sobota, 3 grudnia 2016

Część 11.

Po incydencie z Breakiem rolę opiekunki Reima przejęła kruczoczarna pokojówka, którą pamiętał z sytuacji w łazience, kiedy to uciekła przed nim z krzykiem. Wbrew temu niezbyt przyjemnemu pierwszemu wrażeniu, okazała się być bardzo miła i pomocna. Reim dowiedział się, że na imię jej Nistaranga.
- To dość... egzotyczne imię - stwierdził pewnego dnia Reim.
Dziewczyna speszona odparła tylko.
- Tak... Mój ojciec nie jest stąd. To on mi je nadał.
Za każdym razem, gdy prosił Owena o możliwość odwiedzenia Xerxesa, ten zawsze odpowiadał mu.
- Break jest bardzo chory i nie należy zakłócać mu spokoju.
Reimowi ta odpowiedź zaczęła się bardzo nie podobać, kiedy serwowano mu ją nawet miesiąc później. Ile można się leczyć po takim epizodzie? Rok?, zastanawiał się zaniepokojony. Dlatego postanowił, że poszuka go i odwiedzi na własną rękę. Mógł poprosić o pomoc Nistarangę ale obawiał się, że ona pomimo swojego niezwykle miłego usposobienia i naturalnej chęci do pomocy, również będzie starała się odwieść go od tego.
Jednej z nocy wymknął się z pokoju tak jak ostatnim razem lecz gdy znalazł się na korytarzu, uświadomił sobie, że przecież nie wie gdzie go zabrano. Cholera, pomyślał ale chwilę później stwierdził, że będzie po prostu szukać na ślepo.
Ruszył powoli w stronę, gdzie jak mu się zdawało znajdowało się skrzydło szpitalne. Dotarłszy tam, zaczął po kolei ostrożnie zaglądać do pokoi. Większość z nich okazała się być pusta. Zrezygnowany chwycił za klamkę ostatniego z pomieszczeń i tak jak w poprzednich przypadkach powoli wsunął głowę do środka.
W sali panował półmrok. W jego ciemności z trudem udało mu się dojrzeć cienką sylwetkę, znajdującą się na szpitalnym łóżku. Reim popchnął drzwi i wjechał do pomieszczenia, zamykając je za sobą starannie. Na chwilę zalała go fala euforii na widok swojego przyjaciela ale minęła ona niemal od razu, gdy dostrzegł trzymające go grube pasy i kroplówkę podłączoną do lewej ręki. Reim wyciągnął przed siebie drżącą rękę i delikatnie szarpnął go za ramię, chcąc go zbudzić. Na ten gest Break poruszył niespokojnie głową i wydał z siebie dziwny bulgot. Kiedy Reim ponowił próbę lecz ciut mocniej, prawa powieka albinosa powoli uniosła się do góry.
Reim odruchowo wzdrygnął się, zobaczywszy jego wzrok. Oko Breaka, dziwnie zamglone, jakby znajdował się pod wpływem jakiś silnych leków, wpatrywało się w pustą przestrzeń sufitu.
- Xerx? - szepnął Reim.
Break na dźwięk Reima wierzgnął gwałtownie na tyle na ile pozwalały mu pasy.
- Xerx, to ja Reim. Poznajesz mnie? - ponowił.
Na krótką chwilę Break oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Reima. Jak w zwolnionym tempie widział jak zaraz jego oko rozszerza się w panice a wargi rozchylają się do krzyku. Chcąc go powstrzymać, Reim szybko wyciągnął ręce i zakrył nimi jego usta i szepnął nieco zbyt ostro.
- Nie! Proszę nie krzycz. Chcę tylko porozmawiać.
Break nie odrywał od niego przerażonego oka, gdy ten powoli zabrał ręce z jego twarzy.
- Xerx, powiedz mi proszę. O czym wtedy krzyczałeś?
- Nie pamiętasz? - zadał kolejne pytanie widząc niepewność na twarzy Breaka.
Nagle z jego rubinowego oka zaczęły toczyć się gęste łzy a wargi zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały.
- Xerx, błagam.
Powoli usta rozchylony się nieznacznie. Break mówił tak cicho, że Reim musiał się cały nad nim pochylić, żeby móc cokolwiek usłyszeć.
- Pamiętam... wszyst... ko.
- Więc powiedz mi, dlaczego j a nic nie pamiętam.
- To przez... przez Nich.
- Nich? - powtórzył Reim.
- Tak. Oni... przyszli i obiecali, że ci pomogą, że wszystko będzie dobrze... Ja nie wiedziałem co robić... Ja-
- Ale dlaczego potrzebowałem pomocy, Xerx? - przerwał mu. - Czy to z powodu tych ran?
- Też...
- A... skąd one się wzięły? - kiedy do głowy powróciły mu tamte przerażające obrazy z małą, błękitnooką dziewczynką, dodał. - Czy to ma coś wspólnego z tym dzieckiem, o którego się wcześniej pytałem?
Na to Break drgnął a jego twarz znów zbladła i to tak mocno, że wyglądało to jakby miał zaraz zwymiotować, ale tym razem odpowiedział.
- T-tak... To ona... ONA DO TEGO DOPROWADZIŁA! - krzyknął nagle.
Reim spanikowany znów zakneblował rękoma usta Breaka i poprosił rozpaczliwie.
- Naprawdę nie krzycz!
Znowu zabrał ręce ale dopiero wtedy, kiedy Break się uspokoił.
- Ta mała, przeklęta wiedźma to wszystko zaczęła - kontynuował płaczliwym głosem. - Ale to Oni zrobili TO.
- "To" to znaczy co? - spytał Reim.
Tym razem Xerxes już nic nie powiedział. Jego oczy na powrót zrobiły się puste i pozbawione wyrazu. Gdy okularnik chciał spróbować raz jeszcze zwrócić swoją uwagę na Breaka, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze, wzdłuż jego kręgosłupa przemknął nagły dreszcz. Odniósł wrażenie, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Odwrócił się i wtedy zobaczył co wywołało u niego to uczucie. W pustym kącie pomieszczenia, na lewo od drzwi stał Niby-Reim. Ten sam, którego spotkał w lesie. Siedział na wózku jak wryty, nie wiedząc co począć. Jego sobowtór powolnym krokiem podszedł do niego i w całkowitym milczeniu wyciągnął prawą rękę ku Reimowi, dotykając opuszkiem palca jego czoła. Ten nagle pod wpływem okropnego bólu spadł z krzykiem na podłogę. Nie potrwał on długo, gdyż zanim do sali zdążył wbiec lekarz, jego świadomość pochłonął mrok.

Reim obudził się w swoim starym łóżku. Nie będąc pewnym jak się tu znalazł, podniósł się powoli i spuścił nogi na ziemię. Wtem zobaczył coś co utwierdziło go w przekonaniu, że to kolejny sen. Jego lewa stopa była na swoim miejscu. Dla pewności uniósł też do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy. Skóra na jego klatce piersiowej była jak najbardziej w porządku.
Podźwignął się powoli z łóżka i otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz. Korytarz był pusty. Ruszył więc na dół. Kierowany nagłym głodem, skręcił w stronę kuchni. W środku również panowała cisza. Przez poranne promienie słoneczne widać było maleńkie drobinki kurzu, tańczące w powietrzu. Reim zbliżył się do jednej z kremowych szafek. Wewnątrz jednak nie było kompletnie nic. To samo znajdowało się w pozostałych szafkach. Z westchnięciem rezygnacji podszedł do okna. Pomimo słońca oświetlającego pomieszczenie, na dworze było ponuro. Olbrzymie krople deszczu spadały na poszarzały krajobraz, mocząc wszystko na swojej drodze. Reim spojrzał w kierunku niewielkiej altanki. Przez chwilę poczuł jak jego serce stanęło. Przy jednej z dwóch białych ławeczek stało kilka Niby-cieni. Patrzyli się wszyscy swoimi śnieżnobiałymi oczyma prosto na niego.
Reim odskoczył jak poparzony i nie wiedząc co robić, pobiegł z powrotem na górę; do sypialni. Susem doskoczył do drzwi i zamknął je za sobie z trzaskiem.
Tam też byli. Czekali na niego. Stali po drugiej stronie pokoju, na przeciwko drzwi; na przeciwko Reima. Chwycił i z całych sił szarpnął za klamkę lecz zamek nie chciał puścić. O mój Boże, pomyślał a następnie zrezygnowany spojrzał na cienie przed nim i zsunął się plecami po drzwiach. Gdy powoli przybliżyły się i pochyliły nad nim, podciągnął kolana pod brodę rękoma i schował głowę nie chcąc na nie patrzeć. Później poczuł jak ich podłużne, czarne ręce dotkają jego głowy. Wrzasnął z powodu gwałtownego napływu fali wspomnień. Przed oczami mignęła mu ta sama dziewczynka co wtedy; Lily, przypomniał sobie. Następne obrazy były już tylko gorsze, gorsze nawet od niby-cieni.

Jego umysł zatonął w zagubionych wspomnieniach, stając się coraz to bardziej ciężkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jakim błogosławieństwem była niepamięć.Widział małą, śmiejącą się radośnie w obliczu tej makabry Lily, widział jej ukochanego pupilka, który czerpał przyjemność z torturowania go, widział pokryte zaschniętą krwią, jego krwią ściany z litego kamienia i w końcu widział siebie: wychudzonego i okaleczonego mężczyznę, topiącego się w krwistej posoce, która wypływała z niego przez liczne rany. W późniejszym czasie była już tylko czerń i ból.

Reim leżał w podartych ubraniach, które miał na sobie na przyjęciu w rezydencji Yury. Przypominał on starą, zużytą lalkę, której nikt już nie potrzebuje. Na to, że jeszcze w ogóle żył wskazywała jedynie słabo unosząca się klatka piersiowa, chcąca dostarczyć choć trochę tlenu do powoli umierających płuc. Niegdyś karmelowe oczy, dziś obłędu i świadomości nieuchronnego końca nie raczyły nawet spojrzeć na przerażoną postać, zbliżającą się ku niemu.
- Reim! - Xerxes wydał z siebie pełny cierpienia i goryczy krzyk, padając na kolana przy swoim najlepszym przyjacielu.
- Reim, tak bardzo mi przykro! Nie chciałem, żeby do tego doszło! - zawodził, szlochając i głaszcząc najdelikatniej jak tylko potrafił głowę Reima, którą wcześniej ułożył sobie na kolanach. - Mówiłem, prosiłem, abyś z nami nie szedł!
Break nie zważając na wszechobecną juchę, przytulił do siebie rozpadające się w oczach ciało i zaczął je kołysać jakby do snu.
Wtem do pomieszczenia weszła niska pokojówka o czarnych włosach i powiedziała cicho z dziwnym akcentem
- Ja wiem jak można uratować pańskiego przyjaciela.
Break spojrzał na nią ostrożnie z mieszającą się na jego zapłakanej twarzy rozpaczą i nadzieją.
- Jak? - spytał.
- Cóż, najpierw musi pan coś dla nas zrobić.


Reim z wyraźnym trudem otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się w jakimś innym pomieszczeniu. Przypominało ono raczej laboratorium aniżeli zwykły pokój. Kiedy chciał się poruszyć, stwierdził, że znów przywiązany jest pasami do łóżka. Historia lubi się powtarzać, pomyślał. I faktycznie coś w tym było. Otóż, miał nieodparte wrażenie, że już niejednokrotnie tu był ale nie mógł się nad tym zastanowić, bo mózg zalany miał wspomnieniami z Lily i Bandersnatchem w rolach głównych. Stwierdził, że w każdym bądź razie najpierw musi się stąd wydostać i dowiedzieć się co wydarzyło się później, co sprawiło, że dalej tu jest i to żywy.
Nie dano mu możliwości nawet spróbowania wymyślenia jakiegoś planu ucieczki. Do pokoju pełnego przeróżnych lekarskich przyrządów wszedł Harrison Owen wraz z dwoma obcymi mężczyznami o dość ciemnej, nietutejszej karnacji, którzy najwyraźniej również byli lekarzami co Reim poznał po kitlach.

2 komentarze:

  1. Fajny rozdział, czytałam go z przyjemnością, liczę że następne będą równie dobre, życzę weny i czekam na rozdział :)

    OdpowiedzUsuń