Cała trójka podeszła do niego. Reim z zaskoczeniem zauważył, że
dwoje z nich zbliżyło się do niego z mieszanką fascynacji i strachu w
oczach.
Doktor Owen pochyliwszy się nad nim, powiedział.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że samopoczucie panu dopisuje.
- Nie powiedziałbym - parsknął Reim.
Owen spojrzał na niego ze sztucznym smutkiem.
- Ach, to okropne. Jednakże nie powinien się pan martwić - i dodał
szeroko się uśmiechając. - Niebawem już nigdy nie będzie się pan źle
czuł.
Reim zmrużył oczy i spytał.
- Co masz na myśli?
- Ależ nic takiego - zaśmiał się.
- Jak to nic?! W takim razie co ja tu robię i co się działo przez ten cały czas?!
- Przecież już wielokrotnie panu mówiono, że miał pan wypadek i-
No właśnie nikt nic nie mówił.
- Jaki wypadek?! - Reim przerwał mu gwałtownie. - Uważasz, że bycie psią zabawką to wypadek?!
Owen spoważniał.
- Ach, więc przypomniał pan sobie - wyciągnął rękę i pogłaskał go po
głowie jak małe zwierzątko. - Ale to i tak nie ma już najmniejszego
znaczenia, ponieważ Mama stwierdził, że to wszystko trwa zdecydowanie za
długo i należy przyśpieszyć przebudzenie.
- Przebudzenie? - powtórzył niepewnie.
- Owszem. Właśnie dlatego się tu znajdujemy.
Podszedł tanecznym krokiem do dużej maszyny przypominającej kształtem
jeden z wielkich dzwonów, które widział, będąc kiedyś ze swoją matką w
kościele. Z pod ów dzwonu wystawało wiele długich kabli i cienkich rurek
zakończonych przyssawkami. Z tyłu natomiast wystawało drewniane koło z
korbką.
Owen chwycił wszystkie porozrzucane rurki oraz kable i z powrotem podszedł do Reima.
- To mój, drogi panie - wskazał wolną ręką na urządzenie. - jest maszyna, która przyspieszy cały proces.
- Jaki proces?
- Przebudzenia, jak mówiłem wcześniej.
Reim wierzgnął bezskutecznie chcąc się uwolnić.
- Jakie przebudzenie? - zapytał.
- Cóż, myślę, że nic się nie stanie, jeśli panu powiem. Zamierzamy obudzić w panu Irdlirvirissonga.
- Irdli... co?
Lekarz zignorował jego pytanie i zamiast tego zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.
- Kangee, Tate, podłączcie go a ja ją uruchomię.
Jeden z ciemnoskórych młodzieńców podszedł do niego i wziął stertę
kabli i gumowych rurek. Rozdzielił je na dwie części i jedną z nich
podał swojemu koledze. Obaj podeszli do Reima i zaczęli mu je w różne
miejsca przyczepiać lub wtykać. Jeden z nich na siłę zapchał mu dwiema
niewielkimi, jasnoróżowymi rurkami dziurki od nosa. Wsadził mu je tak
głęboko, że Reim zdziwił się, iż nie przebiły mu one mózgu. Inne
przewody zostały przy pomocy przyssawek mocno uczepione skóry jego
czoła. Drugi z lekarzy skupił się na przyczepianiu ich na jego klatce
piersiowej i udach. Kiedy skończyli, odsunęli się nieznacznie od stołu i
dumnie lecz wciąż z widocznym lękiem patrzyli na swoją pracę.
Gdy
Owen zobaczył, że już wszystko jest przygotowane, powiedział jeszcze
"dobranoc" i pociągnął za wajchę zakończoną czerwonym uchwytem.
Siedział przy stoliku, na którym stał jedynie pusty talerz. Podniósł
zdezorientowany głowę i rozejrzał się. Kuchnia. Był w kuchni. I to
bardzo znajomej kuchni. Wstał niepewnie i podszedł do okna ukazującego
widok na altankę. Na zewnątrz padał gęsty deszcz przez co krajobraz
wydawał się być pozbawiony życia.
Nagle mrugnął zdziwiony i
odskoczył od szyby prawie się przewracając. Był już tutaj! Przypomniało
mu się wszystko. Wspomnienia z Lily, rozmowa z Xerxesem, dwójka
mężczyzn przyczepiająca mu do ciała różnorakie kable i rurki...
Oczy
rozwarły mu się szeroko. To to miejsce! To, w którym tak często się
pojawiał! Pomyślał o niby-cieniach, które tutaj spotykał i wybiegł w
popłochu na dwór.
Nie zważając na lodowate i ciężkie krople deszczu
biegł cały czas przed siebie, chcąc jakoś stąd uciec. Jednakże okazało
się to niewykonalne. Gdy znalazł się już przy furtce, stwierdził, że
jest odwrotna sytuacja do tej, którą doświadczał tak wiele razy. Nie
mógł przez nią przejść. Niezależnie od tego ile biegł obraz jedynie się
oddalał a on sam wciąż pozostawał w tym samym miejscu.
W końcu zmęczony padł kolanami na zabłoconą ziemię i zapłakał cicho.
Długo. Trwa to już zbyt długo, stwierdził Reim siedząc w kuchni na tym
samym krześle, na którym "zbudził się" jakiś czas temu. Czekał tak w
bezruchu aż się obudzi z tego snu ale nic się nie działo. Normalnie
zawsze po niezbyt długim czasie wracał a tu nic. W dodatku Reim
zauważył, że pomimo upływu wielu godzin, pogoda na zewnątrz wydawała się
w ogóle nie zmieniać. W końcu wstał znudzony i postanowił się rozejrzeć
po posiadłości.
Najpierw postanowił sprawdzić sypialnię, w której
obudził się ostatnim razem ale nic tam nie znalazł. Tak samo w
pozostałych pokojach na piętrze. Ruszył więc niżej ale tam było
identycznie pusto. Została już do sprawdzenia jedynie piwnica. Reim
wziął głęboki wdech patrząc na niknące w mroku schody i powoli, schodek
po schodku zaczął schodzić na dół. Gdyby nie ściana, której się
podpierał, to już kilka razy zdążył by spaść.
Kiedy znalazł się
nareszcie na samym dole, zastygł w bezruchu i wyciągnął z kieszeni
wcześniej znalezione pudełko zapałek. Zapalił jedną ale ta od prawie
razu zgasła parząc go w palce. Zaklął pod nosem na swoją głupotę.
Dlaczego nie zrobił sobie wcześniej jakiejś pochodni czy coś?!
Powoli zaczął sunąć po ziemi woląc nie odrywać od niej stóp, by na coś
nie wejść. Gdy stwierdził, że już wystarczająco oddalił się od wyjścia,
zdecydował zapalić kolejną zapałkę.
Coś zobaczył. Nie był pewien co
dokładnie, ponieważ to zaraz zniknęło wraz z płomieniem kolejnej
zapałki. Zresztą nawet nie chciał się temu przyglądać. Spanikowany na
ślepo uciekł z piwnicy i pobiegł prosto do punktu wyjścia - kuchni.
Usiadł na krześle próbując się uspokoić, kiedy nagle dotarło do niego.
Drzwi! Biegiem, zdyszany wrócił do piwnicy, żeby je zamknąć ale było już
za późno. W progu stał w pełnej krasie niby-cień.
Jeej, kolejny rozdział! Ciekawie, niby-cień znów prześladuje reima, biedaczek, czekam na ciąg dalszy i jestem ciekawa, czy to przebudzenie, ma jakiś związek z dziwnym zachowaniem Breaka. Życzę jeszcze dużo weny, tak żeby na cały rok starczyło :)
OdpowiedzUsuńUm, bardzo dziękuję :x
Usuń