Tak jak ostatnim razem gdy się wyłączył, siedział przy okrągłym
stoliczku w ogrodzie Rainsworth. Tylko, że tym razem było nieco inaczej.
Był tam kompletnie sam. Na stoliku przed nim stała filiżanka herbaty i
talerzyk z kawałkiem smacznie wyglądającego ciasta. Rozejrzał się
zdezorientowany wszechobecną ciszą. Nie było słychać ani śpiewu ptaków
ani nawet powietrza, które z lekka powiewało w to upalne popołudnie.
W oddali zamajaczył mu dwór Rainsworth. Był to okazały zdobiony budynek
z białego marmuru. Reimowi przypomniały się czasy dzieciństwa, kiedy to
razem z Sharon biegali po długich, krętych korytarzach w tę i z
powrotem.
Spojrzał w drugą stronę spodziewając się zobaczyć
olbrzymią bramę wejściową ale nie było jej tam. A przynajmniej jej nie
widział, bowiem cały tamtejszy obszar okrywała, niczym koc gęsta mgła.
Wstał postanowiwszy poszukać kogoś w rezydencji.
Po około piętnastu minutach spaceru zatrzymał się zmęczony. Posiadłość
wydawała mu się być równie daleko jak przedtem. Kiedy się obejrzał,
okazało się, że tak naprawdę nie ruszył się o więcej niż dwa metry od
stolika. Osłupiały usiadł z powrotem na krześle, by dać odpocząć nogą.
Dopiero teraz dostrzegł, że w filiżance znajduje się jakiś biały płyn
zamiast herbaty. Z lekkim wahaniem uniósł ją i spróbował zawartości. Po
raz kolejny zaskoczony doszedł do wniosku, że to po prostu mleko. Wypił
jednym haustem całą zawartość naczynia i gdy chciał dolać jeszcze trochę
z imbryka stojącego nieopodal, usłyszał z oddali cichy śpiew.
Odwrócił się w kierunku, z którego wydawało mu się, że wydobywa się głos.
I wtem wszystko stało się kompletnie czarne.
Znów czuł palący ból w całym ciele. Przekręcił powoli głowę w prawo i
jego oczom ukazały się niewyraźne z powodu braku okularów oraz
wszechogarniającego mroku drzwi. Momentalnie zrozumiał, że ponownie
znajduje się w tej celi. Pomimo płonącego bólu, jego poranionym ciałem
zaczęły wstrząsać dreszcze. Z wysiłkiem przekręcił się na jeden z boków.
Pożałował tej decyzji, ponieważ ramię, na którym się położył było
miejscami pozbawione mięsa przez co perłowa kość połyskiwała na tle
krwistej czerwieni.
Zamiast próbować przekręcić się na drugą stronę, Reim ignorując rękę zwinął się powoli w ciasny kłębek.
Wciąż dyszał z cierpienia, gdy drzwi po raz kolejny otworzyły się na
oścież ukazując postać niewielkiej dziewczynki wraz z jej psem.
Reim obudził się gwałtownie z czegoś co mogło być koszmarem. Nie był
pewien dlaczego tak nagle się wybudził. Nie pamiętał, żeby mu się coś
śniło ale w końcu ponoć nie zawsze pamięta się swoje sny, prawda?
Rozejrzał się po pokoju i ze zdziwieniem stwierdził, że nie wie gdzie
się znajduje. Pomieszczenie o pomarańczowych ścianach wyglądało na
sypialnię. Aby móc się lepiej mu przyjrzeć, ze stęknięciem uniósł się na
trzęsących rękach do pozycji siedzącej i wyciągnął jedną z nich w
stronę czegoś co wydawało mu się być stolikiem nocnym. Od razu wyczuł
swoje okulary. Chwycił je i sprawnie założył.
Tak jak mu się
wydawało była to niewielka sypialnia o dość spartańskim wystroju. Całe
umeblowanie składało się na łóżko, na którym siedział, dębową szafę
zajmującą przeciwległą ścianę oraz niewielką szafkę, z której zabrał
okulary. Jego wzrok przykuł wózek inwalidzki stojący blisko niego.
Ciekawe po co to tutaj jest, pomyślał.
Wiszące wysoko nad niebem za oknem słońce wskazywało na to, że zbliża się południe.
Reim postanowił spróbować wstać i rozejrzeć się nieco po tym miejscu.
Kiedy z trudem przekręcił się i zrzucił nogi na podłogę, jego oczy
rozszerzyły się szeroko.
Dolne kończyny tak samo jak zresztą górne
pokryte były ciasno bandażami, ale tym co wprawiło go w przerażenie nie
były śnieżnobiałe opatrunki a lewa stopa.
A raczej jej brak.
Po
kilku sekundach odrętwienia krzyknął cicho. Nie odrywając wzroku od
przestrzeni, którą powinna zajmować stopa, gwałtownie wyciągnął jedna
rękę przed siebie jakby chciał chwycić nieistniejącą część ciała i
upewnić się, że to tylko umysł płata mu figle. Jednakże jego osłabione
ciało natychmiastowo poleciało na twardą podłogę wyłożoną jasnobrązowymi
deskami.
Po raz kolejny krzyknął, tylko że tym razem z bólu lądując
na lewym boku. Usiłował podźwignąć się do góry przy pomocy ręki, która
nie ucierpiała na skutek lądowania, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem.
W przejściu stanął wyraźnie zaniepokojony mężczyzna o śnieżnobiałych włosach i czerwonym oku.
Reim od razu go rozpoznał.
- Xer...x...? - wysapał.
Tamten rzucił się w jego kierunku i upadł z impetentem na kolana.
Chwycił rannego pomagając mu dostać się do pozycji siedzącej i zawołał.
- Reim?! Ty naprawdę mówisz?!
Okularnik spojrzał na niego dziwnie.
- No tak... Dlaczego zachowujesz się w ten sposób? To zupełnie do ciebie nie podobne.
Xerxes nie zważając na pytanie podźwignął Reima do góry i ledwo położył
z powrotem na łóżko w taki sposób, że jego nogi wciąż zwisały nad
ziemią a tułów leżał na miękkim materacu. Szarpnął do góry śnieżnobiałą
koszulę od piżamy odsłaniając całą stertę bandaży okalających klatkę
piersiową. Reim zauważył, że po lewej stronie przecieka krew. Domyślił
się, że to z powodu jego upadku.
Break odchylił się, żeby sięgnąć do
szafki nocnej. Z jednej z szuflad wyjął zwitek elastycznych bandaży,
który rzucił na pościel obok. Złapał za zużyte opatrunki i zerwał je z
wprawą z ciała Reima. Ten zbladł, gdy zobaczył co się pod nimi znajduje.
Jego tułów zamiast skóry pokryty był czymś co wyglądało jak lepka
szaroróżowa maź, z pod której widoczne były różne mięśnie i ścięgna a
gdzieniegdzie prześwitywały nawet kości. Z pęknięć powstałych na boku
powoli sączyła się gęsta, ciemnoczerwona krew.
Poczuł, że zbiera mu się na wymioty.
- Co... co to... jest? -wydukał zdrętwiałymi ustami.
Xerxes, którego najwyraźniej ten obraz nie odpychał spojrzał mu w oczy z nieskrywanym zdziwieniem.
- Dlaczego pytasz? Przecież wiesz.
Reim wpatrując się w swojego przyjaciela w szoku, pozwolił dać upust
pytaniom, które gnębiły go przez ostatnie dobre kilkanaście minut.
-
Jak to "wiem"? Niby skąd mogę wiedzieć co to za miejsce, czemu tu
jestem, co mi się stało, dlaczego tak się zachowujesz oraz - przerwał na
chwilę po czym dokończył nieco ciszej. - co stało się z moją stopą?
W pokoju zapadła irytująca cisza. Break patrzył z wyrazem kompletnego
nie zrozumienia tak jakby oczekiwał, że Reim wykrzyczy, iż to tylko
żart.
W końcu przerwał ją szept Xerxesa, który mówił najwyraźniej do siebie.
- Jak to możliwe... - nastepnie ciut głośniej zwrócił się bezpośrednio do rannego. - Czy... ty naprawdę nie pamiętasz?
- A co mam pamiętać?
Konsternacja Breaka zdawała się - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze bardziej pogłębić.
- Reim... Czy pamiętasz co wydarzyło się w posiadłości Yura?
Okularnik zamyślił się na chwilę po czym zaczął z wolna.
- Noo... Rozmawialiśmy o panience Sharon i potem sobie poszedłem...
- Ale co stało się p ó ź n i e j ? - nalegał.
Reim zmarszczył brwi.
- Później... później obudziłem się tutaj - powiedział ostrożnie.
Break jeszcze bardziej pochylił się nad swoim rozmówcą i zapytał dla pewności.
- I na pewno nie pamiętasz kompletnie nic co wydarzyło się w międzyczasie, tak?
- Tak - odparł wciąż czując się nieswojo.
Xerxes już nic nie powiedział. Dokończył jedynie zmienianie bandaży,
zabrał zużyte i wyszedł bez słowa zamykając za sobą ostrożnie drzwi.
Reim leżał w całkowitym bezruchu; tak jak go zostawił. Mając cały czas w
swojej świadomości wizerunek tego ohydnego czegoś co nieudolnie
zastępowało mu skórę, bał się, że znowu mu się coś rozerwie albo -
jeszcze gorzej - wypadną mu wnętrzności. Na tą absurdalną ale jednak
dość prawdopodobną w obecnej sytuacji myśl zrobiło mu się jeszcze
bardziej słabo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz