Na parterze w kuchni Reim znalazł właścicieli motelu oraz resztę
gości. Wszyscy leżeli martwi, pozbawieni życia zupełnie jak Nistaranga
oraz Labh. Reim zastanawiał się gdzie podział się Break. Przeszukał
wszystkie pokoje i nigdzie nie było po nim nawet śladu. Kiedy zbliżał
się do wyjścia, jego uwagę przykuły drzwi, których wcześniej nie
zauważył. Piwnica.
Może tutaj się schował, pomyślał i nie czekając dłużej wszedł do środka.
Zszedł po stromych schodach prosto na sam dół. Wewnątrz pomieszczenia
unosił się silny swąd stęchlizny i wilgoci. Pomimo ciemności, Reim
widział tak wyraźnie jakby w środku znajdowało się mocne oświetlenie. Od
ścian odbijało się echo bosych stóp stąpających po kamiennym podłożu.
Szedł cały czas przed siebie, kiedy natknął się na zakręt. Skręcił w
niego i ruszył dalej wąskim korytarzem. Na końcu znalazł kolejne drzwi.
Te były bardziej zniszczone, drewno było całe spróchniałe od starości i
wilgoci. Z łatwością otworzył je i zamarł.
Między półkami z
alkoholem i przetworami domowej roboty dojrzał Breaka. Mężczyzna leżał
oparty plecami o ścianę. Nogi i ręce miał bezładnie porozrzucane.
Pozłacana rękojeść noża wystawała z jego klatki piersiowej. Na twarzy
miał wyraz zaskoczenia, zupełnie jakby nie spodziewał się, że ktokolwiek
wbije mu nóż prosto w serce.
Reim zbliżył się powoli do nieruchomego ciała i przykucnął przy nim. Wyciągnął niepewnie dłoń w kierunku przyjaciela.
- Xerx? - zapytał z wyraźnym zaskoczeniem i niepewnością.
- Xerx? - powtórzył głośniej.
Jego dłoń zetknęła się z tracącym powoli temperaturę policzkiem zmarłego. Wargi Reima drgnęły.
- Xerx... - Rozejrzał się po komórce jakby nie będąc do końca pewnym
gdzie jest. Wcześniejsze uczucie nierzeczywistości i lekkości, które
dopadło go po odzyskaniu przytomności zaczęło się rozpadać. Reim
wyciągnął przed siebie drugą rękę i delikatnie objął przyjaciela.
Siedział tak przez chwilę.
- Wracajmy - wymamrotał bardziej do ciebie.
Jedną rękę umieścił pod kolanami Breaka, drugą zostawił na plecach.
Podniósł się i ruszył powolnym krokiem na zewnątrz ze swoim przyjacielem
w ramionach. Był niezwykle lekki, Reim czuł się jakby niósł worek piór
aniżeli człowieka. Nie zwracał na to jednak uwagi. W głowie miał
całkowitą pustkę. Nogi same prowadziły go w dobrze znane mu miejsce - do
z powrotem do rezydencji Rainsworth.
Szedł w biały dzień środkiem
miasta w ubrudzonej krwią rodzeństwa piżamie z trupem na rękach. Patrzył
czarnymi oczami potwora na tłumy mieszkańców. Szpetnych, rozkładających
się ludzi, którzy uciekali przed nim z krzykiem.
Reim nie mógł znieść tego, że traktują go jak trendowatego.
Dlaczego?! Dlaczego to robią?! Czy to przez Xerx'a?
Kiedy jeden z nich próbował zaatakować go widłami, Reim niemyśląc
przebił go na wylot jedną z macek. Wtem jego ciało zmieniło się. Stało
się normalne. Jego twarz już nie była szpetną maską rozkładających się
tkanek. Drugi chłop rzucił się Reimowi na plecy. Jego głowa została z
łatwością oderwana od ciała przez kolejną "rękę". Reim przyjrzał się
jego twarzy i ujrzał, że ona również się zmieniła. Stała
się piękniejsza.
Coraz więcej mężczyzn
zaczęło go atakować z każdej stony. Nie, stwierdził Reim. Oni tylko chcą, bym uczynił ich na powrót
normalnymi, ludzkimi.
Reim uśmiechnął się
obłąkańczo. Wydawało mu się, że poczuł radość. Lecz po jego twarzy
pociekły czarne jak smoła łzy, a w mieście zamiast okrzyków szczęścia
rozległy się pełne rozpaczy i cierpienia wrzaski.
Gdy dotarł do
posiadłości był już wieczór. Słońce powoli zachodziło dając coraz mniej
swego światła. Wszędzie panowała martwa cisza. W okolicy nie śpiewał
żaden ptak, nie przejeżdżał żaden powóz. Reim wszedł do opuszczonej
rezydencji. Minął korytarz, wspiął się po schodach na górę. Po drodze
zobaczył, że jedne z drzwi są lekko uchylone. Podszedł do nich i zerknął
do środka. Na łóżku leżała w bezruchu Sharon. Ubrana w jedną ze swoich
jasnoróżowych sukni tonęła w pościeli.
-Wyobrażasz to sobie? Uprowadzili ją, zamknęli nie wiadomo gdzie.
Odwrócił się tyłem do rzeczy, która kiedyś, dawno temu, gdy byli mali, była jego najdroższą przyjaciółką.
Kilka minut później znalazł się w sypialni Xerxesa. Tam to podszedł do
jego dawnego łóżka i ułożył go na nim delikatnie. Spoczywał na nim teraz
w tej samej pozycji co kilka pokojów dalej Sharon. Następnie wszedł do
sąsiadującej z pomieszczeniem łazienki. Spojrzał na wiszące nad umywalką
lustro i zamarł w bez ruchu. Nie poznawał sam siebie.
- Nie - wyszeptał drżącym głosem. - Nie, to nie ja.
Przed sobą miał odbicie potwora o podłużnych, czarnych źrenicach i
oślich rogach. Jego policzki były brudne od czarnej mazi spływającej mu z
oczu, która przypominała rozmazany makijaż. Śnieżnobiała piżama była
przesiąknięta krwistoczerwoną posoką niczym farbą.
Reim zadrżał i
objął się ramionami jak gdyby poczuł przeraźliwe zimno. Z łoskotem padł
na kolana. Pochylił głowę i załgał żałośnie:
- To nie może być prawda! To nie mogę być ja!
Trzęsącymi się dłońmi chwycił za rogi i bezskutecznie szarpnął tak jakby chciał je wyrwać.
- Niech ktoś mi pomoże! Ktokolwiek! - zawył.
Na kafelki pod nim spływać zaczęły gęste, czarne łzy.
- Dlaczego właśnie ja?! Czemu mnie to wszystko spotyka?!!
Przez niewielką łazienkę przemknął podmuch niby wiatru. W ścianach i
podłodze pojawiły się głębokie pęknięcia. Lustro pękło, a tysiące jego
kawałków rozprysło się po ziemi.
Reim dyszał. Dookoła niego
powstała niby czarna obręcz. Stawała się coraz grubsza, coraz szersza.
Reimowi przed oczami przewijały się wszystkie wspomnienia. Zabawy z małą
Sharon w ogrodzie, spotkanie Breaka, ich przyjaźń, jego pan Rufus
Barma... Widział każdą osobę, każde miejsce, każdy głos. Wszystko
zlewało się w jeden wielki chaos.
- Też chcę się z tobą przyjaźnić, Reim!*
- To Reim. Członek Pandory i mój naaajdroooższy przyjaciel*
Reim z całej siły zacisnął powieki i wrzasnął. Jego głos odbił się
echem po całej rezydencji, która w następnej chwili przestała istnieć.
Cała budowla w mgnieniu oka rozpadła się pod naporem niszczycielskiej
siły, która w niekontrolowany sposób wydobywała się z ciała Reima.
- Reim.
Otworzył zapłakane oczy. Zauważył, że znajduje się w pustej całkowicie
białej przestrzeni. Wszędzie dookoła niego unosiły się odłamki tego co
było posiadłością Rainsworth.
- Reim.
Odwrócił się i znów zobaczył drugiego siebie. Uśmiechał się, ale w jego oczach już nie było obłędu, tylko spokój.
- A to co znowu za miejsce? Co ty mi zrobiłeś? Dlaczego nie zostawisz
mnie w spokoju? - Reim drżącym głosem zasypał go pytaniami.
- Ja
nic ci nie zrobiłem - odpowiedział. - Jeśli chcesz kogokolwiek obwiniać o
swoją obecną sytuacje, powinieneś skierować ją w stronę tych ludzi,
którzy mnie w ciebie zaszczepili.
- Choć, oni już nie żyją - dodał. - Zemściłeś się już na nich za to, pamiętasz?
- Nie obchodzi mnie to! Masz dać mi spokój! - krzyknął mężczyzna.
Drugi Reim pokręcił wolno głową.
- To niemożliwe. Jestem już tobą. Przecież mówiłem ci to tyle razy, że
nie możesz ode mnie, a raczej siebie uciec. Tak naprawdę, to ostatni raz
kiedy ze sobą rozmawiamy. Gdy nasze jaźnie całkowicie się zespolą, w
końcu naprawdę wszystko zrozumiesz.
Postać zbliżyła się do Reima z wyciągniętymi rękami. Ten odsunął się szybko do tyłu i zawołał:
- Nie podchodź do mnie!
Lecz istota niewzruszona dalej sunęła ku niemu aż nareszcie dosięgła
go, zamykając w ciasnym uścisku. Reim poczuł się tak, jak gdyby się
roztapiał. Przed oczami zaczęło wirować mu tysiące kolorowych świateł,
które doprowadzały go do mdłości. Dodatkowo całe jego ciało nagle stało
się gorące, jakby płonął.
Wtem ocknął się. Zamrugał i uważnie
przyjrzał się otoczeniu. Cały czas był w tej dziwnej pustej przestrzeni,
tyle że w powietrzu nie unosiły się już żadne kawałki ścian, mebli,
przedmiotów. Nie było też drugiego Reima.
Był całkiem sam.
Mężczyzna otworzył oczy po to by od razu przymknąć je z powodu
oślepiających go promieni słonecznych, które wpadały przez otwarte okno.
Przekręcił głowę i zobaczył wpatrującą się w niego postać, która
siedziała na krześle przy jego łóżku.
- W końcu się obudziłeś, Reim! - powiedziała Sharon. Pochyliła się nad nim i spytała: - jak się czujesz?
Reim ziewnął przeciągle i odparł:
- Zmęczony.
Dziewczyna pomachała mu przed twarzą wyciągniętym palcem.
- Masz szczęście, że nic poważnego ci się nie stało. Lekarz powiedział,
że takie uderzenia w głowę potrafią być nawet śmiertelne.
Reim lekko przewrócił oczami, ale zaraz uśmiechnął się ciepło.
- Nic mi nie jest, Sharon.
Sharon zarumieniła się lekko i wstała poprawiając sukienkę.
- Pójdę powiadomić doktora o twoim obudzeniu - oznajmiła.
Kiedy Reim został sam w szpitalnej sali, przekręcił głowę w drugą
stronę i spojrzał na swoje odbicie w niewielkim lusterku wiszącym na
ścianie. Widział w nim twarz z podłużnymi czarnymi źrenicami i równie
czarne łzy na policzkach. Nie chciał tego widzieć.
Zamknął na
chwilę oczy i wziął głęboki wdech. Zza jego głowy wyrosła cienka, ale
długa macka, która jednym ruchem rozbiła lustro po to, by zaraz schować
się w przerwie między potylicą mężczyzny a poduszką.
Wciąż mając
zamknięte oczy uśmiechnął się lekko, gdy usłyszał zbliżające się głosy
Sharon, Xerxesa oraz jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie lekarza.
Wszystko było w porządku. Sprawił, że jego przyjaciele wrócili.
Już nie był sam.
Koniec.
*Tak, to są cytaty z oficjalnego tłumaczenia Pandory Hearts w wykonaniu Karoliny Balcer na zlecenie wydawnictwa Waneko. Tylko dwa, bo nie chciało mi się szukać większej ilości.
Uffff... Nareszcie koniec tego czegoś. Wiem, zakończenie beznadziejne i nic nie wyjaśnia itd, itp no ale co zrobić? Nie jestem pisarzem (a raczej pisarką). Poza tym jako ciekawostkę dodam, że generalnie to miał być tylko taki one-shot bez żadnej fabuły, gdzie Lily znęca się nad Reimem, on zdycha i koniec... W sumie to nie wiem czemu tak wyszło, ale to wszytko było robione na poczekaniu. Dziękuję za czytanie i komentowanie z własnej woli XD
P. S Tak jak wspominałam za jakiś miesiąc pojawi się tamto nekrofilijskie coś i na tym chyba całkowicie skończę tego bloga, no bo co więcej?
Pandora Hearts opowiadanie.
niedziela, 20 sierpnia 2017
czwartek, 20 lipca 2017
Część 18.
- Co się dzieje?! - zawołała Nistaranga.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Zamiast tego przycisnął dłonie do uszu i osunął się na kolana, poruszając bezgłośnie wargami.
- Dlaczego tak się zachowujesz, Reim? - powiedział głos. - Przecież powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, że to nieuniknione. Po co więc się męczyć?
Ciało Reima drgnęło pod wpływem spazmu bólu, a z jego ust wydobył się zbolały jęk. Nagle ciemne oczy Nistarangi błysnęły w podekscytowaniu. Zbliżyła się do klęczącego mężczyzny i ukucnęła przy nim.
- Czy to On? - szepnęła drżącym głosem.
- Już zawsze będziemy razem - stwierdził głos. - To niemożliwe, by można było nas rozdzielić.
Reim skupił rozbiegane oczy na Nistarandze. Kiedy zobaczył z jaką wręcz obrzydliwą fascynacją mu się przypatruje, poczuł dodatkowy ucisk w gardle i nagle go oświeciło.
- Stopa - wyszeptał.
Dziewczyna spojrzała nań z nieskrywanym zdziwieniem.
- Co? Jaka stopa?
Wstał z trudem i starając się ignorować swój własny głos rozbrzmiewający w jego głowie, przysunął się do drzwi.
- Co robisz, Reim? - spytała sama się podnosząc.
- Stopa - powtórzył. - Kiedy wróciłem, nie zauważyłaś, że miałem stopę. Że stałem.
W końcu wszystko zaczęło mu się układać w głowie, a to co mówił mu Break zaczęło nabierać sensu. Zerknął kontem oka na przyjaciela. Xerxes leżał przytomny lecz bezwładny na pościeli. Już nie patrzył na Reima, tylko na sufit.
- Później zaczęli faszerować mnie jakimiś lekami.
Reim wciągnął głęboko powietrze i chwycił za klamkę. Wtem w pomieszczeniu rozległ się szczęk odbezpieczanej broni.
- Ani mi się waż ruszać - wysyczała dziewczyna mierząc w niego pistoletem, który wyglądał jak lekko przerobiona wersja peace maker'a. Ten konkretny miał nieco szerszą zakończoną czymś w rodzaju małych igieł lufę.
- Nie zepsujesz tego swoją głupotą, Reim - powiedziała i wskazała wolną ręką łóżko Breaka. - Siadaj.
Poruszając się na chwiejnych nogach, podszedł do swojego przyjaciela i usiadł koło niego, na brzegu pościeli.
Nie spuszczając z nich oczu zawołała:
- Labh, możesz już wejść!
Drzwi otworzyły się szeroko, a przez nie wkroczył wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna o surowych, ciemnych rysach. W rękach trzymał karabin.
- No i co z Nim? - zapytał.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że wciąż jest w środku.
- No to trzeba Go wyciągnąć na światło dzienne - stwierdził i zbliżył się do Reima. Chwycił go lewą dłonią za koszulę piżamy i warknął:
- Słyszałeś, masz sprawić, żeby wyszedł.
Reim wybałuszył oczy.
- Co?
Nagle poczuł silny ból po prawej stronie głowy. Świat przez chwilę zawirował, a kiedy wrócił do normy, Reim spostrzegł, że wylądował na podłodze. Wciąż trzymając w górze rękę z pistoletem, Labh kopnął go w brzuch.
- No dalej, na co czekasz?
Mężczyzna zwinął się w kłębek. Nistaranga podeszła do niego i powiedziała ozięble:
- Czekamy, Reim. Nie popsujesz naszego planu swoją głupotą. Jeśli dobrowolnie nie pozwolisz Irdlirvirissongowi przejąć tego ciała, zmusimy cię do tego. - Uśmiechnęła się drwiąco i dodała. - Po co więc się męczyć?
Reim drgnął gwałtownie słysząc to samo pytanie, które raptem kilka minut wcześniej powiedział drugi on. Zaczynał się podnosić, kiedy kolejny cios odrzucił go na ścianę. Stęknął.
W pomieszczeniu rozległ się szczęk odbezpieczanej broni. Reim napotkał wzrokiem czarną niczym otchłań lufę pistoletu Nistrangi. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i wykonując nieznaczny ruch nadgarstka strzeliła. Reim krzyknął, czując jak kula przebija mu udo. Materiał spodni momentalnie zaczął zmieniać swoją barwę na kolor szkarłatu. Tymczasem Break zadrżał słysząc huk wystrzału, lecz nie oderwał wzroku od sufitu.
Nie dając mu nawet chwili na odetchnięcie Labh chwycił go za przód koszuli i podnosząc do góry, znów uderzył go z całej siły w głowę. Reimowi aż zadzwoniło w uszach.
- Dlaczego pozwalasz się tak traktować? - ożywił się głos drugiego Reima.
Kolejne uderzenie, tym razem w postrzeloną nogę.
- Nie chciałbyś im oddać? Ukarać ich?
Drugi strzał zostawił po sobie otwór w lewej dłoni.
- Przecież to wszystko ich wina. Powinieneś się zemścić.
Reim poczuł, że zaraz zemdleje z bólu. Powoli przestawał kontaktować z otoczeniem, kiedy na jego ramionach zacisnęły się lodowate dłonie. Zupełnie takie jak te, którymi dotknął go drugi on. Dla odmiany zamiast wewnątrz głowy, jego własny głos odezwał się cicho zaraz przy jego uchu:
- Już czas.
Reim krzyknął cicho. Poczuł tępy ból, który przemknął przez całe jego ciało. Kątem oka dostrzegł pochylającego się nad nim drugiego siebie. Usiłował go odepchnąć, ale jego ręka przeszła przez ciało agresora, zupełnie jakby ten był jakąś zjawą.
Nistaranga spojrzała na Labha.
- Co się z nim dzieje? Czy to On wychodzi?
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami nie odrywając wzroku od Reima, który rzucał się po podłodze.
- Przestań! - zawołał.
- Spokojnie, zaraz poczujesz się lepiej - zapewniła postać.
Wtem pociemniało mu w oczach, tak jak gdyby ktoś nagle zgasił świece w ciemnym pokoju. Wszystkie dźwięki wydawały się z wolna cichnąć, a całe jego ciało stało się dziwnie ociężałe. Z mroku wyłoniło się coś. Miało około 3 metrów i wyglądem przypominało Niby-cienie, które wcześniej nawiedzały Reima. Jednak była jedna różnica. Istota która stała nad nim miała nieproporcjonalnie długie kozie rogi.
- Już najwyższy czas - odezwała się głosem Reima.
Zbliżyła się do niego. Mężczyzna nie był w stanie się poruszyć. Stał jak zaklęty w całkowitym bezruchu z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Gdy stworzenie dotknęło jego ramienia, dookoła rozbłysło oślepiające światło.
Reim powoli odzyskiwał przytomność. Jedną z pierwszych rzeczy, które poczuł były mocno oplatające jego ciało więzy. Uniósł z wolna głowę. Był w tym samym pokoju co wcześniej, z tym że nie leżał już na podłodze, a przywiązany był do krzesła. Nigdzie nie było Breaka. W jego polu widzenia pojawiła się Nistaranga.
- Irdlirvirissongu, czy to ty? - spytała niepewnie, prawie nieśmiało.
Wygląda dziwnie, przemknęło mu przez myśl. Kiedy na nią patrzył, zamiast kruczoczarnej, młodej pokojówki widział stojące przed nim rozkładające się ciało. Ziejąca dziura w prawym policzku, przez którą dało się zobaczyć poruszający się, czarny język i resztki zębów, zapadnięte lewe oko, z którego spływało kilka imitujących łzy strużek krwi, brak nosa – to wszystko składało się na twarz Nistarangi. Reszta nie wyglądała wcale lepiej. Reim nie zdawał sobie sprawy z tego, że tylko on ją tak widzi. Że jego oczy zmieniły się. Ich źrenice były jedynie długimi na cały przód gałki ocznej pionowymi, czarnymi kreskami. Mrugnął kilka razy i szarpnął rękami. Skuwający go łańcuch pękł z taką łatwością jakby był zrobiony z papieru. Wstał.
Nie wiedząc czemu, nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. W głowie natomiast rozchodziła się tylko jedna ale bardzo silna myśl - sprawić by oni wszyscy cierpieli. Przecież to oni zrobili mi to coś, pomyślał.To oni zrobili krzywdę Xerxowi.
Dziewczyna zrobiła krok w tył i zawołała przez ramie:
- Labh, chodź tu!
Labh takim samym krokiem jak ostatnim razem wkroczył do pokoju. Dla Reima wyglądał prawie tak samo szpetnie jak była pokojówka. Zerknął na niego i uniósł brew.
- Co z jego oczami i czemu go rozkułaś?
- Nie mam pojęcia. I to nie byłam ja. On po prostu wstał jak gdyby nigdy nic.
Reim wyobraził sobie jak słodko byłoby słyszeć ich pełne bólu wrzaski w trakcie wyrywania im kończyn. Jak cudownie wyglądały by ich przepełnione cierpieniem twarze, gdyby kroił ich żywcem kawałek po kawałku.
W pomieszczeniu rozległ się krzyk. Reim zamrugał i zauważył, że stał na przeciwko Nistarangi. Trzymał jej ramię tak mocno, że przebił palcami skórę oraz złamał kość. Po uszkodzonej ręce spływała czarna krew.
Jak to w ogóle możliwe?
Dziewczyna próbowała bezskutecznie wyszarpać rękę z żelaznego uścisku. Na ratunek przybył jej Labh, który doskoczył do nich z zamiarem odepchnięcia napastnika. Reim pomyślał, że chciałby, żeby ten śniady mężczyzna nie podchodził do nich. I wtem nim zdążył dotknąć Reima, Labh niczym szmaciana lalka przeleciał przez cały pokój, robiąc swoim ciałem dziurę w ścianie.
Nie wiedząc czemu ten widok rozbawił okularnika. To wszystko wydawało mu się takie nierzeczywiste. Zupełnie jakby dalej spał. Już nie czuł strachu i niepewności. Było mu przyjemnie.
Uśmiechnął się szeroko słysząc kolejny zduszony krzyk, kiedy to wbił wolną rękę w żołądek dziewczyny. Czuł jak jej ciepłe, wilgotne wnętrzności. Ciekawe jak smakują, pomyślał i nieświadomie przesunął językiem po wargach.
- Proszę... Nie - wyjąkała przeciągle Nistaranga. Po jej policzkach zaczęły gęsto płynąć łzy. - Panie, dlaczego? - Widać było wyraźnie, że mówienie sprawia jej niebywałą trudność. Z ust pociekła stróżka krwi. - Przecież uratowaliśmy Cię. Pomogliśmy Ci powstać na nowo, daliśmy to ciało...
Z pomiędzy gruzów wydobyło się głośne stęknięcie. To Labh usiłował wydostać się spod ciężkich kawałków ściany.
- Nistaranga! Nie! - krzyknął wyciągając w jej kierunku zakrwawioną rękę, tak jakby chciał ją całą nią chwycić i zabrać z daleka od tego Reima. - Siostrzyczko! Uciekaj od niego!
Ale ona wciąż mówiła coraz cichszym głosem zupełnie jak gdyby go nie słyszała:
- Mieliśmy przywrócić dobre czasy, czasy naszego panowania, które zabrali nam biali ludzie. - Zamknęła na chwile oczy. Kiedy je otworzyła, były puste jak u trupa. - Czemu nas odrzuciłeś, Irdlirvirissongu?
Zamilkła. Jej ciało w ślimaczym tempie zaczęło bezwładnie opadać na wciąż tkwiącą w nią rękę Reima. Labh zastygł w całkowitym bezruchu, leżąc na podłodze. Jego twarz mimo ciemnej karnacji była niezwykle blada.
Reim odepchnął od siebie martwą dziewczynę, która z łomotem uderzyła o podłogę i podszedł do mężczyzny. Patrząc na niego z góry zauważył, że jego nogi zostały niemal doszczętnie zmiażdżone przez spore odłamki ściany.
Zabawa, rozbrzmiało w głowie Reima.
Podniósł jedną ze stóp i wkładając w to całą siłę nadepnął na lewe ramię Labha. Ciszę w pomieszczeniu przerwał trzask łamanej kości i pełen bólu wrzask.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Zamiast tego przycisnął dłonie do uszu i osunął się na kolana, poruszając bezgłośnie wargami.
- Dlaczego tak się zachowujesz, Reim? - powiedział głos. - Przecież powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, że to nieuniknione. Po co więc się męczyć?
Ciało Reima drgnęło pod wpływem spazmu bólu, a z jego ust wydobył się zbolały jęk. Nagle ciemne oczy Nistarangi błysnęły w podekscytowaniu. Zbliżyła się do klęczącego mężczyzny i ukucnęła przy nim.
- Czy to On? - szepnęła drżącym głosem.
- Już zawsze będziemy razem - stwierdził głos. - To niemożliwe, by można było nas rozdzielić.
Reim skupił rozbiegane oczy na Nistarandze. Kiedy zobaczył z jaką wręcz obrzydliwą fascynacją mu się przypatruje, poczuł dodatkowy ucisk w gardle i nagle go oświeciło.
- Stopa - wyszeptał.
Dziewczyna spojrzała nań z nieskrywanym zdziwieniem.
- Co? Jaka stopa?
Wstał z trudem i starając się ignorować swój własny głos rozbrzmiewający w jego głowie, przysunął się do drzwi.
- Co robisz, Reim? - spytała sama się podnosząc.
- Stopa - powtórzył. - Kiedy wróciłem, nie zauważyłaś, że miałem stopę. Że stałem.
W końcu wszystko zaczęło mu się układać w głowie, a to co mówił mu Break zaczęło nabierać sensu. Zerknął kontem oka na przyjaciela. Xerxes leżał przytomny lecz bezwładny na pościeli. Już nie patrzył na Reima, tylko na sufit.
- Później zaczęli faszerować mnie jakimiś lekami.
Reim wciągnął głęboko powietrze i chwycił za klamkę. Wtem w pomieszczeniu rozległ się szczęk odbezpieczanej broni.
- Ani mi się waż ruszać - wysyczała dziewczyna mierząc w niego pistoletem, który wyglądał jak lekko przerobiona wersja peace maker'a. Ten konkretny miał nieco szerszą zakończoną czymś w rodzaju małych igieł lufę.
- Nie zepsujesz tego swoją głupotą, Reim - powiedziała i wskazała wolną ręką łóżko Breaka. - Siadaj.
Poruszając się na chwiejnych nogach, podszedł do swojego przyjaciela i usiadł koło niego, na brzegu pościeli.
Nie spuszczając z nich oczu zawołała:
- Labh, możesz już wejść!
Drzwi otworzyły się szeroko, a przez nie wkroczył wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna o surowych, ciemnych rysach. W rękach trzymał karabin.
- No i co z Nim? - zapytał.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że wciąż jest w środku.
- No to trzeba Go wyciągnąć na światło dzienne - stwierdził i zbliżył się do Reima. Chwycił go lewą dłonią za koszulę piżamy i warknął:
- Słyszałeś, masz sprawić, żeby wyszedł.
Reim wybałuszył oczy.
- Co?
Nagle poczuł silny ból po prawej stronie głowy. Świat przez chwilę zawirował, a kiedy wrócił do normy, Reim spostrzegł, że wylądował na podłodze. Wciąż trzymając w górze rękę z pistoletem, Labh kopnął go w brzuch.
- No dalej, na co czekasz?
Mężczyzna zwinął się w kłębek. Nistaranga podeszła do niego i powiedziała ozięble:
- Czekamy, Reim. Nie popsujesz naszego planu swoją głupotą. Jeśli dobrowolnie nie pozwolisz Irdlirvirissongowi przejąć tego ciała, zmusimy cię do tego. - Uśmiechnęła się drwiąco i dodała. - Po co więc się męczyć?
Reim drgnął gwałtownie słysząc to samo pytanie, które raptem kilka minut wcześniej powiedział drugi on. Zaczynał się podnosić, kiedy kolejny cios odrzucił go na ścianę. Stęknął.
W pomieszczeniu rozległ się szczęk odbezpieczanej broni. Reim napotkał wzrokiem czarną niczym otchłań lufę pistoletu Nistrangi. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i wykonując nieznaczny ruch nadgarstka strzeliła. Reim krzyknął, czując jak kula przebija mu udo. Materiał spodni momentalnie zaczął zmieniać swoją barwę na kolor szkarłatu. Tymczasem Break zadrżał słysząc huk wystrzału, lecz nie oderwał wzroku od sufitu.
Nie dając mu nawet chwili na odetchnięcie Labh chwycił go za przód koszuli i podnosząc do góry, znów uderzył go z całej siły w głowę. Reimowi aż zadzwoniło w uszach.
- Dlaczego pozwalasz się tak traktować? - ożywił się głos drugiego Reima.
Kolejne uderzenie, tym razem w postrzeloną nogę.
- Nie chciałbyś im oddać? Ukarać ich?
Drugi strzał zostawił po sobie otwór w lewej dłoni.
- Przecież to wszystko ich wina. Powinieneś się zemścić.
Reim poczuł, że zaraz zemdleje z bólu. Powoli przestawał kontaktować z otoczeniem, kiedy na jego ramionach zacisnęły się lodowate dłonie. Zupełnie takie jak te, którymi dotknął go drugi on. Dla odmiany zamiast wewnątrz głowy, jego własny głos odezwał się cicho zaraz przy jego uchu:
- Już czas.
Reim krzyknął cicho. Poczuł tępy ból, który przemknął przez całe jego ciało. Kątem oka dostrzegł pochylającego się nad nim drugiego siebie. Usiłował go odepchnąć, ale jego ręka przeszła przez ciało agresora, zupełnie jakby ten był jakąś zjawą.
Nistaranga spojrzała na Labha.
- Co się z nim dzieje? Czy to On wychodzi?
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami nie odrywając wzroku od Reima, który rzucał się po podłodze.
- Przestań! - zawołał.
- Spokojnie, zaraz poczujesz się lepiej - zapewniła postać.
Wtem pociemniało mu w oczach, tak jak gdyby ktoś nagle zgasił świece w ciemnym pokoju. Wszystkie dźwięki wydawały się z wolna cichnąć, a całe jego ciało stało się dziwnie ociężałe. Z mroku wyłoniło się coś. Miało około 3 metrów i wyglądem przypominało Niby-cienie, które wcześniej nawiedzały Reima. Jednak była jedna różnica. Istota która stała nad nim miała nieproporcjonalnie długie kozie rogi.
- Już najwyższy czas - odezwała się głosem Reima.
Zbliżyła się do niego. Mężczyzna nie był w stanie się poruszyć. Stał jak zaklęty w całkowitym bezruchu z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Gdy stworzenie dotknęło jego ramienia, dookoła rozbłysło oślepiające światło.
Reim powoli odzyskiwał przytomność. Jedną z pierwszych rzeczy, które poczuł były mocno oplatające jego ciało więzy. Uniósł z wolna głowę. Był w tym samym pokoju co wcześniej, z tym że nie leżał już na podłodze, a przywiązany był do krzesła. Nigdzie nie było Breaka. W jego polu widzenia pojawiła się Nistaranga.
- Irdlirvirissongu, czy to ty? - spytała niepewnie, prawie nieśmiało.
Wygląda dziwnie, przemknęło mu przez myśl. Kiedy na nią patrzył, zamiast kruczoczarnej, młodej pokojówki widział stojące przed nim rozkładające się ciało. Ziejąca dziura w prawym policzku, przez którą dało się zobaczyć poruszający się, czarny język i resztki zębów, zapadnięte lewe oko, z którego spływało kilka imitujących łzy strużek krwi, brak nosa – to wszystko składało się na twarz Nistarangi. Reszta nie wyglądała wcale lepiej. Reim nie zdawał sobie sprawy z tego, że tylko on ją tak widzi. Że jego oczy zmieniły się. Ich źrenice były jedynie długimi na cały przód gałki ocznej pionowymi, czarnymi kreskami. Mrugnął kilka razy i szarpnął rękami. Skuwający go łańcuch pękł z taką łatwością jakby był zrobiony z papieru. Wstał.
Nie wiedząc czemu, nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. W głowie natomiast rozchodziła się tylko jedna ale bardzo silna myśl - sprawić by oni wszyscy cierpieli. Przecież to oni zrobili mi to coś, pomyślał.To oni zrobili krzywdę Xerxowi.
Dziewczyna zrobiła krok w tył i zawołała przez ramie:
- Labh, chodź tu!
Labh takim samym krokiem jak ostatnim razem wkroczył do pokoju. Dla Reima wyglądał prawie tak samo szpetnie jak była pokojówka. Zerknął na niego i uniósł brew.
- Co z jego oczami i czemu go rozkułaś?
- Nie mam pojęcia. I to nie byłam ja. On po prostu wstał jak gdyby nigdy nic.
Reim wyobraził sobie jak słodko byłoby słyszeć ich pełne bólu wrzaski w trakcie wyrywania im kończyn. Jak cudownie wyglądały by ich przepełnione cierpieniem twarze, gdyby kroił ich żywcem kawałek po kawałku.
W pomieszczeniu rozległ się krzyk. Reim zamrugał i zauważył, że stał na przeciwko Nistarangi. Trzymał jej ramię tak mocno, że przebił palcami skórę oraz złamał kość. Po uszkodzonej ręce spływała czarna krew.
Jak to w ogóle możliwe?
Dziewczyna próbowała bezskutecznie wyszarpać rękę z żelaznego uścisku. Na ratunek przybył jej Labh, który doskoczył do nich z zamiarem odepchnięcia napastnika. Reim pomyślał, że chciałby, żeby ten śniady mężczyzna nie podchodził do nich. I wtem nim zdążył dotknąć Reima, Labh niczym szmaciana lalka przeleciał przez cały pokój, robiąc swoim ciałem dziurę w ścianie.
Nie wiedząc czemu ten widok rozbawił okularnika. To wszystko wydawało mu się takie nierzeczywiste. Zupełnie jakby dalej spał. Już nie czuł strachu i niepewności. Było mu przyjemnie.
Uśmiechnął się szeroko słysząc kolejny zduszony krzyk, kiedy to wbił wolną rękę w żołądek dziewczyny. Czuł jak jej ciepłe, wilgotne wnętrzności. Ciekawe jak smakują, pomyślał i nieświadomie przesunął językiem po wargach.
- Proszę... Nie - wyjąkała przeciągle Nistaranga. Po jej policzkach zaczęły gęsto płynąć łzy. - Panie, dlaczego? - Widać było wyraźnie, że mówienie sprawia jej niebywałą trudność. Z ust pociekła stróżka krwi. - Przecież uratowaliśmy Cię. Pomogliśmy Ci powstać na nowo, daliśmy to ciało...
Z pomiędzy gruzów wydobyło się głośne stęknięcie. To Labh usiłował wydostać się spod ciężkich kawałków ściany.
- Nistaranga! Nie! - krzyknął wyciągając w jej kierunku zakrwawioną rękę, tak jakby chciał ją całą nią chwycić i zabrać z daleka od tego Reima. - Siostrzyczko! Uciekaj od niego!
Ale ona wciąż mówiła coraz cichszym głosem zupełnie jak gdyby go nie słyszała:
- Mieliśmy przywrócić dobre czasy, czasy naszego panowania, które zabrali nam biali ludzie. - Zamknęła na chwile oczy. Kiedy je otworzyła, były puste jak u trupa. - Czemu nas odrzuciłeś, Irdlirvirissongu?
Zamilkła. Jej ciało w ślimaczym tempie zaczęło bezwładnie opadać na wciąż tkwiącą w nią rękę Reima. Labh zastygł w całkowitym bezruchu, leżąc na podłodze. Jego twarz mimo ciemnej karnacji była niezwykle blada.
Reim odepchnął od siebie martwą dziewczynę, która z łomotem uderzyła o podłogę i podszedł do mężczyzny. Patrząc na niego z góry zauważył, że jego nogi zostały niemal doszczętnie zmiażdżone przez spore odłamki ściany.
Zabawa, rozbrzmiało w głowie Reima.
Podniósł jedną ze stóp i wkładając w to całą siłę nadepnął na lewe ramię Labha. Ciszę w pomieszczeniu przerwał trzask łamanej kości i pełen bólu wrzask.
wtorek, 13 czerwca 2017
Takie tam dodatkowe informacje.
Jak napisałam w części 17 - łącznie będzie ich 19 (ostatnia 09.2017). Gdy już się pojawi, jakiś miesiąc po niej (czyli jak zawsze) dodam tzn. one-shota, który jest tak jakby yaoi ale nie do końca, gdyż porusza temat tabu jakim jest nekrofilia, więc nie można powiedzieć, że to takie normalne gejowskie coś.
Żeby nie było: nie piszę takich rzeczy na co dzień. Chodziło po prostu o to, że opowiadań i w ogóle tekstów czy informacji dotyczących tej dewiacji/fetyszu (kwalifikacja jest nieco sporną kwestią) jest niezwykle mało, a już zwłaszcza w polskojęzycznej części internetu. A to naprawdę ciekawy temat. Starałam się, żeby to było dość delikatne... i generalnie, żeby nie chodziło o coś typu "ostatnia heca przed pójściem do pieca, he-he. Ale zabawa."
P. S oczywiście parą tu będzie Reim i Break.
Dodatkowo, postanowiłam założyć jeszcze jednego głupiego bloga, na którym będę dodawała wątpliwej treści "opowiadania", które nie będą miały nic wspólnego z PH, w ogóle nie będą miały nic wspólnego z anime/mangą itd. Wszystkie postacie będą w nich wymyślone i (prawdopodobnie) będą one głupie, byś po przeczytaniu ich mogła/mógł pomyśleć "to jest zbyt durne, żeby człowiek, który nie urodził się z ciężkim uszkodzeniem mózgu mógł to nabazgrolić". Pierwsza część pierwszego z nich pojawi się prawdopodobnie jakoś w lipcu (a może jeszcze w czerwcu?); zobaczę jak to wyjdzie z napisaniem.
Jakby ktoś był zainteresowany to link do tego (pustego) bloga znajduje się tutaj:
http://dzikie-chomiki-i-udomowione-kuropatwy.blogspot.com/
Część 17
Przysiadł na brzegu materaca. Break wciąż pogrążony w śnie skulił się jeszcze bardziej. Reim szturchnął go palcem w policzek. Gdy nie przyniosło to żadnego rezultatu, powtórzył tylko mocniej. Xerxes w odpowiedzi zmarszczył brwi, a po trzecim dźgnięciu powoli otworzył oczy.
- No to jak? - spytał Reim. - Pobawisz się w końcu ze mną?
Break jęknął cicho. Rozejrzał się po pokoju i zdziwiony wymamrotał coś pod nosem.
- Co takiego? Mów głośniej - zawołał.
- Nie ma jej - powtórzył Break.
Reim stanowczo pokiwał głową.
- Ano, nie ma. Wyszła chwilę temu do miasta.
Nagle Xerxes podniósł się do pozycji siedzącej i chwycił Reima za ramiona.
- Uciekaj stąd! - zawołał płaczliwym głosem.
Reim zaśmiał się głośno.
- Czyli jednak chcesz się pobawić. I to jeszcze w chowanego. W porządku.
- To nie tak!
- Musisz więc zasłonić sobie czymś oczy... - kontynuował niewzruszony mając przed sobą wizję długo wyczekiwanej chwili wspólnej rozrywki.
- Ty nic nie rozumiesz!
- ...i policzyć do, powiedzmy, dwudziestu, a ja się w tym czasie...- Zdesperowany Break potrząsnął nim na tyle mocno, że okulary Reima lekko się przekrzywiły.
- Przestań! - krzyknął.
Reim zamrugał powiekami i zaczął w skupieniu wpatrywać się w Xerxesa, który opuścił na chwilę głowę i powiedział:
- Musisz stąd uciekać zanim ona wróci.
- Czemu? Nistaranga też będzie bawić się w chowanego? - zdziwił się okularnik.
Break zacisnął zęby i mocniej wbił paznokcie w ramiona przyjaciela. Wydawało się, że za chwilę znów zacznie krzyczeć, ale szybko się opanował i rozluźnił mięśnie.
- Ona jest jedną z tych, którzy ci to wszystko zrobili!
- To wszystko? - powtórzył i zaraz dodał: - Wcale, że nie! Ja już pamiętam i wiem, że to wina Lily, a nie Nistarangi! - Wytknął w stronę Breaka nienaturalnie długi język.
Xerxes zmrużył prawe oko.
- Ach, tak? Więc co takiego pamiętasz?
- No, że byłem u Lily - popukał się palcem w policzek - i ona się bawiła...
- Potem, Reim. Chodzi mi o to, co wydarzyło się po tym, gdy udało mi się ciebie stamtąd wyrwać! - Break puścił ramiona przyjaciela i zapytał: - Nie wiesz co się po tym wydarzyło, prawda?
Uśmiech na twarzy Reima został zastąpiony przez lekką dezorientację. Wydawało się, że na chwilę z jego oczu zniknął szaleńczy blask. Kiedy Break zrozumiał, że pojawiła się szansa dotarcia do jego rozsądku, kontynuował:
- Gdy w końcu udało mi się cię znaleźć, ty już... - przerwał na chwilę. Na jego twarzy pojawił się głęboki grymas. - Już prawie byłeś martwy - ciągnął dalej z pasją. - I wtedy ta kruczoczarna wiedźma wyrosła spod ziemi. Zaczęła opowiadać, że zna sposób na uratowanie ciebie. Powiedziała mi, że pochodzi z jakiegoś plemienia Inuitów czy coś takiego i że przygotowują się do swojej odbudowy.
- Ale co to ma wspólnego ze mną? - spytał skonsternowany Reim.
- Właśnie do tego dochodziłem. Mówiła, że dzięki mocy jakiegoś stwora z ich wierzeń mogą pomóc ci wyzdrowieć. Od początku podchodziłem do tego sceptycznie, ale co innego mi pozostało? Ty dosłownie rozpadałeś mi się w rękach!
Jacyś mężczyźni zabrali cię do rezydencji, w której się zresztą obudziłeś. Przyprowadziła tam tego doktorka od siedmiu boleści i swojego kapłana, zwanego Mamą, który przyniósł ze sobą stertę przedmiotów. Jednym z nich było drewniane pudełko, którego nikomu nie pozwalał dotykać. Podejrzewam, że to właśnie w nim było coś co sprawiło, że przeżyłeś.
Kiedy po kilku tygodniach wciąż się nie budziłeś, zacząłem ich naciskać oczekując jakichś wyjaśnień, a wtedy wściekły Owen rzucił się na mnie i krzyczał, że jak nie będę siedział cicho i robił co mi się karze, to inni członkowie ich plemienia skrzywdzą Sharon. Wyobrażasz to sobie? Uprowadzili ją, zamknęli nie wiadomo gdzie, zabrali dla swojego użytku jedną z jej rezydencji, pozbyli się z niej całej służby i jeszcze jakby tego było mało, to w dodatku później zaczęli faszerować mnie jakimiś lekami i-
Urwał słysząc ciche kroki po drugiej stronie drzwi, które zbliżały się w stronę pokoju.
Powoli drzwi otworzyły się i ukazała się w nich Nistaranga. Wydawała się zdziwiona widokiem dwóch mężczyzn.
- To wy jeszcze nie śpicie?
Reim zerknął na Breaka i zauważył grozę zmieszaną ze słabo dostrzegalną nienawiścią malujące się na bladej twarzy. Kiedy żadne z nich się nie odezwało, dziewczyna zrobiła w ich kierunku kilka kroków i w równie powolny sposób cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Zadałam wam pytanie - powiedziała lekko zirytowana moralizatorskim tonem matki, która właśnie nakryła swoje dzieci na łamaniu jednego z jej świętych zakazów. - Jest już bardzo późno. Obydwoje powinniście być w łóżkach.
Reim, który najwyraźniej powrócił do poprzedniego stanu, zachichotał:
- Jeszcze tylko pięć minut, mamusiu!
Twarz Nistarangi nabrała koloru głębokiej purpury.
- To wcale nie jest zabawne - wyjąkała. - Jest już późno, a mamy jutro do zrobienia kilka rzeczy. Powinniście się więc wyspać.
- Kilka rzeczy? Jakich rzeczy? - spytał zaciekawiony.
- Jutro zobaczycie. A teraz, dobranoc. - Ruszyła do torby ze swoimi rzeczami i wraz z piżamą udała się do łazienki. Po kilku minutach wyszła przebrana w śnieżnobiałą koszulę nocną i nie zwracając już żadnej uwagi na pozostałych lokatorów, udała się do swojego łóżka.
Dla Reima następny dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo o 5:45 kiedy to niemal tonąc we własnym pocie zbudził się z koszmaru. Śniły mu się różne sytuacje, które nakładały się na siebie. Wydawało mu się, że przeżywał swego rodzaju deja vu; miał wrażenie jakby te obrazy nie były jedynie wytworami jego mózgu, a rzeczywistymi wspomnieniami. Ale nie mógł sobie przypomnieć, by którakolwiek z tych rzeczy miała miejsce w jego życiu. Spojrzał na pozostałe łóżka. Wciąż spali.
Wstał niepewnie i poszedł do łazienki. Wyraz jego oczu odbitych w wiszącym nad umywalką lustrze wyrażał silne zmęczenie oraz głębokie przygnębienie. Spuścił na chwilę wzrok, aby zmoczyć lepiącą się od potu twarz i nagle drgnął gwałtownie.
Na powrót uniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Gdzie ja...? Na miękkich nogach wrócił do sypialni. Na najbliższym łóżku twardym snem spała jakaś kobieta. Wyglądała znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć kim jest. Na sąsiednim łóżku zobaczył Breaka. Już chciał go zbudzić i zapytać co się dzieje, lecz jego uwagę przykuł przedmiot leżący na ostatnim, wolnym łóżku. Pluszowy zając.
Podszedł do maskotki, chcąc ją podnieść i przyjrzeć jej się bliżej. Zdążył tylko dotknął brązowego materiału, gdy poczuł silny, tępy ból, który niczym prąd przepłynął przez całą jego głowę. Reim odruchowo zacisnął mocno szczękę i zwinął dłonie w pięści. Pociemniało mu przed oczami, a w uszach pojawił się cichy, jednostajny szum.
Zemdlał nim jego ciało z łoskotem zdążyło wylądować na podłodze.
Siedział na wodzie. Nie wiedział jakim cudem ale tak było. Czuł się jakby siedział na łóżku z miękkim materacem. Tyle że zamiast śnieżnobiałej pościeli miał pod sobą uginającą się wodę, która utrzymywała go suchego na swojej powierzchni. Spróbował na próżno przebić tę powłokę palcem.
- Ej, co robisz? - rozległ się zwielokrotniony echem głos z głębi otaczającej Reima zasłony czerni.
Reim rozejrzał się dookoła, ale nie widział nikogo.
- Tak do ciebie mówię - zawołał głos. - A może powinienem powiedzieć "do siebie"?
Nagły snop światła o nieznanym źródle ujawnił właściciela głosu. Był to Reim. Klęczał w podobnej pozycji co on, był ubrany w ten sam strój, wyglądał identycznie co on. Jedynymi rzeczami, które odróżniały go od Reima była pluszowa maskotka na jego kolanach oraz wyraźny obłęd w migdałowych oczach.
- Kim ty jesteś?! Czemu wyglądasz jak ja?! - krzyknął Reim.
- Czy to nie oczywiste? - roześmiał się drugi Reim. - Przecież jestem tobą.
Reim gwałtownie pobladł.
- Co?
Nagle w trakcie jednego mrugnięcia, snop światła zgasł.
- Hej! Co się dzieje?! - wrzasnął w stronę nieprzeniknionej ciemności. Już chciał po omacku spróbować jakoś znaleźć wyjście z tego miejsca, kiedy poczuł dłoń na ramieniu. Była tak lodowata, że mimo ubrania poczuł na skórze jej chłód.
- Reeeim, czemu byśmy się nie połączyli? - szepnął mu do ucha.
Mężczyzna z krzykiem strącił z siebie rękę odwracając się w jej kierunku całym ciałem, ale nikogo nie zobaczył. Począł gorączkowo się rozglądać po miejscu w poszukiwaniu drugiego siebie, lecz bezskutecznie.
Reim wstał szybko i z głośnym pluskiem stóp uderzanych o taflę wody zaczął biec na oślep z zaciśniętymi powiekami i zębami przed siebie. Z mroku wydobył się głośny, ogłuszający śmiech. Reim nie potrafił określić, z której strony on pochodzi. Kiedy nie zaprzestając biegu otworzył oczy, ukazało mu się tysiące twarzy. Jego twarzy. Pozbawione ciał, unosiły się w powietrzu, szczerzyły usta w parodii uśmiechu.
- Hej, Reim. Co jest? - zawołały chórem. - Czemu próbujesz ode mnie uciec?
Wciąż się nie zatrzymując, Reim zatkał uszy dłońmi.
- Nie można uciekać przed samym sobą, Reim!
Przyśpieszył jeszcze bardziej.
- Zatrzymaj się, Reim!
- Przestań! - krzyknął rozpaczliwie.
- Dalej, stańmy się w końcu jednością, tak jak to być powinno, Reeeim! - powiedziały jednocześnie twarze.
- Przestań! - powtórzył głośniej, próbując przebić się przez chór nakładających się na siebie głosów.
- Reim!
Mężczyzna rozwarł szeroko oczy. Pochylała się nad nim Nistaranga. W ogóle jej nie poznając, Reim odepchnął ją od siebie i podniósł się zdyszany. Dziewczyna również wstała z klęczek.
- Już wszystko w porządku. To był tylko zły sen - powiedziała uspokajająco.
Reim powoli rozejrzał się po pokoju. Był w sypialni z trzema jednoosobowymi łóżkami. Na jednym z nich dostrzegł z utkwionym w niego lekko nieprzytomnym wzrokiem Breaka. Już chciał się odezwać, gdy wtem usłyszał wyraźny głos wewnątrz swojej głowy.
- A nie mówiłem, że nie można uciec przed samym sobą?
Reim wrzasnął.
sobota, 20 maja 2017
Część 16.
- I oto jesteśmy - orzekł pan Jefferson, kiedy stanęli pod drzwiami,
na których widniała cyfra numer 4 i wręczył Nistarandze klucz.
- Proszę się rozgościć i czuć jak u siebie. Za pół godziny będzie kolacja - dodał.
- Naprawdę jesteśmy wdzięczni za państwa pomoc - powiedziała dziewczyna.
Staruszek zaśmiał się serdecznie.
- Ależ to naprawdę nic. - Zerknął na swój zegarek naręczny. - Nie będę już zajmował wam czasu. Do zobaczenia na dole.
Większość pokoju gościnnego zajmowały trzy stojące w niedużych od siebie przerwach jednoosobowe łóżka oraz sporych rozmiarów, dębowa szafa.
Nistaranga przysiadła na brzegu środkowego łóżka. Siedziała przez chwilę w bezruchu z pochyloną do przodu głową i zamkniętymi oczami, po czym zerknęła w kierunku wciąż stojących przy drzwiach mężczyzn.
- No dalej, usiądźcie - zachęciła ich.
W odpowiedzi pierwszy poruszył się Reim, który wciąż szeroko się uśmiechając podszedł do znajdującego się na przeciwko dziewczyny łóżka i usiadł na nim. Następnie położył sobie pana Królika na kolanach i zapytał się go:
- I jak ci się tu podoba? Przytulnie, prawda?
Siedział przez moment w milczeniu. Po chwili jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Pokiwał głową i rozbawionym tonem stwierdził:
- Tak, masz rację.
Była pokojówka ze zmarszczonymi brwiami obserwowała tę osobliwą scenę, po czym jak gdyby nigdy nic zwróciła się do nadal zlęknionego Breaka:
-A ty nie usiądziesz?
Xerxes drgnął gwałtownie, ale zaraz potulnie usadowił się na ostatnim, znajdującym się za plecami dziewczyny łóżku.
- Pobawmy się, Xerx! - zawołał nagle Reim wpatrując się intensywnie w albinosa.
Odłożył on przytulankę na poduszkę i przysiadł koło Breaka, który z cichym jękiem odsunął się w tył. Na tę reakcję Reim chwycił za rękaw koszuli przyjaciela i począł nalegać:
- No dalej, Xeeerx, nudzę się! Pobaw się w coś ze mną! Przecież tak dawno się nie widzieliśmy!
Break zerknął niepewnie na Nistarangę. Jego oko błyszczało od łez.
- Reim, zostaw go - powiedziała stanowczo.
Jednak ten całkowicie ją zignorował.
- Xerx, no weź, nie bądź taki!
Poirytowana dziewczyna złapała okularnika za wyciągnięte ramię, szarpnęła je na tyle mocno, że puściło ono rękaw i powtórzyła z naciskiem:
- Mówiłam ci, że masz go zostawić w spokoju.
Reim przewrócił oczami, ale nic nie powiedział. Wstał i wrócił na swoje łóżko.
Nistaranga zerknęła kątem oka na wiszący nad drzwiami wejściowymi zegar.
Już czas zejść na dół.
Kuchnia była dość przestronna, choć ogromnych rozmiarów stół ulokowany na środku ewidentnie sprawiał wręcz przeciwne wrażenie. Miała ona kremowe ściany, których sporą część zasłaniały meble składające się głównie na rząd ciemnobrązowych szafek oraz szuflad. Właściciele zajazdu siedzieli obok siebie na wprost drzwi. Kolejno od pani Jefferson siedział młody, wychudzony mężczyzna o sięgających do ramion przetłuszczonych ciemnobrązowych włosach. Miał na sobie pomiętą żółtą koszule oraz jasne, przybrudzone spodnie ze sztruksu. Wyglądał na bezdomnego ćpuna.
Obok niego miejsce zajmowała kobieta w średnim wieku. Ubrana ona była w sukienkę w kolorze krzykliwej żółci z dekoldem tak olbrzymim, że aż sporych rozmiarów piersi prawie z niego wypływały. Reim ucieszony przysiadł na wolnym miejscu koło niej. Kobieta z wyższością zerknęła na przytulankę, którą usadowił na swoich kolanach. Skrzywiła się, ale nic nie powiedziała. Nistaranga w tym czasie spojrzała na zlęknionego Breaka. Wiedząc, że sam prawdopodobnie nigdy nie zdecyduje się zasiąść do stołu, chwyciła go za przegub i pociągnęła do dwóch wolnych miejsc.
- Witamy w naszych skromnych progach - zaczęła pani Jefferson. - Mam nadzieję, że przypasował państwu pokój.
- Tak, oczywiście. Jest naprawdę przytulny - odpowiedziała Nistaranga.
Pani Jefferson spojrzała wyczekująco najpierw na Reima...
- Tak, jest świetny! - zawołał.
...a następnie na Breaka, który w odpowiedzi słabo skinął głową. Na ustach staruszki wykwitł szeroki uśmiech.
- W takim razie proszę się najeść do syta. - Rozłożyła szeroko ręce jakby chciała chwycić w swe ramiona całą zawartość stołu. - Smacznego.
Po kolacji zjedzonej przy akompaniamencie zażartej dyskusji właścicieli zajazdu na temat tego czy 60-letnia pani Williams z sąsiedniego budynku faktycznie zdradza swojego męża z panem Joshem - tutejszym listonoszem, wszyscy rozeszli się do pokoi.
- Zdecydowałam, że pójdę trochę rozejrzeć się po mieście - oznajmiła Nistaranga, wyciągając z szafy swój jasnoszary płaszcz.
- O tej porze? - spytał Reim.
Dziewczyna przytaknęła.
- Sądzę, że to świetna pora. Trzeba rozeznać się po okolicy i zacząć rozglądać za jakimś nowym lokum. Przecież nie możemy tu zbyt długo zostać. To byłoby niebezpieczne. - Podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę. - Poza tym po ciemku będzie mi łatwiej nierzucać się w oczy przechodnią.
- Też mogę iść? - zapytał z wyraźną nadzieją w głosie. - Nudzę się!
Nistaranga popatrzyła na niego przeciągle i powiedzała:
- Nie, w pojedynkę będzie mi zdecydowanie łatwiej. Ty - wskazała palcem wolnej ręki śpiącego już Breaka. - przypilnuj go w tym czasie.
Nie czekając na odpowiedź, wyszła.
Reim spojrzał w dół na wciąż trzymaną w ręku przytulankę i stwierdził wymownie:
- Chce zagarnąć całą zabawę dla siebie. To nie fair.
<Właśnie taka jest dzisiejsza młodzież: samolubna.>
- Nie mów jak ci starzy ludzie. To wcale nie jest zabawne - żachnął się. Zerknął na jedyne zajęte w sypialni łóżko i na jego twarz momentalnie powrócił uśmiech.
- Proszę się rozgościć i czuć jak u siebie. Za pół godziny będzie kolacja - dodał.
- Naprawdę jesteśmy wdzięczni za państwa pomoc - powiedziała dziewczyna.
Staruszek zaśmiał się serdecznie.
- Ależ to naprawdę nic. - Zerknął na swój zegarek naręczny. - Nie będę już zajmował wam czasu. Do zobaczenia na dole.
Większość pokoju gościnnego zajmowały trzy stojące w niedużych od siebie przerwach jednoosobowe łóżka oraz sporych rozmiarów, dębowa szafa.
Nistaranga przysiadła na brzegu środkowego łóżka. Siedziała przez chwilę w bezruchu z pochyloną do przodu głową i zamkniętymi oczami, po czym zerknęła w kierunku wciąż stojących przy drzwiach mężczyzn.
- No dalej, usiądźcie - zachęciła ich.
W odpowiedzi pierwszy poruszył się Reim, który wciąż szeroko się uśmiechając podszedł do znajdującego się na przeciwko dziewczyny łóżka i usiadł na nim. Następnie położył sobie pana Królika na kolanach i zapytał się go:
- I jak ci się tu podoba? Przytulnie, prawda?
Siedział przez moment w milczeniu. Po chwili jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Pokiwał głową i rozbawionym tonem stwierdził:
- Tak, masz rację.
Była pokojówka ze zmarszczonymi brwiami obserwowała tę osobliwą scenę, po czym jak gdyby nigdy nic zwróciła się do nadal zlęknionego Breaka:
-A ty nie usiądziesz?
Xerxes drgnął gwałtownie, ale zaraz potulnie usadowił się na ostatnim, znajdującym się za plecami dziewczyny łóżku.
- Pobawmy się, Xerx! - zawołał nagle Reim wpatrując się intensywnie w albinosa.
Odłożył on przytulankę na poduszkę i przysiadł koło Breaka, który z cichym jękiem odsunął się w tył. Na tę reakcję Reim chwycił za rękaw koszuli przyjaciela i począł nalegać:
- No dalej, Xeeerx, nudzę się! Pobaw się w coś ze mną! Przecież tak dawno się nie widzieliśmy!
Break zerknął niepewnie na Nistarangę. Jego oko błyszczało od łez.
- Reim, zostaw go - powiedziała stanowczo.
Jednak ten całkowicie ją zignorował.
- Xerx, no weź, nie bądź taki!
Poirytowana dziewczyna złapała okularnika za wyciągnięte ramię, szarpnęła je na tyle mocno, że puściło ono rękaw i powtórzyła z naciskiem:
- Mówiłam ci, że masz go zostawić w spokoju.
Reim przewrócił oczami, ale nic nie powiedział. Wstał i wrócił na swoje łóżko.
Nistaranga zerknęła kątem oka na wiszący nad drzwiami wejściowymi zegar.
Już czas zejść na dół.
Kuchnia była dość przestronna, choć ogromnych rozmiarów stół ulokowany na środku ewidentnie sprawiał wręcz przeciwne wrażenie. Miała ona kremowe ściany, których sporą część zasłaniały meble składające się głównie na rząd ciemnobrązowych szafek oraz szuflad. Właściciele zajazdu siedzieli obok siebie na wprost drzwi. Kolejno od pani Jefferson siedział młody, wychudzony mężczyzna o sięgających do ramion przetłuszczonych ciemnobrązowych włosach. Miał na sobie pomiętą żółtą koszule oraz jasne, przybrudzone spodnie ze sztruksu. Wyglądał na bezdomnego ćpuna.
Obok niego miejsce zajmowała kobieta w średnim wieku. Ubrana ona była w sukienkę w kolorze krzykliwej żółci z dekoldem tak olbrzymim, że aż sporych rozmiarów piersi prawie z niego wypływały. Reim ucieszony przysiadł na wolnym miejscu koło niej. Kobieta z wyższością zerknęła na przytulankę, którą usadowił na swoich kolanach. Skrzywiła się, ale nic nie powiedziała. Nistaranga w tym czasie spojrzała na zlęknionego Breaka. Wiedząc, że sam prawdopodobnie nigdy nie zdecyduje się zasiąść do stołu, chwyciła go za przegub i pociągnęła do dwóch wolnych miejsc.
- Witamy w naszych skromnych progach - zaczęła pani Jefferson. - Mam nadzieję, że przypasował państwu pokój.
- Tak, oczywiście. Jest naprawdę przytulny - odpowiedziała Nistaranga.
Pani Jefferson spojrzała wyczekująco najpierw na Reima...
- Tak, jest świetny! - zawołał.
...a następnie na Breaka, który w odpowiedzi słabo skinął głową. Na ustach staruszki wykwitł szeroki uśmiech.
- W takim razie proszę się najeść do syta. - Rozłożyła szeroko ręce jakby chciała chwycić w swe ramiona całą zawartość stołu. - Smacznego.
Po kolacji zjedzonej przy akompaniamencie zażartej dyskusji właścicieli zajazdu na temat tego czy 60-letnia pani Williams z sąsiedniego budynku faktycznie zdradza swojego męża z panem Joshem - tutejszym listonoszem, wszyscy rozeszli się do pokoi.
- Zdecydowałam, że pójdę trochę rozejrzeć się po mieście - oznajmiła Nistaranga, wyciągając z szafy swój jasnoszary płaszcz.
- O tej porze? - spytał Reim.
Dziewczyna przytaknęła.
- Sądzę, że to świetna pora. Trzeba rozeznać się po okolicy i zacząć rozglądać za jakimś nowym lokum. Przecież nie możemy tu zbyt długo zostać. To byłoby niebezpieczne. - Podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę. - Poza tym po ciemku będzie mi łatwiej nierzucać się w oczy przechodnią.
- Też mogę iść? - zapytał z wyraźną nadzieją w głosie. - Nudzę się!
Nistaranga popatrzyła na niego przeciągle i powiedzała:
- Nie, w pojedynkę będzie mi zdecydowanie łatwiej. Ty - wskazała palcem wolnej ręki śpiącego już Breaka. - przypilnuj go w tym czasie.
Nie czekając na odpowiedź, wyszła.
Reim spojrzał w dół na wciąż trzymaną w ręku przytulankę i stwierdził wymownie:
- Chce zagarnąć całą zabawę dla siebie. To nie fair.
<Właśnie taka jest dzisiejsza młodzież: samolubna.>
- Nie mów jak ci starzy ludzie. To wcale nie jest zabawne - żachnął się. Zerknął na jedyne zajęte w sypialni łóżko i na jego twarz momentalnie powrócił uśmiech.
sobota, 15 kwietnia 2017
Część 15.
Stary indianin stanął na przedzie i trzymając w rękach dziwny, stary posążek w kształcie ciemnoskórego karła, zawołał.
- Wielki Irdlirvirissongu! Rozkazuję ci wyjść z tego człowieka i poddać się mej woli!
Reim zdezorientowany przechylił głowę na bok. Kiedy zauważył, że Mama powoli zbliża się do niego, uśmiechnął się szeroko a zza jego pleców wrosła tym razem jedna macka, która z niezwykłą prędkością przebiła na wylot klatkę piersiową starca. Po chwili wyszła ona z jego ciała i zniknęła za Reimem tak jak się pojawiła. Ciało powoli osunęło się na ziemię i znieruchomiało w rosnącej kałuży krwi.
Ocknąwszy się z osłupienia, Owen wyciągnął spod kitla pistolet i krzyknął.
- Nie ruszaj się!
Ale Reim nie posłuchał. Jak gdyby nic obrócił się na pięcie i ruszył dalej przed siebie.
Huk wystrzału rozniósł się po korytarzu i w tym samym momencie śnieżnobiała koszula Reima zabarwiła się na czerwono. Wtedy to momentalnie spod włosów okularnika wyrosło kilkanaście ostro zakończonych macek, które równocześnie przebiły lekarza w wielu miejscach. Doktor stęknął cicho dusząc się krwią i w ślad za Mamą padł martwy na podłogę.
Taki sam los spotkał też pozostałych mężczyzn, którzy akurat tam się znajdowali.
Po kilkunastu minutach Reimowi udało się znaleźć Breaka. Leżał on tak jak ostatnim razem przywiązany do łóżka w jednym z pokoi na piętrze. Podszedł i pochylił się nad nim.
- Dzień dobry, Xerx! - zawołał.
Break rozwarł szeroko prawe oko wpatrując się w okularnika jak w ducha.
Jakby nie zauważając tego, Reim stwierdził.
- Najpierw cię rozwiążę a potem pójdziemy się pobawić.
Nie czekając na odpowiedź, zabrał się za supły przy kostkach. Szybko się z nimi uporał. Z taką samą łatwością pozbył się węzłów krępujących nadgarstki. Kiedy Break został uwolniony, odsunął się na drugi koniec łóżka i zwinął w pozycji embrionalnej.
- Coś się stało, Xerx? - zapytał zdziwiony.
Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, wyciągnął rękę chcąc go dotknąć, ale zatrzymał się w pół ruchu, kiedy usłyszał jak drzwi otwierają się. Do środka wkroczyła Nistaranga z tacą w rękach. Na jego widok w szoku upuściła ją wraz z zawartością w postaci szklanych naczyń, które rozbiły się z trzaskiem o podłogę.
- Reim! Wróciłeś! - wykrzyknęła, przytulając się do niego. - Myślałam, że już cię nigdy więcej nie spotkam!
- Dlaczego? - zdziwił się.
Dziewczyna wypuściła go z objęć i powiedziała ze smutkiem.
- Doktor Owen mówił, że ci się pogorszyło i trzeba cię przenieść. To dlatego myślałam, ze już tu nie wrócisz.
Wtem zobaczyła, że Break został uwolniony z więzów i krzyknęła.
- Ale Reim, dlaczego to zrobiłeś?!
- Masz na myśli, dlaczego rozwiązałem Xerxesa?
- Ależ oczywiście, że tak! A cóż by innego? - odparła.
- Chciałem się z nim trochę pobawić.
Ostre spojrzenie dziewczyny lekko zmiękło.
- Och, Reim, tak nie wolno. Nie widzisz, że on jest chory?
Reim zamrugał kilkakrotnie.
- Chory? Ale na co?
Nistaranga podeszła do drżącego Breaka i pogłasała go po głowie. Albinos mocniej zatrzęsł się pod jej dotykiem, ale nie próbował od niej uciekać. Jedynie niespokojnie im się przyglądał.
- Nie jestem pewna co to jest. Pracuję tutaj jako pokojówka i nie znam się na tych wszystkich chorobach, ale doktor mówił mi, że jest z nim bardzo niedobrze - urwała na chwilę po czym dodała szeptem. - Po tym jak doświadczyłam u niego tego "ataku" paniki, jestem całkowicie pewna, że on naprawdę cierpi.
Spojrzała na Reima załzawionymi oczami i stwierdziła.
- Dlatego chciałabym mu pomóc najlepiej jak tylko potrafię!
- Ach, zabawa na pewno mu pomoże! - zawołał z entuzjazmem.
W głosie Nistarangi rozbrzmiewała nuta powątpienia, gdy przypomniała.
- Mówiłam ci, że to nie jest raczej zbyt dobry pomysł.
- Skąd wiesz, że nie?
Dziewczyna niepewnie zerknęła najpierw na przestraszonego Breaka, a potem na szeroko uśmiechniętego Reima i zasugerowała. - Cóż, wypadałoby się wpierw spytać doktora Owena. Jeśli on nie miałby nic przeciwko, to moglibyśmy zorganizować jakąś...
Nie zdążyła dokończyć, kiedy nagle odezwał się Reim.
- Ale nie możemy się go o to zapytać!
- Jak to nie możemy? Coś mu się stało?!
Reim zachichotał.
- Tak. Doktor chciał mi zrobić krzywdę, więc go ukarałem!
Nistaranga rozwarła szeroko oczy.
- Jak to ukarałeś?
- Tak to - oznajmił radośnie. - Wyglądał jak szaszłyk, gdy go przebiłem!
- Przebiłeś? - powtórzyła powoli i krzyknęła. - Gdzie on jest?!
- Na korytarzu. Chodźmy! Pokażę ci
Kilka minut później znaleźli się na pełnym krwi i zwłok holu. Z powodu licznych nalegań Reima Nistaranga zgodziła się na to, by Break poszedł z nimi. Obecnie stał on na chwiejących się nogach przy ścianie i cały czas przyglądał się okularnikowi.
Pokojówka zobaczywszy to pobojowisko, podbiegła szybko do Owena. Uklękła przy nim i dla pewności sprawdziła puls. Następnie przyjrzała się mu uważniej i wtedy zobaczyła liczne otwory pokryte zaschniętą krwią w różnych częściach ciała zmarłego.
- Co to jest? - wyszeptała drżącym głosem.
- Ojej! No przecież mówiłem ci, że go przebiłem! Zresztą ich wszystkich.
Dziewczyna rozejrzała się po korytarzu tak jakby dopiero teraz dostrzegła, że w pobliżu są inne zwłoki.
Zakryła usta trzęsącą się dłonią.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Nie mam pojęcia - stwierdził ze śmiechem.
Nagle Nistaranga podniosła się i doskoczywszy do Reima, chwyciła go za koszulę.
- Czy zdajesz sobie sprawę co narobiłeś, Reim? - spytała, wpatrując się mu prosto w oczy.
Okularnik uniósł lekko brwi do góry.
- Wiesz co? Mam wrażenie, że ty mnie w ogóle nie słuchasz! Mówiłem ci już, że ich ukarałem, bo chcieli mi zrobić krzywdę. A zwłaszcza doktor.
Dziewczyna zbladła.
- O, nie! Ty wcale nie rozumiesz sytuacji w jakiej się znalazłeś! - przysunęła swoją twarz do jego i powiedziała stanowczym tonem. - Reim, ty zamordowałeś ludzi!
- No to co? - parsknął.
- Jak to co? Przecież jak ktoś się o tym dowie, to od razu skontaktuje się z władzami i będą cię ścigać!
Reim machnął tylko na to ręką i oznajmił.
- To nic takiego. Nie ma czym się przejmować.
- Nie, to nie jest "nic takiego"! - chwyciła go za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę Breaka. - Nie możemy tu zostać, trzeba znaleźć jakąś kryjówkę. Nie ma czasu na pozbywanie się zwłok.
- Dlaczego tak bardzo się tym wszystkim przejmujesz? - spytał z nieskrywanym rozbawieniem.
Dziewczyna zatrzymała się na chwilę i znów na niego spojrzała.
- Ponieważ obiecałam doktorowi, że będę twoją opiekunką, a więc muszę się również troszczyć o twoje bezpieczeństwo. Z nim jest tak samo - wskazała wolną ręką na Xerxesa. - Kiedy zostałeś doktor Harrison powiedział, że zostałeś przeniesiony, zalecił mi sprawowanie opieki nad twoim przyjacielem, dlatego pójdzie z nami
Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy i przeszło kilkugodzinnym jeżdżeniu dyliżansem po okolicznych miasteczkach, Nistaranga zdecydowała, że na razie zatrzymają się w domu zajezdnym w niewielkiej mieścinie oddalonej o kilkanaście kilometrów od rezydencji. Właściciele ich tymczasowego mieszkania byli miłą parą w podeszłym wieku, która na starość zdecydowała się udostępnić niektóre ze swoich pokoi przejezdnym za niewielką opłatą.
- Wielki Irdlirvirissongu! Rozkazuję ci wyjść z tego człowieka i poddać się mej woli!
Reim zdezorientowany przechylił głowę na bok. Kiedy zauważył, że Mama powoli zbliża się do niego, uśmiechnął się szeroko a zza jego pleców wrosła tym razem jedna macka, która z niezwykłą prędkością przebiła na wylot klatkę piersiową starca. Po chwili wyszła ona z jego ciała i zniknęła za Reimem tak jak się pojawiła. Ciało powoli osunęło się na ziemię i znieruchomiało w rosnącej kałuży krwi.
Ocknąwszy się z osłupienia, Owen wyciągnął spod kitla pistolet i krzyknął.
- Nie ruszaj się!
Ale Reim nie posłuchał. Jak gdyby nic obrócił się na pięcie i ruszył dalej przed siebie.
Huk wystrzału rozniósł się po korytarzu i w tym samym momencie śnieżnobiała koszula Reima zabarwiła się na czerwono. Wtedy to momentalnie spod włosów okularnika wyrosło kilkanaście ostro zakończonych macek, które równocześnie przebiły lekarza w wielu miejscach. Doktor stęknął cicho dusząc się krwią i w ślad za Mamą padł martwy na podłogę.
Taki sam los spotkał też pozostałych mężczyzn, którzy akurat tam się znajdowali.
Po kilkunastu minutach Reimowi udało się znaleźć Breaka. Leżał on tak jak ostatnim razem przywiązany do łóżka w jednym z pokoi na piętrze. Podszedł i pochylił się nad nim.
- Dzień dobry, Xerx! - zawołał.
Break rozwarł szeroko prawe oko wpatrując się w okularnika jak w ducha.
Jakby nie zauważając tego, Reim stwierdził.
- Najpierw cię rozwiążę a potem pójdziemy się pobawić.
Nie czekając na odpowiedź, zabrał się za supły przy kostkach. Szybko się z nimi uporał. Z taką samą łatwością pozbył się węzłów krępujących nadgarstki. Kiedy Break został uwolniony, odsunął się na drugi koniec łóżka i zwinął w pozycji embrionalnej.
- Coś się stało, Xerx? - zapytał zdziwiony.
Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, wyciągnął rękę chcąc go dotknąć, ale zatrzymał się w pół ruchu, kiedy usłyszał jak drzwi otwierają się. Do środka wkroczyła Nistaranga z tacą w rękach. Na jego widok w szoku upuściła ją wraz z zawartością w postaci szklanych naczyń, które rozbiły się z trzaskiem o podłogę.
- Reim! Wróciłeś! - wykrzyknęła, przytulając się do niego. - Myślałam, że już cię nigdy więcej nie spotkam!
- Dlaczego? - zdziwił się.
Dziewczyna wypuściła go z objęć i powiedziała ze smutkiem.
- Doktor Owen mówił, że ci się pogorszyło i trzeba cię przenieść. To dlatego myślałam, ze już tu nie wrócisz.
Wtem zobaczyła, że Break został uwolniony z więzów i krzyknęła.
- Ale Reim, dlaczego to zrobiłeś?!
- Masz na myśli, dlaczego rozwiązałem Xerxesa?
- Ależ oczywiście, że tak! A cóż by innego? - odparła.
- Chciałem się z nim trochę pobawić.
Ostre spojrzenie dziewczyny lekko zmiękło.
- Och, Reim, tak nie wolno. Nie widzisz, że on jest chory?
Reim zamrugał kilkakrotnie.
- Chory? Ale na co?
Nistaranga podeszła do drżącego Breaka i pogłasała go po głowie. Albinos mocniej zatrzęsł się pod jej dotykiem, ale nie próbował od niej uciekać. Jedynie niespokojnie im się przyglądał.
- Nie jestem pewna co to jest. Pracuję tutaj jako pokojówka i nie znam się na tych wszystkich chorobach, ale doktor mówił mi, że jest z nim bardzo niedobrze - urwała na chwilę po czym dodała szeptem. - Po tym jak doświadczyłam u niego tego "ataku" paniki, jestem całkowicie pewna, że on naprawdę cierpi.
Spojrzała na Reima załzawionymi oczami i stwierdziła.
- Dlatego chciałabym mu pomóc najlepiej jak tylko potrafię!
- Ach, zabawa na pewno mu pomoże! - zawołał z entuzjazmem.
W głosie Nistarangi rozbrzmiewała nuta powątpienia, gdy przypomniała.
- Mówiłam ci, że to nie jest raczej zbyt dobry pomysł.
- Skąd wiesz, że nie?
Dziewczyna niepewnie zerknęła najpierw na przestraszonego Breaka, a potem na szeroko uśmiechniętego Reima i zasugerowała. - Cóż, wypadałoby się wpierw spytać doktora Owena. Jeśli on nie miałby nic przeciwko, to moglibyśmy zorganizować jakąś...
Nie zdążyła dokończyć, kiedy nagle odezwał się Reim.
- Ale nie możemy się go o to zapytać!
- Jak to nie możemy? Coś mu się stało?!
Reim zachichotał.
- Tak. Doktor chciał mi zrobić krzywdę, więc go ukarałem!
Nistaranga rozwarła szeroko oczy.
- Jak to ukarałeś?
- Tak to - oznajmił radośnie. - Wyglądał jak szaszłyk, gdy go przebiłem!
- Przebiłeś? - powtórzyła powoli i krzyknęła. - Gdzie on jest?!
- Na korytarzu. Chodźmy! Pokażę ci
Kilka minut później znaleźli się na pełnym krwi i zwłok holu. Z powodu licznych nalegań Reima Nistaranga zgodziła się na to, by Break poszedł z nimi. Obecnie stał on na chwiejących się nogach przy ścianie i cały czas przyglądał się okularnikowi.
Pokojówka zobaczywszy to pobojowisko, podbiegła szybko do Owena. Uklękła przy nim i dla pewności sprawdziła puls. Następnie przyjrzała się mu uważniej i wtedy zobaczyła liczne otwory pokryte zaschniętą krwią w różnych częściach ciała zmarłego.
- Co to jest? - wyszeptała drżącym głosem.
- Ojej! No przecież mówiłem ci, że go przebiłem! Zresztą ich wszystkich.
Dziewczyna rozejrzała się po korytarzu tak jakby dopiero teraz dostrzegła, że w pobliżu są inne zwłoki.
Zakryła usta trzęsącą się dłonią.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Nie mam pojęcia - stwierdził ze śmiechem.
Nagle Nistaranga podniosła się i doskoczywszy do Reima, chwyciła go za koszulę.
- Czy zdajesz sobie sprawę co narobiłeś, Reim? - spytała, wpatrując się mu prosto w oczy.
Okularnik uniósł lekko brwi do góry.
- Wiesz co? Mam wrażenie, że ty mnie w ogóle nie słuchasz! Mówiłem ci już, że ich ukarałem, bo chcieli mi zrobić krzywdę. A zwłaszcza doktor.
Dziewczyna zbladła.
- O, nie! Ty wcale nie rozumiesz sytuacji w jakiej się znalazłeś! - przysunęła swoją twarz do jego i powiedziała stanowczym tonem. - Reim, ty zamordowałeś ludzi!
- No to co? - parsknął.
- Jak to co? Przecież jak ktoś się o tym dowie, to od razu skontaktuje się z władzami i będą cię ścigać!
Reim machnął tylko na to ręką i oznajmił.
- To nic takiego. Nie ma czym się przejmować.
- Nie, to nie jest "nic takiego"! - chwyciła go za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę Breaka. - Nie możemy tu zostać, trzeba znaleźć jakąś kryjówkę. Nie ma czasu na pozbywanie się zwłok.
- Dlaczego tak bardzo się tym wszystkim przejmujesz? - spytał z nieskrywanym rozbawieniem.
Dziewczyna zatrzymała się na chwilę i znów na niego spojrzała.
- Ponieważ obiecałam doktorowi, że będę twoją opiekunką, a więc muszę się również troszczyć o twoje bezpieczeństwo. Z nim jest tak samo - wskazała wolną ręką na Xerxesa. - Kiedy zostałeś doktor Harrison powiedział, że zostałeś przeniesiony, zalecił mi sprawowanie opieki nad twoim przyjacielem, dlatego pójdzie z nami
Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy i przeszło kilkugodzinnym jeżdżeniu dyliżansem po okolicznych miasteczkach, Nistaranga zdecydowała, że na razie zatrzymają się w domu zajezdnym w niewielkiej mieścinie oddalonej o kilkanaście kilometrów od rezydencji. Właściciele ich tymczasowego mieszkania byli miłą parą w podeszłym wieku, która na starość zdecydowała się udostępnić niektóre ze swoich pokoi przejezdnym za niewielką opłatą.
czwartek, 16 marca 2017
Część 14.
Stworzenie tego "dzieła" zajęło mu dobre kilka godzin oraz większą
część ściany. Ten naścienny obraz przypominał nieco twarz. Mało tego,
ponoć nią faktycznie był. Różnymi, kolorowymi kredkami w pozornie
przypadkowych miejscach narysował szeroko uśmiechnięte usta i oczy o
czarnych siatkówkach, które rozmieszczone były w całkowicie innych
miejscach. W dodatku z środka obrazka wychodziły fioletowe spirale,
które rozchodziły się na prawie całą ścianę. Między nimi znajdowały się
różne przypadkowe znaczki.
Reim uśmiechnął się do pluszaka i zapytał.
- I jak? Co o tym myślisz?
<Wygląda znakomicie~!>
- Cieszę się, że tak sądzisz - zaśmiał się okularnik.
Wtem wyczuł czyjąś obecność w pokoju. Odwrócił się i ujrzał niby-cienie oraz niby-reima stojących w drugiej części pomieszczenia. Wstał i z szerokim uśmiechem podszedł do nich by przytulić cień wyglądający jak on.
- Dzień dobry! Jestem taki szczęśliwy, że przyszedłeś nas odwiedzić! - zawołał uradowany.
Natomiast niby-reim stał tylko wciąż nie racząc się nawet odezwać ale kiedy okularnik zapragnął się już odsunąć, ten objął go rękoma z taką siłą jakby chciał go zmiażdżyć. Pozostałe niby-cienie otoczyły ich szczelnie.
Harrison Owen rozdrażniony chodził w tę i z powrotem po sali. Zatrzymał się dopiero, gdy do pomieszczenia niepewnie wszedł Tate.
- Mama powiedział, że niebawem przyjdzie - oznajmił.
- "Niebawem"? - powtórzył. -A co to znaczy "niebawem"?! Jest potrzebny teraz!
- W-wiem, doktorze, ale nic nie można na to poradzić. Przecież wie doktor jaki on jest.
- Wiem, i co z tego? Trzeba działać! To już przeklęte półtora roku a on wciąż się tylko powtarza, że "musimy być cierpliwi"! - krzyknął Owen.
- Proszę-
- Przybyłem - przerwał starzec, który właśnie pojawił się w sali. - Pozwólcie mi spojrzeć na naczynie.
Podszedł do nadal leżącego na operacyjnym stole Reima. Był on wciąż podłączony do urządzenia. Dało się również zauważyć, że utracona wcześniej lewa stopa mu odrosła a wszystkie pozostałe rany zagoiły się.
Starzec odwrócił się swoją pomarszczoną twarzą do Owena. Miał on rysy podobne do tych należących do Tate'a i równie długie czarne włosy. Ubrany był w nie tutejszy, jasnobrązowy strój przyozdobiony licznymi kolorowymi piórami. Z szyi zaś zwisał mu stary Łapacz Snów.
- Sądzę, iż należy znów uruchomić maszynę. To powinno przyśpieszyć przebudzenie Wielkiego Irdlirvirissonga.
Owen westchnął.
- Dobrze ale proszę się od niego odsunąć.
Kiedy mama oddalił się, lekarz przekręcił wajchę stojącą obok urządzenia i wtem z sufitu zstąpiła gruba szyba, która oddzieliła ich od nieprzytomnego okularnika. Następnie tak jak poprzednim razem włączył maszynę.
Pod wpływem nagłego przepływu prądu elektrycznego, ciało Reima gwałtownie drgnęło. Cała trójka patrzyła wyczekująco ale nic się nie działo. Lekarz znów westchnął zrezygnowany i wyłączył przyrząd.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał z wyrzutem stary człowiek.
- Nie widzisz, że to nic nie daje? Nie będę tu przecież stał w nieskończoność.
Już miał wyjść, gdy nagle Tate jęknął. Owen spojrzał pytająco w jego stronę. Zauważył, że młodzieniec wciąż wpatruje się w szybę. Również skierował tam wzrok i sapnął ze zdziwienia.
Na stole siedział z sennym spojrzeniem Reim. Rozglądał się na wszystkie strony jakby nie wiedząc gdzie się znajduje.
Harrison złapał podstarzałego indianina za ramię.
- Czy to ON? - spytał poruszony.
- Chyba nie - wyszeptał mama.
- Jak to nie?! Przecież mówiłeś, że umieszczenie tego kamienia w tym czlowieku i ta maszyna go wybudzą!
- Wiem ale - urwał na chwilę po czym oznajmił. - Sprawdzę to.
Starzec na chwiejnych nogach zbliżył się do szklanego muru.
- Witaj. Kim jesteś? - zapytał.
Reim skupił na nim swoje rozbiegane, nieprzytomne spojrzenie.
- Reim, a ty?
Dziad kątem oka zauważył malującą się na jego twarzy dezaprobatę spowodowaną tą niepożądaną odpowiedzią.
- Mnie nazywają Mamą.
- "Mamą"? - zaśmiał się cicho. - Co za beznadziejne imię.
- Powiedz mi, Reimie - zmienił temat. - co ostatnio robiłeś?
Okularnik uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Bawiłem się! - zawołał.
- A z kim? - zapytał zdziwiony.
- Z Panem Królikiem i niby-cieniami.
- Dobrze... Kim są te "niby-cienie"?
Reim podniósł ręce starając się zwizualizować ich wygląd.
- To takie olbrzyyyymie cienie. Mają wielkie białe oczy i szponiaste dłonie!
Mama odwrócił się do Owena.
- Co robimy? - zapytał tamten.
Indianin już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy nagle Reim zawołał.
- No właśnie! Gdzie jest Pan Królik?
Wstał ze stołu, zerwał z siebie wszystkie połączenia z maszyną i podszedł do szyby.
- To mój przyjaciel! Chciałbym, żebyśmy byli już zawsze razem ale jak mam to spełnić, jeśli go nie ma?
Owen coraz bardziej sfrustrowany nieudanym planem odpowiedział.
- Nigdzie go nie ma, bo on nie istnieje.
Wtem oczy Reima wydawały się powiększyć i nienaturalnie pociemnieć. Zwinął on ręce w pięści i tupiąc jak rozzłoszczone dziecko, wrzasnął.
- KŁAMIESZ! GDZIE ON JEST?!
Na ten nagły wybuch Mama odruchowo odskoczył do tyłu.
Reim uderzył pięścią w szybę.
- Wypuśćcie mnie! Muszę go poszukać!
Gdy Owen odmówił, odsunął się nieco od prowizorycznej ściany i spuścił lekko głowę. Zza jego pleców nagle zaczęło w zastraszającym tempie wyrastać coś na wzór czarnych macek. Zebrani z przerażeniem patrzyli jak z łatwością rozbijają one szybę a Reim wychodzi na zewnątrz. Jak gdyby nigdy nic przeszedł bosymi stopami po odłamkach szkła i minął ich. Rozejrzał się po korytarzu i stwierdził.
- W pokoju!
Nastepnie pobiegł do swojej sypialni. Wkroczywszy do środka, podszedł prosto do krzesła stojącego przy łóżku. Siedział na nim w stanie niezmienionym Pan Królik.
- Dzień dobry - powiedział, biorąc maskotkę na ręce.
<No heej~! Nareszcie po mnie przyszedłeś~>
- Chodźmy poszukać Xerx'a! Może pobawiłby się z nami? - zaproponował.
<W porząsiu~>
Wyszli z pokoju i ruszyli na poszukiwania Breaka. Reim zdążył już z powrotem schować te "ręce" dzięki czemu przestał tak strasznie wyglądać. Przeszukiwali wszystkie pomieszczenia, szukając go ale nigdzie go nie było. Nigdzie nikogo nie było aż do momentu, kiedy wychodząc z kolejnej sypialni pojawili się: Mama, Owen oraz kilku obcych Reimowi mężczyzn również o ciemnej karnacji.
Reim uśmiechnął się do pluszaka i zapytał.
- I jak? Co o tym myślisz?
<Wygląda znakomicie~!>
- Cieszę się, że tak sądzisz - zaśmiał się okularnik.
Wtem wyczuł czyjąś obecność w pokoju. Odwrócił się i ujrzał niby-cienie oraz niby-reima stojących w drugiej części pomieszczenia. Wstał i z szerokim uśmiechem podszedł do nich by przytulić cień wyglądający jak on.
- Dzień dobry! Jestem taki szczęśliwy, że przyszedłeś nas odwiedzić! - zawołał uradowany.
Natomiast niby-reim stał tylko wciąż nie racząc się nawet odezwać ale kiedy okularnik zapragnął się już odsunąć, ten objął go rękoma z taką siłą jakby chciał go zmiażdżyć. Pozostałe niby-cienie otoczyły ich szczelnie.
Harrison Owen rozdrażniony chodził w tę i z powrotem po sali. Zatrzymał się dopiero, gdy do pomieszczenia niepewnie wszedł Tate.
- Mama powiedział, że niebawem przyjdzie - oznajmił.
- "Niebawem"? - powtórzył. -A co to znaczy "niebawem"?! Jest potrzebny teraz!
- W-wiem, doktorze, ale nic nie można na to poradzić. Przecież wie doktor jaki on jest.
- Wiem, i co z tego? Trzeba działać! To już przeklęte półtora roku a on wciąż się tylko powtarza, że "musimy być cierpliwi"! - krzyknął Owen.
- Proszę-
- Przybyłem - przerwał starzec, który właśnie pojawił się w sali. - Pozwólcie mi spojrzeć na naczynie.
Podszedł do nadal leżącego na operacyjnym stole Reima. Był on wciąż podłączony do urządzenia. Dało się również zauważyć, że utracona wcześniej lewa stopa mu odrosła a wszystkie pozostałe rany zagoiły się.
Starzec odwrócił się swoją pomarszczoną twarzą do Owena. Miał on rysy podobne do tych należących do Tate'a i równie długie czarne włosy. Ubrany był w nie tutejszy, jasnobrązowy strój przyozdobiony licznymi kolorowymi piórami. Z szyi zaś zwisał mu stary Łapacz Snów.
- Sądzę, iż należy znów uruchomić maszynę. To powinno przyśpieszyć przebudzenie Wielkiego Irdlirvirissonga.
Owen westchnął.
- Dobrze ale proszę się od niego odsunąć.
Kiedy mama oddalił się, lekarz przekręcił wajchę stojącą obok urządzenia i wtem z sufitu zstąpiła gruba szyba, która oddzieliła ich od nieprzytomnego okularnika. Następnie tak jak poprzednim razem włączył maszynę.
Pod wpływem nagłego przepływu prądu elektrycznego, ciało Reima gwałtownie drgnęło. Cała trójka patrzyła wyczekująco ale nic się nie działo. Lekarz znów westchnął zrezygnowany i wyłączył przyrząd.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał z wyrzutem stary człowiek.
- Nie widzisz, że to nic nie daje? Nie będę tu przecież stał w nieskończoność.
Już miał wyjść, gdy nagle Tate jęknął. Owen spojrzał pytająco w jego stronę. Zauważył, że młodzieniec wciąż wpatruje się w szybę. Również skierował tam wzrok i sapnął ze zdziwienia.
Na stole siedział z sennym spojrzeniem Reim. Rozglądał się na wszystkie strony jakby nie wiedząc gdzie się znajduje.
Harrison złapał podstarzałego indianina za ramię.
- Czy to ON? - spytał poruszony.
- Chyba nie - wyszeptał mama.
- Jak to nie?! Przecież mówiłeś, że umieszczenie tego kamienia w tym czlowieku i ta maszyna go wybudzą!
- Wiem ale - urwał na chwilę po czym oznajmił. - Sprawdzę to.
Starzec na chwiejnych nogach zbliżył się do szklanego muru.
- Witaj. Kim jesteś? - zapytał.
Reim skupił na nim swoje rozbiegane, nieprzytomne spojrzenie.
- Reim, a ty?
Dziad kątem oka zauważył malującą się na jego twarzy dezaprobatę spowodowaną tą niepożądaną odpowiedzią.
- Mnie nazywają Mamą.
- "Mamą"? - zaśmiał się cicho. - Co za beznadziejne imię.
- Powiedz mi, Reimie - zmienił temat. - co ostatnio robiłeś?
Okularnik uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Bawiłem się! - zawołał.
- A z kim? - zapytał zdziwiony.
- Z Panem Królikiem i niby-cieniami.
- Dobrze... Kim są te "niby-cienie"?
Reim podniósł ręce starając się zwizualizować ich wygląd.
- To takie olbrzyyyymie cienie. Mają wielkie białe oczy i szponiaste dłonie!
Mama odwrócił się do Owena.
- Co robimy? - zapytał tamten.
Indianin już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy nagle Reim zawołał.
- No właśnie! Gdzie jest Pan Królik?
Wstał ze stołu, zerwał z siebie wszystkie połączenia z maszyną i podszedł do szyby.
- To mój przyjaciel! Chciałbym, żebyśmy byli już zawsze razem ale jak mam to spełnić, jeśli go nie ma?
Owen coraz bardziej sfrustrowany nieudanym planem odpowiedział.
- Nigdzie go nie ma, bo on nie istnieje.
Wtem oczy Reima wydawały się powiększyć i nienaturalnie pociemnieć. Zwinął on ręce w pięści i tupiąc jak rozzłoszczone dziecko, wrzasnął.
- KŁAMIESZ! GDZIE ON JEST?!
Na ten nagły wybuch Mama odruchowo odskoczył do tyłu.
Reim uderzył pięścią w szybę.
- Wypuśćcie mnie! Muszę go poszukać!
Gdy Owen odmówił, odsunął się nieco od prowizorycznej ściany i spuścił lekko głowę. Zza jego pleców nagle zaczęło w zastraszającym tempie wyrastać coś na wzór czarnych macek. Zebrani z przerażeniem patrzyli jak z łatwością rozbijają one szybę a Reim wychodzi na zewnątrz. Jak gdyby nigdy nic przeszedł bosymi stopami po odłamkach szkła i minął ich. Rozejrzał się po korytarzu i stwierdził.
- W pokoju!
Nastepnie pobiegł do swojej sypialni. Wkroczywszy do środka, podszedł prosto do krzesła stojącego przy łóżku. Siedział na nim w stanie niezmienionym Pan Królik.
- Dzień dobry - powiedział, biorąc maskotkę na ręce.
<No heej~! Nareszcie po mnie przyszedłeś~>
- Chodźmy poszukać Xerx'a! Może pobawiłby się z nami? - zaproponował.
<W porząsiu~>
Wyszli z pokoju i ruszyli na poszukiwania Breaka. Reim zdążył już z powrotem schować te "ręce" dzięki czemu przestał tak strasznie wyglądać. Przeszukiwali wszystkie pomieszczenia, szukając go ale nigdzie go nie było. Nigdzie nikogo nie było aż do momentu, kiedy wychodząc z kolejnej sypialni pojawili się: Mama, Owen oraz kilku obcych Reimowi mężczyzn również o ciemnej karnacji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)