Z głębi lasu wydobywało się chłodne powietrze. Reim zauważył, że w
nim również jest niepokojąco cicho. Normalnie dałoby się słyszeć
pohukiwania sów a tutaj tak jak w ogrodzie wszystko wydaje się
całkowicie martwe, pomyślał.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z
trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po
stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej
równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za
pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć
jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w
jego kierunku.
Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły
wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od
wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem
szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak
blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi.
Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku
nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej
tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do
jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa,
zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele
żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz
przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem
zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na
czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to
wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych,
obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś
momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle
silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów,
zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi
rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do
góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały
bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż
gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło
niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po
parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i
wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg
nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie
prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na
spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.
Po
przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł
do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było
żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze.
To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał.
Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego
widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie
jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy
nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona
była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie
artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na
swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to
coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną
wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką
intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył
się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął
usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z
niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie
zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz
lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi
lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł
wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej
jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany
pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre
gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby
sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o
tym pomyśleć.
środa, 28 września 2016
piątek, 16 września 2016
Część 7.
W środku panowała niezmącona cisza. Nie wiedząc czemu, czuł przemożną
potrzebę pójścia do pokoju, który zawsze zajmował, gdy zostawał tu na
noc. Kierowany tym ruszył po schodach na piętro. Jego pokój znajdował
się na końcu korytarza. Wszedł do środka i rozejrzał się. Jest
identycznie jak w tamtym śnie, pomyślał czując ukłucie niepokoju.
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.
Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.
Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.
Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.
* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.
Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.
Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.
Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.
* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...
piątek, 9 września 2016
Część 6.
Reim zszedł z łóżka i podszedł do niego. Na zewnątrz pogoda była
jeszcze bardziej pochmurna niż, gdy ostatni raz wyglądał. Niebo
pokrywały czarne deszczowe chmury zabierając podwiędłej już roślinności
dostęp do światła słonecznego.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to, że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem, niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół. Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim "nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia, którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi, rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą, szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać. Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka, czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało - powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.
Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością ustąpiła pod naporem jego dłoni.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to, że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem, niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół. Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim "nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia, którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi, rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą, szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać. Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka, czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało - powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.
Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością ustąpiła pod naporem jego dłoni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)