrzmiewający w jego głowie.
Spuścił więc wzrok i spojrzał na maskotkę na swoich kolanach.
<Wiesz, mam genialny pomysł! Może zamiast cały czas tak siedzieć i
nic nie robić, wybralibyśmy się na wycieczkę? Kocham wycieczki~! Zawsze
chciałem wybrać się do wesołego miasteczka. Co ty na to?>
Reim patrzył przez chwilę mętnie aż w końcu kiedy przetworzył słowa swojego nowego przyjaciela, spytał.
- Ale jak? Przecież stąd nie można wyjść.
<Uuuh! Jesteś tak mało kreatywny! Wystarczy po-my-śleć~. Po prostu
wyobraź sobie, że jesteś w jakimś fajnym wesołym miasteczku~>
Zrobił tak jak mówił. Zapatrzył się na pusty stolik i zaczął wyobrażać
sobie jak wsiada razem z Panem Królikiem do wielkiej, kolorowej karuzeli
razem z innymi ludźmi. Potem oczami wyobraźni widział jak wszystko
wiruje, kiedy urządzenie ruszyło. Słyszał nawet pełne ekscytacji krzyki
innych pasażerów i czuł chłodny wiatr we włosach.
Doświadczając tego, uśmiechnął się lekko wciąż siedząc całkiem sam na tym niewygodnym krześle ze starą przytulanką na kolanach.
Zmęczywszy się zabawą, postanowili "wrócić". Reim zdziwił się, że nie
znajduje się już w kuchni a leży w łóżku w swojej sypialni przytulony do
Pana Królika. Kiedy odwrócił głowę, zauważył niby-reima siedzącego na
krześle przy łóżku. Patrzył on na niego z twarzą kompletnie pozbawioną
wyrazu.
Reim usiadł po turecku na pościeli, położył sobie maskotkę
między nogami i zaczął odwzajemniać nachalne spojrzenie swojego klona.
Siedzieli tak w całkowitym bezruchu przez jakieś kilkanaście minut aż w
końcu Reim zrobił coś nietypowego zważywszy na swój obecny stan. Zaśmiał
się głośno. W reakcji na to niby-reim przechylił głowę na bok, wstał i
odszedł zostawiając go samego.
Za to sam Reim podniósł się i zawołał z szerokim uśmiechem.
- Chodźmy porysować!
Pobiegł on korytarzem wciąż przyciskając do piersi Pana Królika. Po
przeszukaniu kilku pokoi w końcu znalazł ten jeden, w którym znajdowało
się dużo świecowych kredek. Rozsypał je na podłogę, na której po chwili
usiadł i zabrał się za ozdabianie śnieżnobiałej ściany.
*Jakbym posiadała jakiegoś bożka, to z pewnością ze zmęczonym westchnięciem wyszeptałabym: "mój boże etc.", ale nie mam żadnego, więc ograniczę się do uwielbianego przez większość polaków i polek "o, kurwa. Czemu jestem tak bardzo zjebaną istotą?". - Z kwitnącą zazdrością pozdrawiam wszystkie ludzkie zwłoki!
Hej hej hej, spoczko rozdział.
OdpowiedzUsuńCzyżby Reim zaczynał wariować? A może już zwariował?
Niewiem w każdym bądź razie, ale z niecierpliwością czekam na nexta :D