- Co się dzieje?! - zawołała Nistaranga.
Mężczyzna nic nie odpowiedział. Zamiast tego przycisnął dłonie do uszu i osunął się na kolana, poruszając bezgłośnie wargami.
- Dlaczego tak się zachowujesz, Reim? - powiedział głos. - Przecież
powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, że to nieuniknione. Po co więc
się męczyć?
Ciało Reima drgnęło pod wpływem spazmu bólu, a z jego
ust wydobył się zbolały jęk. Nagle ciemne oczy Nistarangi błysnęły w
podekscytowaniu. Zbliżyła się do klęczącego mężczyzny i ukucnęła przy
nim.
- Czy to On? - szepnęła drżącym głosem.
- Już zawsze będziemy razem - stwierdził głos. - To niemożliwe, by można było nas rozdzielić.
Reim skupił rozbiegane oczy na Nistarandze. Kiedy zobaczył z jaką wręcz
obrzydliwą fascynacją mu się przypatruje, poczuł dodatkowy ucisk w
gardle i nagle go oświeciło.
- Stopa - wyszeptał.
Dziewczyna spojrzała nań z nieskrywanym zdziwieniem.
- Co? Jaka stopa?
Wstał z trudem i starając się ignorować swój własny głos rozbrzmiewający w jego głowie, przysunął się do drzwi.
- Co robisz, Reim? - spytała sama się podnosząc.
- Stopa - powtórzył. - Kiedy wróciłem, nie zauważyłaś, że miałem stopę. Że stałem.
W końcu wszystko zaczęło mu się układać w głowie, a to co mówił mu
Break zaczęło nabierać sensu. Zerknął kontem oka na przyjaciela. Xerxes
leżał przytomny lecz bezwładny na pościeli. Już nie patrzył na Reima,
tylko na sufit.
- Później zaczęli faszerować mnie jakimiś lekami.
Reim wciągnął głęboko powietrze i chwycił za klamkę. Wtem w pomieszczeniu rozległ się szczęk odbezpieczanej broni.
- Ani mi się waż ruszać - wysyczała dziewczyna mierząc w niego
pistoletem, który wyglądał jak lekko przerobiona wersja peace maker'a.
Ten konkretny miał nieco szerszą zakończoną czymś w rodzaju małych igieł
lufę.
- Nie zepsujesz tego swoją głupotą, Reim - powiedziała i wskazała wolną ręką łóżko Breaka. - Siadaj.
Poruszając się na chwiejnych nogach, podszedł do swojego przyjaciela i usiadł koło niego, na brzegu pościeli.
Nie spuszczając z nich oczu zawołała:
- Labh, możesz już wejść!
Drzwi otworzyły się szeroko, a przez nie wkroczył wysoki, lekko
przygarbiony mężczyzna o surowych, ciemnych rysach. W rękach trzymał
karabin.
- No i co z Nim? - zapytał.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że wciąż jest w środku.
- No to trzeba Go wyciągnąć na światło
dzienne - stwierdził i zbliżył się do Reima. Chwycił go lewą dłonią za
koszulę piżamy i warknął:
- Słyszałeś, masz sprawić, żeby wyszedł.
Reim wybałuszył oczy.
- Co?
Nagle poczuł silny ból po prawej stronie głowy. Świat przez chwilę
zawirował, a kiedy wrócił do normy, Reim spostrzegł, że wylądował na
podłodze. Wciąż trzymając w górze rękę z pistoletem, Labh kopnął go w
brzuch.
- No dalej, na co czekasz?
Mężczyzna zwinął się w kłębek. Nistaranga podeszła do niego i powiedziała ozięble:
- Czekamy, Reim. Nie popsujesz naszego planu swoją głupotą. Jeśli
dobrowolnie nie pozwolisz Irdlirvirissongowi przejąć tego ciała, zmusimy
cię do tego. - Uśmiechnęła się drwiąco i dodała. - Po co
więc się męczyć?
Reim drgnął gwałtownie słysząc to
samo pytanie, które raptem kilka minut wcześniej powiedział drugi on.
Zaczynał się podnosić, kiedy kolejny cios odrzucił go na ścianę.
Stęknął.
W pomieszczeniu rozległ się szczęk odbezpieczanej broni.
Reim napotkał wzrokiem czarną niczym otchłań lufę pistoletu Nistrangi.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i wykonując nieznaczny ruch nadgarstka
strzeliła. Reim krzyknął, czując jak kula przebija mu udo. Materiał
spodni momentalnie zaczął zmieniać swoją barwę na kolor szkarłatu.
Tymczasem Break zadrżał słysząc huk wystrzału, lecz nie oderwał wzroku
od sufitu.
Nie dając mu nawet chwili na odetchnięcie Labh chwycił
go za przód koszuli i podnosząc do góry, znów uderzył go z całej siły w
głowę. Reimowi aż zadzwoniło w uszach.
- Dlaczego pozwalasz się tak traktować? - ożywił się głos drugiego Reima.
Kolejne uderzenie, tym razem w postrzeloną nogę.
- Nie chciałbyś im oddać? Ukarać ich?
Drugi strzał zostawił po sobie otwór w lewej dłoni.
- Przecież to wszystko ich wina. Powinieneś się zemścić.
Reim poczuł, że zaraz zemdleje z bólu. Powoli przestawał kontaktować z
otoczeniem, kiedy na jego ramionach zacisnęły się lodowate dłonie.
Zupełnie takie jak te, którymi dotknął go drugi on. Dla odmiany zamiast
wewnątrz głowy, jego własny głos odezwał się cicho zaraz przy jego uchu:
- Już czas.
Reim krzyknął cicho. Poczuł tępy ból, który
przemknął przez całe jego ciało. Kątem oka dostrzegł pochylającego się
nad nim drugiego siebie. Usiłował go odepchnąć, ale jego ręka przeszła
przez ciało agresora, zupełnie jakby ten był jakąś zjawą.
Nistaranga spojrzała na Labha.
- Co się z nim dzieje? Czy to On wychodzi?
Mężczyzna wzruszył tylko ramionami nie odrywając wzroku od Reima, który rzucał się po podłodze.
- Przestań! - zawołał.
- Spokojnie, zaraz poczujesz się lepiej - zapewniła postać.
Wtem pociemniało mu w oczach, tak jak gdyby ktoś nagle zgasił świece w
ciemnym pokoju. Wszystkie dźwięki wydawały się z wolna cichnąć, a całe
jego ciało stało się dziwnie ociężałe. Z mroku wyłoniło się coś. Miało
około 3 metrów i wyglądem przypominało Niby-cienie, które wcześniej
nawiedzały Reima. Jednak była jedna różnica. Istota która stała nad nim
miała nieproporcjonalnie długie kozie rogi.
- Już najwyższy czas - odezwała się głosem Reima.
Zbliżyła się do niego. Mężczyzna nie był w stanie się poruszyć. Stał
jak zaklęty w całkowitym bezruchu z przerażeniem wymalowanym na twarzy.
Gdy stworzenie dotknęło jego ramienia, dookoła rozbłysło oślepiające światło.
Reim powoli odzyskiwał przytomność. Jedną z pierwszych rzeczy, które
poczuł były mocno oplatające jego ciało więzy. Uniósł z wolna głowę. Był
w tym samym pokoju co wcześniej, z tym że nie leżał już na podłodze, a
przywiązany był do krzesła. Nigdzie nie było Breaka. W jego polu
widzenia pojawiła się Nistaranga.
- Irdlirvirissongu, czy to ty? - spytała niepewnie, prawie nieśmiało.
Wygląda dziwnie, przemknęło mu przez myśl.
Kiedy na nią patrzył, zamiast kruczoczarnej, młodej pokojówki widział
stojące przed nim rozkładające się ciało. Ziejąca dziura w prawym
policzku, przez którą dało się zobaczyć poruszający się, czarny język i
resztki zębów, zapadnięte lewe oko, z którego spływało kilka imitujących
łzy strużek krwi, brak nosa – to wszystko składało się na twarz
Nistarangi. Reszta nie wyglądała wcale lepiej. Reim nie zdawał sobie
sprawy z tego, że tylko on ją tak widzi. Że jego oczy zmieniły się. Ich źrenice były jedynie
długimi na cały przód gałki ocznej pionowymi, czarnymi kreskami. Mrugnął
kilka razy i szarpnął rękami. Skuwający go łańcuch pękł z taką
łatwością jakby był zrobiony z papieru. Wstał.
Nie wiedząc czemu,
nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. W głowie natomiast rozchodziła
się tylko jedna ale bardzo silna myśl - sprawić by oni wszyscy
cierpieli. Przecież to oni zrobili mi to
coś, pomyślał.To oni zrobili krzywdę
Xerxowi.
Dziewczyna zrobiła krok w tył i zawołała przez ramie:
- Labh, chodź tu!
Labh takim samym krokiem jak ostatnim razem wkroczył do pokoju. Dla
Reima wyglądał prawie tak samo szpetnie jak była pokojówka. Zerknął na
niego i uniósł brew.
- Co z jego oczami i czemu go rozkułaś?
- Nie mam pojęcia. I to nie byłam ja. On po prostu wstał jak gdyby nigdy nic.
Reim wyobraził sobie jak słodko byłoby słyszeć ich pełne bólu wrzaski w
trakcie wyrywania im kończyn. Jak cudownie wyglądały by ich
przepełnione cierpieniem twarze, gdyby kroił ich żywcem kawałek po
kawałku.
W pomieszczeniu rozległ się krzyk. Reim zamrugał i
zauważył, że stał na przeciwko Nistarangi. Trzymał jej ramię tak mocno,
że przebił palcami skórę oraz złamał kość. Po uszkodzonej ręce spływała
czarna krew.
Jak to w ogóle możliwe?
Dziewczyna próbowała bezskutecznie wyszarpać rękę z żelaznego uścisku.
Na ratunek przybył jej Labh, który doskoczył do nich z zamiarem
odepchnięcia napastnika. Reim pomyślał, że chciałby, żeby ten śniady
mężczyzna nie podchodził do nich. I wtem nim zdążył dotknąć Reima, Labh
niczym szmaciana lalka przeleciał przez cały pokój, robiąc swoim ciałem
dziurę w ścianie.
Nie wiedząc czemu ten widok rozbawił okularnika.
To wszystko wydawało mu się takie nierzeczywiste. Zupełnie jakby dalej
spał. Już nie czuł strachu i niepewności. Było mu przyjemnie.
Uśmiechnął się szeroko słysząc kolejny
zduszony krzyk, kiedy to wbił wolną rękę w żołądek dziewczyny. Czuł jak
jej ciepłe, wilgotne wnętrzności. Ciekawe jak
smakują, pomyślał i nieświadomie przesunął językiem po
wargach.
- Proszę... Nie - wyjąkała przeciągle Nistaranga. Po jej
policzkach zaczęły gęsto płynąć łzy. - Panie, dlaczego? - Widać było
wyraźnie, że mówienie sprawia jej niebywałą trudność. Z ust pociekła
stróżka krwi. - Przecież uratowaliśmy Cię. Pomogliśmy Ci powstać na
nowo, daliśmy to ciało...
Z pomiędzy gruzów wydobyło się głośne stęknięcie. To Labh usiłował wydostać się spod ciężkich kawałków ściany.
- Nistaranga! Nie! - krzyknął wyciągając w jej kierunku zakrwawioną
rękę, tak jakby chciał ją całą nią chwycić i zabrać z daleka od tego
Reima. - Siostrzyczko! Uciekaj od niego!
Ale ona wciąż mówiła coraz cichszym głosem zupełnie jak gdyby go nie słyszała:
- Mieliśmy przywrócić dobre czasy, czasy naszego panowania, które
zabrali nam biali ludzie. - Zamknęła na chwile oczy. Kiedy je otworzyła,
były puste jak u trupa. - Czemu nas odrzuciłeś, Irdlirvirissongu?
Zamilkła. Jej ciało w ślimaczym tempie zaczęło bezwładnie opadać na
wciąż tkwiącą w nią rękę Reima. Labh zastygł w całkowitym bezruchu,
leżąc na podłodze. Jego twarz mimo ciemnej karnacji była niezwykle
blada.
Reim odepchnął od siebie martwą dziewczynę, która z łomotem
uderzyła o podłogę i podszedł do mężczyzny. Patrząc na niego z góry
zauważył, że jego nogi zostały niemal doszczętnie zmiażdżone przez spore
odłamki ściany.
Zabawa, rozbrzmiało w głowie Reima.
Podniósł
jedną ze stóp i wkładając w to całą siłę nadepnął na lewe ramię Labha.
Ciszę w pomieszczeniu przerwał trzask łamanej kości i pełen bólu wrzask.