piątek, 9 września 2016

Część 6.

Reim zszedł z łóżka i podszedł do niego. Na zewnątrz pogoda była jeszcze bardziej pochmurna niż, gdy ostatni raz wyglądał. Niebo pokrywały czarne deszczowe chmury zabierając podwiędłej już roślinności dostęp do światła słonecznego.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to, że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem, niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół. Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim "nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia, którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi, rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą, szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać. Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka, czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało - powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.

Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością ustąpiła pod naporem jego dłoni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz