Reim zszedł z łóżka i podszedł do niego. Na zewnątrz pogoda była
jeszcze bardziej pochmurna niż, gdy ostatni raz wyglądał. Niebo
pokrywały czarne deszczowe chmury zabierając podwiędłej już roślinności
dostęp do światła słonecznego.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po
lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował
się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i
niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to,
że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to
tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem,
niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od
okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół.
Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym
ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim
"nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł
przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na
pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu
opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie
zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego
oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał
głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko
wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo
mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym
co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone
czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia,
którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się
czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg
Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma
odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi,
rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się
do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem
wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić
co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od
ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą,
szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik
desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując
na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od
sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w
jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać.
Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli
albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w
niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i
rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku
jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale
również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka,
czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na
niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało -
powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie
doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go
to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.
Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej
próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do
hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością
ustąpiła pod naporem jego dłoni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz