Na parterze w kuchni Reim znalazł właścicieli motelu oraz resztę
gości. Wszyscy leżeli martwi, pozbawieni życia zupełnie jak Nistaranga
oraz Labh. Reim zastanawiał się gdzie podział się Break. Przeszukał
wszystkie pokoje i nigdzie nie było po nim nawet śladu. Kiedy zbliżał
się do wyjścia, jego uwagę przykuły drzwi, których wcześniej nie
zauważył. Piwnica.
Może tutaj się schował, pomyślał i nie czekając dłużej wszedł do środka.
Zszedł po stromych schodach prosto na sam dół. Wewnątrz pomieszczenia
unosił się silny swąd stęchlizny i wilgoci. Pomimo ciemności, Reim
widział tak wyraźnie jakby w środku znajdowało się mocne oświetlenie. Od
ścian odbijało się echo bosych stóp stąpających po kamiennym podłożu.
Szedł cały czas przed siebie, kiedy natknął się na zakręt. Skręcił w
niego i ruszył dalej wąskim korytarzem. Na końcu znalazł kolejne drzwi.
Te były bardziej zniszczone, drewno było całe spróchniałe od starości i
wilgoci. Z łatwością otworzył je i zamarł.
Między półkami z
alkoholem i przetworami domowej roboty dojrzał Breaka. Mężczyzna leżał
oparty plecami o ścianę. Nogi i ręce miał bezładnie porozrzucane.
Pozłacana rękojeść noża wystawała z jego klatki piersiowej. Na twarzy
miał wyraz zaskoczenia, zupełnie jakby nie spodziewał się, że ktokolwiek
wbije mu nóż prosto w serce.
Reim zbliżył się powoli do nieruchomego ciała i przykucnął przy nim. Wyciągnął niepewnie dłoń w kierunku przyjaciela.
- Xerx? - zapytał z wyraźnym zaskoczeniem i niepewnością.
- Xerx? - powtórzył głośniej.
Jego dłoń zetknęła się z tracącym powoli temperaturę policzkiem zmarłego. Wargi Reima drgnęły.
- Xerx... - Rozejrzał się po komórce jakby nie będąc do końca pewnym
gdzie jest. Wcześniejsze uczucie nierzeczywistości i lekkości, które
dopadło go po odzyskaniu przytomności zaczęło się rozpadać. Reim
wyciągnął przed siebie drugą rękę i delikatnie objął przyjaciela.
Siedział tak przez chwilę.
- Wracajmy - wymamrotał bardziej do ciebie.
Jedną rękę umieścił pod kolanami Breaka, drugą zostawił na plecach.
Podniósł się i ruszył powolnym krokiem na zewnątrz ze swoim przyjacielem
w ramionach. Był niezwykle lekki, Reim czuł się jakby niósł worek piór
aniżeli człowieka. Nie zwracał na to jednak uwagi. W głowie miał
całkowitą pustkę. Nogi same prowadziły go w dobrze znane mu miejsce - do
z powrotem do rezydencji Rainsworth.
Szedł w biały dzień środkiem
miasta w ubrudzonej krwią rodzeństwa piżamie z trupem na rękach. Patrzył
czarnymi oczami potwora na tłumy mieszkańców. Szpetnych, rozkładających
się ludzi, którzy uciekali przed nim z krzykiem.
Reim nie mógł znieść tego, że traktują go jak trendowatego.
Dlaczego?! Dlaczego to robią?! Czy to przez Xerx'a?
Kiedy jeden z nich próbował zaatakować go widłami, Reim niemyśląc
przebił go na wylot jedną z macek. Wtem jego ciało zmieniło się. Stało
się normalne. Jego twarz już nie była szpetną maską rozkładających się
tkanek. Drugi chłop rzucił się Reimowi na plecy. Jego głowa została z
łatwością oderwana od ciała przez kolejną "rękę". Reim przyjrzał się
jego twarzy i ujrzał, że ona również się zmieniła. Stała
się piękniejsza.
Coraz więcej mężczyzn
zaczęło go atakować z każdej stony. Nie, stwierdził Reim. Oni tylko chcą, bym uczynił ich na powrót
normalnymi, ludzkimi.
Reim uśmiechnął się
obłąkańczo. Wydawało mu się, że poczuł radość. Lecz po jego twarzy
pociekły czarne jak smoła łzy, a w mieście zamiast okrzyków szczęścia
rozległy się pełne rozpaczy i cierpienia wrzaski.
Gdy dotarł do
posiadłości był już wieczór. Słońce powoli zachodziło dając coraz mniej
swego światła. Wszędzie panowała martwa cisza. W okolicy nie śpiewał
żaden ptak, nie przejeżdżał żaden powóz. Reim wszedł do opuszczonej
rezydencji. Minął korytarz, wspiął się po schodach na górę. Po drodze
zobaczył, że jedne z drzwi są lekko uchylone. Podszedł do nich i zerknął
do środka. Na łóżku leżała w bezruchu Sharon. Ubrana w jedną ze swoich
jasnoróżowych sukni tonęła w pościeli.
-Wyobrażasz to sobie? Uprowadzili ją, zamknęli nie wiadomo gdzie.
Odwrócił się tyłem do rzeczy, która kiedyś, dawno temu, gdy byli mali, była jego najdroższą przyjaciółką.
Kilka minut później znalazł się w sypialni Xerxesa. Tam to podszedł do
jego dawnego łóżka i ułożył go na nim delikatnie. Spoczywał na nim teraz
w tej samej pozycji co kilka pokojów dalej Sharon. Następnie wszedł do
sąsiadującej z pomieszczeniem łazienki. Spojrzał na wiszące nad umywalką
lustro i zamarł w bez ruchu. Nie poznawał sam siebie.
- Nie - wyszeptał drżącym głosem. - Nie, to nie ja.
Przed sobą miał odbicie potwora o podłużnych, czarnych źrenicach i
oślich rogach. Jego policzki były brudne od czarnej mazi spływającej mu z
oczu, która przypominała rozmazany makijaż. Śnieżnobiała piżama była
przesiąknięta krwistoczerwoną posoką niczym farbą.
Reim zadrżał i
objął się ramionami jak gdyby poczuł przeraźliwe zimno. Z łoskotem padł
na kolana. Pochylił głowę i załgał żałośnie:
- To nie może być prawda! To nie mogę być ja!
Trzęsącymi się dłońmi chwycił za rogi i bezskutecznie szarpnął tak jakby chciał je wyrwać.
- Niech ktoś mi pomoże! Ktokolwiek! - zawył.
Na kafelki pod nim spływać zaczęły gęste, czarne łzy.
- Dlaczego właśnie ja?! Czemu mnie to wszystko spotyka?!!
Przez niewielką łazienkę przemknął podmuch niby wiatru. W ścianach i
podłodze pojawiły się głębokie pęknięcia. Lustro pękło, a tysiące jego
kawałków rozprysło się po ziemi.
Reim dyszał. Dookoła niego
powstała niby czarna obręcz. Stawała się coraz grubsza, coraz szersza.
Reimowi przed oczami przewijały się wszystkie wspomnienia. Zabawy z małą
Sharon w ogrodzie, spotkanie Breaka, ich przyjaźń, jego pan Rufus
Barma... Widział każdą osobę, każde miejsce, każdy głos. Wszystko
zlewało się w jeden wielki chaos.
- Też chcę się z tobą przyjaźnić, Reim!*
- To Reim. Członek Pandory i mój naaajdroooższy przyjaciel*
Reim z całej siły zacisnął powieki i wrzasnął. Jego głos odbił się
echem po całej rezydencji, która w następnej chwili przestała istnieć.
Cała budowla w mgnieniu oka rozpadła się pod naporem niszczycielskiej
siły, która w niekontrolowany sposób wydobywała się z ciała Reima.
- Reim.
Otworzył zapłakane oczy. Zauważył, że znajduje się w pustej całkowicie
białej przestrzeni. Wszędzie dookoła niego unosiły się odłamki tego co
było posiadłością Rainsworth.
- Reim.
Odwrócił się i znów zobaczył drugiego siebie. Uśmiechał się, ale w jego oczach już nie było obłędu, tylko spokój.
- A to co znowu za miejsce? Co ty mi zrobiłeś? Dlaczego nie zostawisz
mnie w spokoju? - Reim drżącym głosem zasypał go pytaniami.
- Ja
nic ci nie zrobiłem - odpowiedział. - Jeśli chcesz kogokolwiek obwiniać o
swoją obecną sytuacje, powinieneś skierować ją w stronę tych ludzi,
którzy mnie w ciebie zaszczepili.
- Choć, oni już nie żyją - dodał. - Zemściłeś się już na nich za to, pamiętasz?
- Nie obchodzi mnie to! Masz dać mi spokój! - krzyknął mężczyzna.
Drugi Reim pokręcił wolno głową.
- To niemożliwe. Jestem już tobą. Przecież mówiłem ci to tyle razy, że
nie możesz ode mnie, a raczej siebie uciec. Tak naprawdę, to ostatni raz
kiedy ze sobą rozmawiamy. Gdy nasze jaźnie całkowicie się zespolą, w
końcu naprawdę wszystko zrozumiesz.
Postać zbliżyła się do Reima z wyciągniętymi rękami. Ten odsunął się szybko do tyłu i zawołał:
- Nie podchodź do mnie!
Lecz istota niewzruszona dalej sunęła ku niemu aż nareszcie dosięgła
go, zamykając w ciasnym uścisku. Reim poczuł się tak, jak gdyby się
roztapiał. Przed oczami zaczęło wirować mu tysiące kolorowych świateł,
które doprowadzały go do mdłości. Dodatkowo całe jego ciało nagle stało
się gorące, jakby płonął.
Wtem ocknął się. Zamrugał i uważnie
przyjrzał się otoczeniu. Cały czas był w tej dziwnej pustej przestrzeni,
tyle że w powietrzu nie unosiły się już żadne kawałki ścian, mebli,
przedmiotów. Nie było też drugiego Reima.
Był całkiem sam.
Mężczyzna otworzył oczy po to by od razu przymknąć je z powodu
oślepiających go promieni słonecznych, które wpadały przez otwarte okno.
Przekręcił głowę i zobaczył wpatrującą się w niego postać, która
siedziała na krześle przy jego łóżku.
- W końcu się obudziłeś, Reim! - powiedziała Sharon. Pochyliła się nad nim i spytała: - jak się czujesz?
Reim ziewnął przeciągle i odparł:
- Zmęczony.
Dziewczyna pomachała mu przed twarzą wyciągniętym palcem.
- Masz szczęście, że nic poważnego ci się nie stało. Lekarz powiedział,
że takie uderzenia w głowę potrafią być nawet śmiertelne.
Reim lekko przewrócił oczami, ale zaraz uśmiechnął się ciepło.
- Nic mi nie jest, Sharon.
Sharon zarumieniła się lekko i wstała poprawiając sukienkę.
- Pójdę powiadomić doktora o twoim obudzeniu - oznajmiła.
Kiedy Reim został sam w szpitalnej sali, przekręcił głowę w drugą
stronę i spojrzał na swoje odbicie w niewielkim lusterku wiszącym na
ścianie. Widział w nim twarz z podłużnymi czarnymi źrenicami i równie
czarne łzy na policzkach. Nie chciał tego widzieć.
Zamknął na
chwilę oczy i wziął głęboki wdech. Zza jego głowy wyrosła cienka, ale
długa macka, która jednym ruchem rozbiła lustro po to, by zaraz schować
się w przerwie między potylicą mężczyzny a poduszką.
Wciąż mając
zamknięte oczy uśmiechnął się lekko, gdy usłyszał zbliżające się głosy
Sharon, Xerxesa oraz jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie lekarza.
Wszystko było w porządku. Sprawił, że jego przyjaciele wrócili.
Już nie był sam.
Koniec.
*Tak, to są cytaty z oficjalnego tłumaczenia Pandory Hearts w wykonaniu Karoliny Balcer na zlecenie wydawnictwa Waneko. Tylko dwa, bo nie chciało mi się szukać większej ilości.
Uffff... Nareszcie koniec tego czegoś. Wiem, zakończenie beznadziejne i nic nie wyjaśnia itd, itp no ale co zrobić? Nie jestem pisarzem (a raczej pisarką). Poza tym jako ciekawostkę dodam, że generalnie to miał być tylko taki one-shot bez żadnej fabuły, gdzie Lily znęca się nad Reimem, on zdycha i koniec... W sumie to nie wiem czemu tak wyszło, ale to wszytko było robione na poczekaniu. Dziękuję za czytanie i komentowanie z własnej woli XD
P. S Tak jak wspominałam za jakiś miesiąc pojawi się tamto nekrofilijskie coś i na tym chyba całkowicie skończę tego bloga, no bo co więcej?