wtorek, 13 czerwca 2017

Część 17

Informacja: Części będzie łącznie 19.

Przysiadł na brzegu materaca. Break wciąż pogrążony w śnie skulił się jeszcze bardziej. Reim szturchnął go palcem w policzek. Gdy nie przyniosło to żadnego rezultatu, powtórzył tylko mocniej. Xerxes w odpowiedzi zmarszczył brwi, a po trzecim dźgnięciu powoli otworzył oczy.
- No to jak? - spytał Reim. - Pobawisz się w końcu ze mną?
Break jęknął cicho. Rozejrzał się po pokoju i zdziwiony wymamrotał coś pod nosem.
- Co takiego? Mów głośniej - zawołał.
- Nie ma jej - powtórzył Break.
Reim stanowczo pokiwał głową.
- Ano, nie ma. Wyszła chwilę temu do miasta.
Nagle Xerxes podniósł się do pozycji siedzącej i chwycił Reima za ramiona.
- Uciekaj stąd! - zawołał płaczliwym głosem.
Reim zaśmiał się głośno.
- Czyli jednak chcesz się pobawić. I to jeszcze w chowanego. W porządku.
- To nie tak!
- Musisz więc zasłonić sobie czymś oczy... - kontynuował niewzruszony mając przed sobą wizję długo wyczekiwanej chwili wspólnej rozrywki.
- Ty nic nie rozumiesz!
- ...i policzyć do, powiedzmy, dwudziestu, a ja się w tym czasie...- Zdesperowany Break potrząsnął nim na tyle mocno, że okulary Reima lekko się przekrzywiły.
- Przestań! - krzyknął.
Reim zamrugał powiekami i zaczął w skupieniu wpatrywać się w Xerxesa, który opuścił na chwilę głowę i powiedział:
- Musisz stąd uciekać zanim ona wróci.
- Czemu? Nistaranga też będzie bawić się w chowanego? - zdziwił się okularnik.
Break zacisnął zęby i mocniej wbił paznokcie w ramiona przyjaciela. Wydawało się, że za chwilę znów zacznie krzyczeć, ale szybko się opanował i rozluźnił mięśnie.
- Ona jest jedną z tych, którzy ci to wszystko zrobili!
- To wszystko? - powtórzył i zaraz dodał: - Wcale, że nie! Ja już pamiętam i wiem, że to wina Lily, a nie Nistarangi! - Wytknął w stronę Breaka nienaturalnie długi język.
Xerxes zmrużył prawe oko.
- Ach, tak? Więc co takiego pamiętasz?
- No, że byłem u Lily - popukał się palcem w policzek - i ona się bawiła...
- Potem, Reim. Chodzi mi o to, co wydarzyło się po tym, gdy udało mi się ciebie stamtąd wyrwać! - Break puścił ramiona przyjaciela i zapytał: - Nie wiesz co się po tym wydarzyło, prawda?
Uśmiech na twarzy Reima został zastąpiony przez lekką dezorientację. Wydawało się, że na chwilę z jego oczu zniknął szaleńczy blask. Kiedy Break zrozumiał, że pojawiła się szansa dotarcia do jego rozsądku, kontynuował:
- Gdy w końcu udało mi się cię znaleźć, ty już... - przerwał na chwilę. Na jego twarzy pojawił się głęboki grymas. - Już prawie byłeś martwy - ciągnął dalej z pasją. - I wtedy ta kruczoczarna wiedźma wyrosła spod ziemi. Zaczęła opowiadać, że zna sposób na uratowanie ciebie. Powiedziała mi, że pochodzi z jakiegoś plemienia Inuitów czy coś takiego i że przygotowują się do swojej odbudowy.
- Ale co to ma wspólnego ze mną? - spytał skonsternowany Reim.
- Właśnie do tego dochodziłem. Mówiła, że dzięki mocy jakiegoś stwora z ich wierzeń mogą pomóc ci wyzdrowieć. Od początku podchodziłem do tego sceptycznie, ale co innego mi pozostało? Ty dosłownie rozpadałeś mi się w rękach!
Jacyś mężczyźni zabrali cię do rezydencji, w której się zresztą obudziłeś. Przyprowadziła tam tego doktorka od siedmiu boleści i swojego kapłana, zwanego Mamą, który przyniósł ze sobą stertę przedmiotów. Jednym z nich było drewniane pudełko, którego nikomu nie pozwalał dotykać. Podejrzewam, że to właśnie w nim było coś co sprawiło, że przeżyłeś.
Kiedy po kilku tygodniach wciąż się nie budziłeś, zacząłem ich naciskać oczekując jakichś wyjaśnień, a wtedy wściekły Owen rzucił się na mnie i krzyczał, że jak nie będę siedział cicho i robił co mi się karze, to inni członkowie ich plemienia skrzywdzą Sharon. Wyobrażasz to sobie? Uprowadzili ją, zamknęli nie wiadomo gdzie, zabrali dla swojego użytku jedną z jej rezydencji, pozbyli się z niej całej służby i jeszcze jakby tego było mało, to w dodatku później zaczęli faszerować mnie jakimiś lekami i-
Urwał słysząc ciche kroki po drugiej stronie drzwi, które zbliżały się w stronę pokoju.

Powoli drzwi otworzyły się i ukazała się w nich Nistaranga. Wydawała się zdziwiona widokiem dwóch mężczyzn.
- To wy jeszcze nie śpicie?
Reim zerknął na Breaka i zauważył grozę zmieszaną ze słabo dostrzegalną nienawiścią malujące się na bladej twarzy. Kiedy żadne z nich się nie odezwało, dziewczyna zrobiła w ich kierunku kilka kroków i w równie powolny sposób cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Zadałam wam pytanie - powiedziała lekko zirytowana moralizatorskim tonem matki, która właśnie nakryła swoje dzieci na łamaniu jednego z jej świętych zakazów. - Jest już bardzo późno. Obydwoje powinniście być w łóżkach.
Reim, który najwyraźniej powrócił do poprzedniego stanu, zachichotał:
- Jeszcze tylko pięć minut, mamusiu!
Twarz Nistarangi nabrała koloru głębokiej purpury.
- To wcale nie jest zabawne - wyjąkała. - Jest już późno, a mamy jutro do zrobienia kilka rzeczy. Powinniście się więc wyspać.
- Kilka rzeczy? Jakich rzeczy? - spytał zaciekawiony.
- Jutro zobaczycie. A teraz, dobranoc. - Ruszyła do torby ze swoimi rzeczami i wraz z piżamą udała się do łazienki. Po kilku minutach wyszła przebrana w śnieżnobiałą koszulę nocną i nie zwracając już żadnej uwagi na pozostałych lokatorów, udała się do swojego łóżka.

Dla Reima następny dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo o 5:45 kiedy to niemal tonąc we własnym pocie zbudził się z koszmaru. Śniły mu się różne sytuacje, które nakładały się na siebie. Wydawało mu się, że przeżywał swego rodzaju deja vu; miał wrażenie jakby te obrazy nie były jedynie wytworami jego mózgu, a rzeczywistymi wspomnieniami. Ale nie mógł sobie przypomnieć, by którakolwiek z tych rzeczy miała miejsce w jego życiu. Spojrzał na pozostałe łóżka. Wciąż spali.
Wstał niepewnie i poszedł do łazienki. Wyraz jego oczu odbitych w wiszącym nad umywalką lustrze wyrażał silne zmęczenie oraz głębokie przygnębienie. Spuścił na chwilę wzrok, aby zmoczyć lepiącą się od potu twarz i nagle drgnął gwałtownie.
Na powrót uniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Gdzie ja...? Na miękkich nogach wrócił do sypialni. Na najbliższym łóżku twardym snem spała jakaś kobieta. Wyglądała znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć kim jest. Na sąsiednim łóżku zobaczył Breaka. Już chciał go zbudzić i zapytać co się dzieje, lecz jego uwagę przykuł przedmiot leżący na ostatnim, wolnym łóżku. Pluszowy zając.
Podszedł do maskotki, chcąc ją podnieść i przyjrzeć jej się bliżej. Zdążył tylko dotknął brązowego materiału, gdy poczuł silny, tępy ból, który niczym prąd przepłynął przez całą jego głowę. Reim odruchowo zacisnął mocno szczękę i zwinął dłonie w pięści. Pociemniało mu przed oczami, a w uszach pojawił się cichy, jednostajny szum.
Zemdlał nim jego ciało z łoskotem zdążyło wylądować na podłodze.

Siedział na wodzie. Nie wiedział jakim cudem ale tak było. Czuł się jakby siedział na łóżku z miękkim materacem. Tyle że zamiast śnieżnobiałej pościeli miał pod sobą uginającą się wodę, która utrzymywała go suchego na swojej powierzchni. Spróbował na próżno przebić tę powłokę palcem.
- Ej, co robisz? - rozległ się zwielokrotniony echem głos z głębi otaczającej Reima zasłony czerni.
Reim rozejrzał się dookoła, ale nie widział nikogo.
- Tak do ciebie mówię - zawołał głos. - A może powinienem powiedzieć "do siebie"?
Nagły snop światła o nieznanym źródle ujawnił właściciela głosu. Był to Reim. Klęczał w podobnej pozycji co on, był ubrany w ten sam strój, wyglądał identycznie co on. Jedynymi rzeczami, które odróżniały go od Reima była pluszowa maskotka na jego kolanach oraz wyraźny obłęd w migdałowych oczach.
- Kim ty jesteś?! Czemu wyglądasz jak ja?! - krzyknął Reim.
- Czy to nie oczywiste? - roześmiał się drugi Reim. - Przecież jestem tobą.
Reim gwałtownie pobladł.
- Co?
Nagle w trakcie jednego mrugnięcia, snop światła zgasł.
- Hej! Co się dzieje?! - wrzasnął w stronę nieprzeniknionej ciemności. Już chciał po omacku spróbować jakoś znaleźć wyjście z tego miejsca, kiedy poczuł dłoń na ramieniu. Była tak lodowata, że mimo ubrania poczuł na skórze jej chłód.
- Reeeim, czemu byśmy się nie połączyli? - szepnął mu do ucha.
Mężczyzna z krzykiem strącił z siebie rękę odwracając się w jej kierunku całym ciałem, ale nikogo nie zobaczył. Począł gorączkowo się rozglądać po miejscu w poszukiwaniu drugiego siebie, lecz bezskutecznie.
Reim wstał szybko i z głośnym pluskiem stóp uderzanych o taflę wody zaczął biec na oślep z zaciśniętymi powiekami i zębami przed siebie. Z mroku wydobył się głośny, ogłuszający śmiech. Reim nie potrafił określić, z której strony on pochodzi. Kiedy nie zaprzestając biegu otworzył oczy, ukazało mu się tysiące twarzy. Jego twarzy. Pozbawione ciał, unosiły się w powietrzu, szczerzyły usta w parodii uśmiechu.
- Hej, Reim. Co jest? - zawołały chórem. - Czemu próbujesz ode mnie uciec?
Wciąż się nie zatrzymując, Reim zatkał uszy dłońmi.
- Nie można uciekać przed samym sobą, Reim!
Przyśpieszył jeszcze bardziej.
- Zatrzymaj się, Reim!
- Przestań! - krzyknął rozpaczliwie.
- Dalej, stańmy się w końcu jednością, tak jak to być powinno, Reeeim! - powiedziały jednocześnie twarze.
- Przestań! - powtórzył głośniej, próbując przebić się przez chór nakładających się na siebie głosów.
- Reim!
Mężczyzna rozwarł szeroko oczy. Pochylała się nad nim Nistaranga. W ogóle jej nie poznając, Reim odepchnął ją od siebie i podniósł się zdyszany. Dziewczyna również wstała z klęczek.
- Już wszystko w porządku. To był tylko zły sen - powiedziała uspokajająco.
Reim powoli rozejrzał się po pokoju. Był w sypialni z trzema jednoosobowymi łóżkami. Na jednym z nich dostrzegł z utkwionym w niego lekko nieprzytomnym wzrokiem Breaka. Już chciał się odezwać, gdy wtem usłyszał wyraźny głos wewnątrz swojej głowy.
- A nie mówiłem, że nie można uciec przed samym sobą?
Reim wrzasnął.

sobota, 20 maja 2017

Część 16.

- I oto jesteśmy - orzekł pan Jefferson, kiedy stanęli pod drzwiami, na których widniała cyfra numer 4 i wręczył Nistarandze klucz.
- Proszę się rozgościć i czuć jak u siebie. Za pół godziny będzie kolacja - dodał.
- Naprawdę jesteśmy wdzięczni za państwa pomoc - powiedziała dziewczyna.
Staruszek zaśmiał się serdecznie.
- Ależ to naprawdę nic. - Zerknął na swój zegarek naręczny. - Nie będę już zajmował wam czasu. Do zobaczenia na dole.

Większość pokoju gościnnego zajmowały trzy stojące w niedużych od siebie przerwach jednoosobowe łóżka oraz sporych rozmiarów, dębowa szafa.
Nistaranga przysiadła na brzegu środkowego łóżka. Siedziała przez chwilę w bezruchu z pochyloną do przodu głową i zamkniętymi oczami, po czym zerknęła w kierunku wciąż stojących przy drzwiach mężczyzn.
- No dalej, usiądźcie - zachęciła ich.
W odpowiedzi pierwszy poruszył się Reim, który wciąż szeroko się uśmiechając podszedł do znajdującego się na przeciwko dziewczyny łóżka i usiadł na nim. Następnie położył sobie pana Królika na kolanach i zapytał się go:
- I jak ci się tu podoba? Przytulnie, prawda?
Siedział przez moment w milczeniu. Po chwili jego uśmiech stał się jeszcze szerszy. Pokiwał głową i rozbawionym tonem stwierdził:
- Tak, masz rację.
Była pokojówka ze zmarszczonymi brwiami obserwowała tę osobliwą scenę, po czym jak gdyby nigdy nic zwróciła się do nadal zlęknionego Breaka:
-A ty nie usiądziesz?
Xerxes drgnął gwałtownie, ale zaraz potulnie usadowił się na ostatnim, znajdującym się za plecami dziewczyny łóżku.
- Pobawmy się, Xerx! - zawołał nagle Reim wpatrując się intensywnie w albinosa.
Odłożył on przytulankę na poduszkę i przysiadł koło Breaka, który z cichym jękiem odsunął się w tył. Na tę reakcję Reim chwycił za rękaw koszuli przyjaciela i począł nalegać:
- No dalej, Xeeerx, nudzę się! Pobaw się w coś ze mną! Przecież tak dawno się nie widzieliśmy!
Break zerknął niepewnie na Nistarangę. Jego oko błyszczało od łez.
- Reim, zostaw go - powiedziała stanowczo.
Jednak ten całkowicie ją zignorował.
- Xerx, no weź, nie bądź taki!
Poirytowana dziewczyna złapała okularnika za wyciągnięte ramię, szarpnęła je na tyle mocno, że puściło ono rękaw i powtórzyła z naciskiem:
- Mówiłam ci, że masz go zostawić w spokoju.
Reim przewrócił oczami, ale nic nie powiedział. Wstał i wrócił na swoje łóżko.
Nistaranga zerknęła kątem oka na wiszący nad drzwiami wejściowymi zegar.
Już czas zejść na dół.

Kuchnia była dość przestronna, choć ogromnych rozmiarów stół ulokowany na środku ewidentnie sprawiał wręcz przeciwne wrażenie. Miała ona kremowe ściany, których sporą część zasłaniały meble składające się głównie na rząd ciemnobrązowych szafek oraz szuflad. Właściciele zajazdu siedzieli obok siebie na wprost drzwi. Kolejno od pani Jefferson siedział młody, wychudzony mężczyzna o sięgających do ramion przetłuszczonych ciemnobrązowych włosach. Miał na sobie pomiętą żółtą koszule oraz jasne, przybrudzone spodnie ze sztruksu. Wyglądał na bezdomnego ćpuna.
Obok niego miejsce zajmowała kobieta w średnim wieku. Ubrana ona była w sukienkę w kolorze krzykliwej żółci z dekoldem tak olbrzymim, że aż sporych rozmiarów piersi prawie z niego wypływały. Reim ucieszony przysiadł na wolnym miejscu koło niej. Kobieta z wyższością zerknęła na przytulankę, którą usadowił na swoich kolanach. Skrzywiła się, ale nic nie powiedziała. Nistaranga w tym czasie spojrzała na zlęknionego Breaka. Wiedząc, że sam prawdopodobnie nigdy nie zdecyduje się zasiąść do stołu, chwyciła go za przegub i pociągnęła do dwóch wolnych miejsc.
- Witamy w naszych skromnych progach - zaczęła pani Jefferson. - Mam nadzieję, że przypasował państwu pokój.
- Tak, oczywiście. Jest naprawdę przytulny - odpowiedziała Nistaranga.
Pani Jefferson spojrzała wyczekująco najpierw na Reima...
- Tak, jest świetny! - zawołał.
...a następnie na Breaka, który w odpowiedzi słabo skinął głową. Na ustach staruszki wykwitł szeroki uśmiech.
- W takim razie proszę się najeść do syta. - Rozłożyła szeroko ręce jakby chciała chwycić w swe ramiona całą zawartość stołu. - Smacznego.

Po kolacji zjedzonej przy akompaniamencie zażartej dyskusji właścicieli zajazdu na temat tego czy 60-letnia pani Williams z sąsiedniego budynku faktycznie zdradza swojego męża z panem Joshem - tutejszym listonoszem, wszyscy rozeszli się do pokoi.
- Zdecydowałam, że pójdę trochę rozejrzeć się po mieście - oznajmiła Nistaranga, wyciągając z szafy swój jasnoszary płaszcz.
- O tej porze? - spytał Reim.
Dziewczyna przytaknęła.
- Sądzę, że to świetna pora. Trzeba rozeznać się po okolicy i zacząć rozglądać za jakimś nowym lokum. Przecież nie możemy tu zbyt długo zostać. To byłoby niebezpieczne. - Podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę. - Poza tym po ciemku będzie mi łatwiej nierzucać się w oczy przechodnią.
- Też mogę iść? - zapytał z wyraźną nadzieją w głosie. - Nudzę się!
Nistaranga popatrzyła na niego przeciągle i powiedzała:
- Nie, w pojedynkę będzie mi zdecydowanie łatwiej. Ty - wskazała palcem wolnej ręki śpiącego już Breaka. - przypilnuj go w tym czasie.
Nie czekając na odpowiedź, wyszła.
Reim spojrzał w dół na wciąż trzymaną w ręku przytulankę i stwierdził wymownie:
- Chce zagarnąć całą zabawę dla siebie. To nie fair.

<Właśnie taka jest dzisiejsza młodzież: samolubna.>

- Nie mów jak ci starzy ludzie. To wcale nie jest zabawne - żachnął się. Zerknął na jedyne zajęte w sypialni łóżko i na jego twarz momentalnie powrócił uśmiech.

sobota, 15 kwietnia 2017

Część 15.

Stary indianin stanął na przedzie i trzymając w rękach dziwny, stary posążek w kształcie ciemnoskórego karła, zawołał.
- Wielki Irdlirvirissongu! Rozkazuję ci wyjść z tego człowieka i poddać się mej woli!
Reim zdezorientowany przechylił głowę na bok. Kiedy zauważył, że Mama powoli zbliża się do niego, uśmiechnął się szeroko a zza jego pleców wrosła tym razem jedna macka, która z niezwykłą prędkością przebiła na wylot klatkę piersiową starca. Po chwili wyszła ona z jego ciała i zniknęła za Reimem tak jak się pojawiła. Ciało powoli osunęło się na ziemię i znieruchomiało w rosnącej kałuży krwi.
Ocknąwszy się z osłupienia, Owen wyciągnął spod kitla pistolet i krzyknął.
- Nie ruszaj się!
Ale Reim nie posłuchał. Jak gdyby nic obrócił się na pięcie i ruszył dalej przed siebie.
Huk wystrzału rozniósł się po korytarzu i w tym samym momencie śnieżnobiała koszula Reima zabarwiła się na czerwono. Wtedy to momentalnie spod włosów okularnika wyrosło kilkanaście ostro zakończonych macek, które równocześnie przebiły lekarza w wielu miejscach. Doktor stęknął cicho dusząc się krwią i w ślad za Mamą padł martwy na podłogę.
Taki sam los spotkał też pozostałych mężczyzn, którzy akurat tam się znajdowali.
Po kilkunastu minutach Reimowi udało się znaleźć Breaka. Leżał on tak jak ostatnim razem przywiązany do łóżka w jednym z pokoi na piętrze. Podszedł i pochylił się nad nim.
- Dzień dobry, Xerx! - zawołał.
Break rozwarł szeroko prawe oko wpatrując się w okularnika jak w ducha.
Jakby nie zauważając tego, Reim stwierdził.
- Najpierw cię rozwiążę a potem pójdziemy się pobawić.
Nie czekając na odpowiedź, zabrał się za supły przy kostkach. Szybko się z nimi uporał. Z taką samą łatwością pozbył się węzłów krępujących nadgarstki. Kiedy Break został uwolniony, odsunął się na drugi koniec łóżka i zwinął w pozycji embrionalnej.
- Coś się stało, Xerx? - zapytał zdziwiony.
Nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, wyciągnął rękę chcąc go dotknąć, ale zatrzymał się w pół ruchu, kiedy usłyszał jak drzwi otwierają się. Do środka wkroczyła Nistaranga z tacą w rękach. Na jego widok w szoku upuściła ją wraz z zawartością w postaci szklanych naczyń, które rozbiły się z trzaskiem o podłogę.
- Reim! Wróciłeś! - wykrzyknęła, przytulając się do niego. - Myślałam, że już cię nigdy więcej nie spotkam!
- Dlaczego? - zdziwił się.
Dziewczyna wypuściła go z objęć i powiedziała ze smutkiem.
- Doktor Owen mówił, że ci się pogorszyło i trzeba cię przenieść. To dlatego myślałam, ze już tu nie wrócisz.
Wtem zobaczyła, że Break został uwolniony z więzów i krzyknęła.
- Ale Reim, dlaczego to zrobiłeś?!
- Masz na myśli, dlaczego rozwiązałem Xerxesa?
- Ależ oczywiście, że tak! A cóż by innego? - odparła.
- Chciałem się z nim trochę pobawić.
Ostre spojrzenie dziewczyny lekko zmiękło.
- Och, Reim, tak nie wolno. Nie widzisz, że on jest chory?
Reim zamrugał kilkakrotnie.
- Chory? Ale na co?
Nistaranga podeszła do drżącego Breaka i pogłasała go po głowie. Albinos mocniej zatrzęsł się pod jej dotykiem, ale nie próbował od niej uciekać. Jedynie niespokojnie im się przyglądał.
- Nie jestem pewna co to jest. Pracuję tutaj jako pokojówka i nie znam się na tych wszystkich chorobach, ale doktor mówił mi, że jest z nim bardzo niedobrze - urwała na chwilę po czym dodała szeptem. - Po tym jak doświadczyłam u niego tego "ataku" paniki, jestem całkowicie pewna, że on naprawdę cierpi.
Spojrzała na Reima załzawionymi oczami i stwierdziła.
- Dlatego chciałabym mu pomóc najlepiej jak tylko potrafię!
- Ach, zabawa na pewno mu pomoże! - zawołał z entuzjazmem.
W głosie Nistarangi rozbrzmiewała nuta powątpienia, gdy przypomniała.
- Mówiłam ci, że to nie jest raczej zbyt dobry pomysł.
- Skąd wiesz, że nie?
Dziewczyna niepewnie zerknęła najpierw na przestraszonego Breaka, a potem na szeroko uśmiechniętego Reima i zasugerowała. - Cóż, wypadałoby się wpierw spytać doktora Owena. Jeśli on nie miałby nic przeciwko, to moglibyśmy zorganizować jakąś...
Nie zdążyła dokończyć, kiedy nagle odezwał się Reim.
- Ale nie możemy się go o to zapytać!
- Jak to nie możemy? Coś mu się stało?!
Reim zachichotał.
- Tak. Doktor chciał mi zrobić krzywdę, więc go ukarałem!
Nistaranga rozwarła szeroko oczy.
- Jak to ukarałeś?
- Tak to - oznajmił radośnie. - Wyglądał jak szaszłyk, gdy go przebiłem!
- Przebiłeś? - powtórzyła powoli i krzyknęła. - Gdzie on jest?!
- Na korytarzu. Chodźmy! Pokażę ci


Kilka minut później znaleźli się na pełnym krwi i zwłok holu. Z powodu licznych nalegań Reima Nistaranga zgodziła się na to, by Break poszedł z nimi. Obecnie stał on na chwiejących się nogach przy ścianie i cały czas przyglądał się okularnikowi.
Pokojówka zobaczywszy to pobojowisko, podbiegła szybko do Owena. Uklękła przy nim i dla pewności sprawdziła puls. Następnie przyjrzała się mu uważniej i wtedy zobaczyła liczne otwory pokryte zaschniętą krwią w różnych częściach ciała zmarłego.
- Co to jest? - wyszeptała drżącym głosem.
- Ojej! No przecież mówiłem ci, że go przebiłem! Zresztą ich wszystkich.
Dziewczyna rozejrzała się po korytarzu tak jakby dopiero teraz dostrzegła, że w pobliżu są inne zwłoki.
Zakryła usta trzęsącą się dłonią.
- Kim są ci wszyscy ludzie?
- Nie mam pojęcia - stwierdził ze śmiechem.
Nagle Nistaranga podniosła się i doskoczywszy do Reima, chwyciła go za koszulę.
- Czy zdajesz sobie sprawę co narobiłeś, Reim? - spytała, wpatrując się mu prosto w oczy.
Okularnik uniósł lekko brwi do góry.
- Wiesz co? Mam wrażenie, że ty mnie w ogóle nie słuchasz! Mówiłem ci już, że ich ukarałem, bo chcieli mi zrobić krzywdę. A zwłaszcza doktor.
Dziewczyna zbladła.
- O, nie! Ty wcale nie rozumiesz sytuacji w jakiej się znalazłeś! - przysunęła swoją twarz do jego i powiedziała stanowczym tonem. - Reim, ty zamordowałeś ludzi!
- No to co? - parsknął.
- Jak to co? Przecież jak ktoś się o tym dowie, to od razu skontaktuje się z władzami i będą cię ścigać!
Reim machnął tylko na to ręką i oznajmił.
- To nic takiego. Nie ma czym się przejmować.
- Nie, to nie jest "nic takiego"! - chwyciła go za rękę i zaczęła ciągnąć w stronę Breaka. - Nie możemy tu zostać, trzeba znaleźć jakąś kryjówkę. Nie ma czasu na pozbywanie się zwłok.
- Dlaczego tak bardzo się tym wszystkim przejmujesz? - spytał z nieskrywanym rozbawieniem.
Dziewczyna zatrzymała się na chwilę i znów na niego spojrzała.
- Ponieważ obiecałam doktorowi, że będę twoją opiekunką, a więc muszę się również troszczyć o twoje bezpieczeństwo. Z nim jest tak samo - wskazała wolną ręką na Xerxesa. - Kiedy zostałeś doktor Harrison powiedział, że zostałeś przeniesiony, zalecił mi sprawowanie opieki nad twoim przyjacielem, dlatego pójdzie z nami


Po spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy i przeszło kilkugodzinnym jeżdżeniu dyliżansem po okolicznych miasteczkach, Nistaranga zdecydowała, że na razie zatrzymają się w domu zajezdnym w niewielkiej mieścinie oddalonej o kilkanaście kilometrów od rezydencji. Właściciele ich tymczasowego mieszkania byli miłą parą w podeszłym wieku, która na starość zdecydowała się udostępnić niektóre ze swoich pokoi przejezdnym za niewielką opłatą.

czwartek, 16 marca 2017

Część 14.

Stworzenie tego "dzieła" zajęło mu dobre kilka godzin oraz większą część ściany. Ten naścienny obraz przypominał nieco twarz. Mało tego, ponoć nią faktycznie był. Różnymi, kolorowymi kredkami w pozornie przypadkowych miejscach narysował szeroko uśmiechnięte usta i oczy o czarnych siatkówkach, które rozmieszczone były w całkowicie innych miejscach. W dodatku z środka obrazka wychodziły fioletowe spirale, które rozchodziły się na prawie całą ścianę. Między nimi znajdowały się różne przypadkowe znaczki.
Reim uśmiechnął się do pluszaka i zapytał.
- I jak? Co o tym myślisz?

<Wygląda znakomicie~!>

- Cieszę się, że tak sądzisz - zaśmiał się okularnik.
Wtem wyczuł czyjąś obecność w pokoju. Odwrócił się i ujrzał niby-cienie oraz niby-reima stojących w drugiej części pomieszczenia. Wstał i z szerokim uśmiechem podszedł do nich by przytulić cień wyglądający jak on.
- Dzień dobry! Jestem taki szczęśliwy, że przyszedłeś nas odwiedzić! - zawołał uradowany.
Natomiast niby-reim stał tylko wciąż nie racząc się nawet odezwać ale kiedy okularnik zapragnął się już odsunąć, ten objął go rękoma z taką siłą jakby chciał go zmiażdżyć. Pozostałe niby-cienie otoczyły ich szczelnie.

Harrison Owen rozdrażniony chodził w tę i z powrotem po sali. Zatrzymał się dopiero, gdy do pomieszczenia niepewnie wszedł Tate.
- Mama powiedział, że niebawem przyjdzie - oznajmił.
- "Niebawem"? - powtórzył. -A co to znaczy "niebawem"?! Jest potrzebny teraz!
- W-wiem, doktorze, ale nic nie można na to poradzić. Przecież wie doktor jaki on jest.
- Wiem, i co z tego? Trzeba działać! To już przeklęte półtora roku a on wciąż się tylko powtarza, że "musimy być cierpliwi"! - krzyknął Owen.
- Proszę-
- Przybyłem - przerwał starzec, który właśnie pojawił się w sali. - Pozwólcie mi spojrzeć na naczynie.
Podszedł do nadal leżącego na operacyjnym stole Reima. Był on wciąż podłączony do urządzenia. Dało się również zauważyć, że utracona wcześniej lewa stopa mu odrosła a wszystkie pozostałe rany zagoiły się.
Starzec odwrócił się swoją pomarszczoną twarzą do Owena. Miał on rysy podobne do tych należących do Tate'a i równie długie czarne włosy. Ubrany był w nie tutejszy, jasnobrązowy strój przyozdobiony licznymi kolorowymi piórami. Z szyi zaś zwisał mu stary Łapacz Snów.
- Sądzę, iż należy znów uruchomić maszynę. To powinno przyśpieszyć przebudzenie Wielkiego Irdlirvirissonga.
Owen westchnął.
- Dobrze ale proszę się od niego odsunąć.
Kiedy mama oddalił się, lekarz przekręcił wajchę stojącą obok urządzenia i wtem z sufitu zstąpiła gruba szyba, która oddzieliła ich od nieprzytomnego okularnika. Następnie tak jak poprzednim razem włączył maszynę.
Pod wpływem nagłego przepływu prądu elektrycznego, ciało Reima gwałtownie drgnęło. Cała trójka patrzyła wyczekująco ale nic się nie działo. Lekarz znów westchnął zrezygnowany i wyłączył przyrząd.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał z wyrzutem stary człowiek.
- Nie widzisz, że to nic nie daje? Nie będę tu przecież stał w nieskończoność.
Już miał wyjść, gdy nagle Tate jęknął. Owen spojrzał pytająco w jego stronę. Zauważył, że młodzieniec wciąż wpatruje się w szybę. Również skierował tam wzrok i sapnął ze zdziwienia.
Na stole siedział z sennym spojrzeniem Reim. Rozglądał się na wszystkie strony jakby nie wiedząc gdzie się znajduje.
Harrison złapał podstarzałego indianina za ramię.
- Czy to ON? - spytał poruszony.
- Chyba nie - wyszeptał mama.
- Jak to nie?! Przecież mówiłeś, że umieszczenie tego kamienia w tym czlowieku i ta maszyna go wybudzą!
- Wiem ale - urwał na chwilę po czym oznajmił. - Sprawdzę to.
Starzec na chwiejnych nogach zbliżył się do szklanego muru.
- Witaj. Kim jesteś? - zapytał.
Reim skupił na nim swoje rozbiegane, nieprzytomne spojrzenie.
- Reim, a ty?
Dziad kątem oka zauważył malującą się na jego twarzy dezaprobatę spowodowaną tą niepożądaną odpowiedzią.
- Mnie nazywają Mamą.
- "Mamą"? - zaśmiał się cicho. - Co za beznadziejne imię.
- Powiedz mi, Reimie - zmienił temat. - co ostatnio robiłeś?
Okularnik uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Bawiłem się! - zawołał.
- A z kim? - zapytał zdziwiony.
- Z Panem Królikiem i niby-cieniami.
- Dobrze... Kim są te "niby-cienie"?
Reim podniósł ręce starając się zwizualizować ich wygląd.
- To takie olbrzyyyymie cienie. Mają wielkie białe oczy i szponiaste dłonie!
Mama odwrócił się do Owena.
- Co robimy? - zapytał tamten.
Indianin już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, kiedy nagle Reim zawołał.
- No właśnie! Gdzie jest Pan Królik?
Wstał ze stołu, zerwał z siebie wszystkie połączenia z maszyną i podszedł do szyby.
- To mój przyjaciel! Chciałbym, żebyśmy byli już zawsze razem ale jak mam to spełnić, jeśli go nie ma?
Owen coraz bardziej sfrustrowany nieudanym planem odpowiedział.
- Nigdzie go nie ma, bo on nie istnieje.
Wtem oczy Reima wydawały się powiększyć i nienaturalnie pociemnieć. Zwinął on ręce w pięści i tupiąc jak rozzłoszczone dziecko, wrzasnął.
- KŁAMIESZ! GDZIE ON JEST?!
Na ten nagły wybuch Mama odruchowo odskoczył do tyłu.
Reim uderzył pięścią w szybę.
- Wypuśćcie mnie! Muszę go poszukać!
Gdy Owen odmówił, odsunął się nieco od prowizorycznej ściany i spuścił lekko głowę. Zza jego pleców nagle zaczęło w zastraszającym tempie wyrastać coś na wzór czarnych macek. Zebrani z przerażeniem patrzyli jak z łatwością rozbijają one szybę a Reim wychodzi na zewnątrz. Jak gdyby nigdy nic przeszedł bosymi stopami po odłamkach szkła i minął ich. Rozejrzał się po korytarzu i stwierdził.
- W pokoju!
Nastepnie pobiegł do swojej sypialni. Wkroczywszy do środka, podszedł prosto do krzesła stojącego przy łóżku. Siedział na nim w stanie niezmienionym Pan Królik.
- Dzień dobry - powiedział, biorąc maskotkę na ręce.

<No heej~! Nareszcie po mnie przyszedłeś~>

- Chodźmy poszukać Xerx'a! Może pobawiłby się z nami? - zaproponował.

<W porząsiu~>

Wyszli z pokoju i ruszyli na poszukiwania Breaka. Reim zdążył już z powrotem schować te "ręce" dzięki czemu przestał tak strasznie wyglądać. Przeszukiwali wszystkie pomieszczenia, szukając go ale nigdzie go nie było. Nigdzie nikogo nie było aż do momentu, kiedy wychodząc z kolejnej sypialni pojawili się: Mama, Owen oraz kilku obcych Reimowi mężczyzn również o ciemnej karnacji.

sobota, 4 lutego 2017

Część 13.

Reim leżał skulony w rogu swojej sypialni. Patrzył zapłakanym wzrokiem na drzwi bojąc się, że niby-cienie wrócą i znowu będą mu robić t e r z e c z y. Nie wiedział ile minęło od momentu, gdy ocknął się w tamtej kuchni. Po prostu całkiem stracił poczucie czasu. Zresztą stwierdził, że i tak mu na nim nie zależy, że już na niczym mu nie zależy. Z początku próbował uciec z tego miejsca albo chociaż z nimi walczyć ale nic to nie dawało. Dalej tkwił w tym piekle, w którym zamknął go Owen.
Powoli podźwignął swoje poturbowane ciało. Nie był jakoś szczególnie poraniony, przynajmniej fizycznie. Jego ciało pokrywały tylko blizny po płytkich, niezbyt długich cięciach oraz siniaki, które akurat zawdzięczał tylko i wyłącznie własnej głupocie. Natomiast z jego psychiką już nie było tak kolorowo. Coraz częściej popadał naprzemiennie w ataki paniki i apatii. Teraz obecna była inercja. Rozejrzał się dla pewności po znajomym pomieszczeniu i zataczając się z wycieńczenia emocjonalnego, ruszył na dół.
W kuchni jak zawsze panowały pustki. Usiadł więc na jedynym w pokoju krześle i spojrzał na pusty talerz. Brzuch zaburczał ale on nawet nie próbował przeszukiwać szafek w poszukiwaniu jakiegokolwiek jedzenia, ponieważ wiedział, że to bezcelowe. Spojrzał na piętrzący się za szybą ogród. Na zewnątrz wciąż padało a niebo w dalszym ciągu pozostawało usłane szarymi, gęstymi chmurami, zza których nie przebijał się nawet pojedyńczy promień słoneczny. Zerknął na samotnie stojącą altankę i postanowił, że się tam przejdzie.
Zanim doszedł pod jej daszek, deszcz zdążył już zaserwować mu dogłębną, darmową kąpiel, co wcale mu nie przeszkadzało. Przysiadł w milczeniu na pomalowanej na biało ławeczce i począł wpatrywać się tępo w równie biały stolik. Nawet nie próbował spojrzeć na właściciela olbrzymiej dłoni, która wylądowała na jego przemoczonych włosach. Nie musiał. Wiedział, że należy do jednego z nich - niby-cieni. Kiedy przed nim oraz obok niego pojawili znikąd się kolejni, tylko zapłakał cichutko pod nosem.

- Bezużyteczny...
Reim odwrócił się szukając wzrokiem tego, który wypowiedział tę obelgę. Jego oczy po chwili padły na zdegustowaną twarz albinosa.
- Naprawdę bezużyteczny śmieć - powtórzył Break.
Reim chciał coś na to odpowiedzieć ale wyprzedził go inny znajomy głos.
- Racja, i jeszcze jaki pewny siebie - zachichotała Sharon.
- No nie? Siedzi tylko w tych papierkach całe dnie i myśli sobie jaki jest wyjątkowy i niezbędny - dodał inny przyjaciel Reima - Gilbert.
- A tak naprawdę jest nikim! - podsumował Oz.
Wszyscy się zaśmiali w głos i zaczęli odchodzić gdzieś w mrok.
Reim usiłował ich dogonić i dowiedzieć się o co chodzi lecz gdy spróbował podnieść nogę, zauważył, że czarne ręce wystające z podłogi trzymają go w żelaznym uścisku. Stracił równowagę i upadł na kolana. Z tyłu dobiegł go kolejny chichot. Odwrócił głowę i zobaczył stojącego nad nim z szerokim uśmiechem Breaka.
- Xerx? Co się dzieje?
- Nie wiesz? - zarechotał albinos. - Już nie jesteś nikomu potrzebny, Reim!
- Hę?! O czym ty mówisz?!
Break zaśmiał się głośno i odparł.
- Mówię, że już nikt cię nie chce. Nawet ona - wskazał palcem w jakimś kierunku.
Reim spojrzał tam i zobaczył znudzoną Lily.
- O taaak. Pan Reim jest nuuudny. Nawet Bandersnatch'owi się znudził.
- No to co powinniśmy z nim zrobić? - spytał Xerxes.
- Jak to co? Zabić! - padła wesoła odpowiedź.
W tym momencie obydwoje rzucili się na okularnika i zaczęli dosłownie wciskać go w podłogę, która nagle zmieniła się w smolistą substancję. Reim szarpał się i próbował im wyrwać ale byli wręcz przerażająco silni. Czuł jak ta smoła wlewa mu się do rozwartych od krzyków ust. W końcu zatonął w niej całkowicie.


Obudził się z jękiem i od razu ociężale się podniósł. Wciąż był w altance ale kompletnie sam. Niby-cienie gdzieś musiały sobie pójść. Wstał i wrócił zmęczony, mimo tego, że dopiero się wybudził do rezydencji. Kiedy dotarł z powrotem do sypialni, padł na niezbyt wygodne łóżko i ponownie zasnął.

To wszystko, ta nowa rzeczywistość wyglądała cały czas identycznie. Gdy nie spał śniąc jedynie koszmary, to pojawiające się znikąd niby-cienie maltretowały jego umysł a następnie znikały bez śladu. Zmiana nastąpiła niespodziewanie. Otóż pewnego razu tak jak to zawsze miało miejsce te stworzenia bawiły się nim. Reim szarpał się na wszystkie strony i krzyczał, kiedy wkładały mu swoje długie palce do uszu, dobierając się do jego mózgu. Wierzgał również, gdy wkładały mu całe ręce do szeroko rozwartych ust tak głęboko, że czuł jak ściskają mu swoimi dłońmi narządy wewnętrzne.
Wtem mrugnął tylko i nagle znalazł się w innym pomieszczeniu! Wyglądało ono jak średniowieczne lochy - nierówne ściany przyozdabiały wiszące z nich łańcuchy a sam pokój składał się na starą szafę oraz na stół, do którego jakimś cudem został przykuty. Wierzgnął gwałtownie lecz całkowicie bezskutecznie. Znów był unieruchomiony.
Niespodziewanie poczuł w nodze przejmujący ból. Z trudem uniósł głowę z blatu. Jego oczom ukazał się tym razem jeden niby-cień, który dociskał mu rozżarzony do czerwoności pręt do ów bolejącej kończyny. Krzyknął i spanikowany spróbował odsunąć nogę od narzędzia ale jego chaotyczne działania spowodowały jedynie, że stworzenie jeszcze bardziej docisnęło pręt do skóry. Zajęty krzyczeniem nie zauważył, kiedy za jego głową wyrósł następny niby-cień. Ten z kolei wsadził mu bez wahania w oczodół swoje długie palce i wyszarpał mu prawą gałkę oczną. Wepchnął mu ją głęboko do gardła, co wywołało u niego silne odruchy wymiotne. Następnie przy pomocy swoich szponów z zadziwiająca łatwością rozpruł mu klatkę piersiową niczym zawodowiec i rozszerzył ranę ręką. Począł wyjmować po kolei wszystkie wnętrzności Reima i zapychać mu nimi usta. Czuł językiem oślizgły smak jego własnych trzewi, które zabierały mu nie tylko możliwość krzyczenia ale również powietrze. Gęsta krew spływała licznymi stróżkami ze stołu prosto na brudną podłogę. Reim bezskutecznie starał się wypluć flaki lecz za każdym razem gdy udawało mu się trochę je wypchnąć, istota wpychała je mu jeszcze głębiej.
Kiedy w końcu skończyły, zamiast odejść jak zawsze, jedynie puściły go i rozstąpiły się. Reim znów był w sypialni, cały i fizycznie zdrowy a po wcześniejszych zabiegach nie było nawet śladu. Na środku pomieszczenia stanął niby-reim, którego pamiętał z wydarzeń w lesie. Stał on w milczeniu trzymając coś w ręku i patrzył z góry obojętnie na zwiniętego na podłodze Reima. Po chwili podszedł do niego i wciąż nie wydając najmniejszego dźwięku podał mu to co wcześniej trzymał, po czym wraz z innymi rozpłynął się w powietrzu. Reim spojrzał na przedmiot. Był to stary, pluszowy zając. W wielu miejscach pozszywany spoglądał jakby smętnie oczkami z czarnych guzików. Reim patrząc na zabawkę poczuł dziwne ukłucie niepokoju w żołądku. Dlatego rzucił maskotkę tak, że ta odbiła sie od ściany i wylądowała koło łóżka w drugiej części pokoju, wciąż patrząc w kierunku okularnika swymi martwymi oczkami.

Po kolejnej "zabawie" z niby-cieniami Reim powrócił do owej sypialni i znów skulił się w tym samym miejscu na podłodze. Zamknął oczy i spróbował zasnąć tak jak zawsze.

<Dzień dobry~>

Reim otworzył szeroko oczy słysząc jakby w swojej głowie obcy, dość dziecinny głos. Rozejrzał się po pokoju ale nikogo nie dostrzegł. Położył więc głowę z powrotem na ziemi i opuścił powieki.

<Dlaczego się ze mną nie pobawisz~?>

Zdezorientowany tym razem podniósł się do pozycji siedzącej. Jego wzrok padł na przewróconą maskotkę. Niezdecydowanie doczołgał się do niej i złapał mocno ją za pluszową łapkę.

<Ała! Nie tak mocno! To boli!>

Z ust Reima wydobył się stłumiony krzyk. Odrzucił on pluszowego zajączka i wybiegł z pokoju.
Sytuacja powtarzała się. Od tamtego czasu Reim ciągle gdy był w pobliżu zabawki, słyszał ten głos w swojej głowie, który próbował zawzięcie zachęcić go do zabawy. Bał się jej. Ta zabawka naprawdę napawała go ogromnym lękiem. Nawet większym niż niby-cienie. Ale któregoś razu, kiedy znów wrócił wyczerpany emocjonalnie po tym co tym razem robiły mu te cienie, spojrzał dziwnym wzrokiem na pluszaka.

<Cześć! Pobawisz się ze mną w końcu~?>

Reim stał w milczeniu w progu wciąż nie odrywając od niego wzroku.

<No proooszę. Tak bardzo się nuuudzę~>

Powolutku, chwiejąc się, zbliżył się do zająca i padł przed nim na kolana. Nastepnie uniósł go drżącymi rękoma do góry.

<Łiii~! Dzięki, że nareszcie się mną zainteresowałeś~. Jak się nazywasz?>

- Reim - odparł szeptem.

<Huh, ale dziwne imię. Ale cóż, nie powinienem oceniać w końcu swojego nie mam. Ej! A może byś mnie jakoś nazwał, co?>

Reim przez chwilę wpatrywał się nieprzytomnymi oczami na tę dziwną maskotkę aż nareszcie odezwał się cicho.
- Może... "Pan Królik"...

<Hahaha, serio? Zająca nazywasz królikiem? Dobry jesteś, gościu. Ale może być. No to od dziś jestem Panem Królikiem~>*

Wcale nie przeszkadzał mu kpiący śmiech zabawki. Na ułamek sekundy w oczach Reima dało się zauważyć nawet jakąś iskierkę radości. W końcu odkąd się tu znalazł, to była jego najdłuższa i jedyna konwersacja.
Od tamtej pory Reim wszędzie miał przy sobie Pana Królika, z którym rozmawiał przez większość czasu o wszystkim i niczym. Raz kiedy siedzieli w kuchni, znów usłyszał on głos rozbrzmiewający w jego głowie. Spuścił więc wzrok i spojrzał na maskotkę na swoich kolanach.

<Wiesz, mam genialny pomysł! Może zamiast cały czas tak siedzieć i nic nie robić, wybralibyśmy się na wycieczkę? Kocham wycieczki~! Zawsze chciałem wybrać się do wesołego miasteczka. Co ty na to?>

Reim patrzył przez chwilę mętnie aż w końcu kiedy przetworzył słowa swojego nowego przyjaciela, spytał.
- Ale jak? Przecież stąd nie można wyjść.

<Uuuh! Jesteś tak mało kreatywny! Wystarczy po-my-śleć~. Po prostu wyobraź sobie, że jesteś w jakimś fajnym wesołym miasteczku~>

Zrobił tak jak mówił. Zapatrzył się na pusty stolik i zaczął wyobrażać sobie jak wsiada razem z Panem Królikiem do wielkiej, kolorowej karuzeli razem z innymi ludźmi. Potem oczami wyobraźni widział jak wszystko wiruje, kiedy urządzenie ruszyło. Słyszał nawet pełne ekscytacji krzyki innych pasażerów i czuł chłodny wiatr we włosach.
Doświadczając tego, uśmiechnął się lekko wciąż siedząc całkiem sam na tym niewygodnym krześle ze starą przytulanką na kolanach.
Zmęczywszy się zabawą, postanowili "wrócić". Reim zdziwił się, że nie znajduje się już w kuchni a leży w łóżku w swojej sypialni przytulony do Pana Królika. Kiedy odwrócił głowę, zauważył niby-reima siedzącego na krześle przy łóżku. Patrzył on na niego z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu.
Reim usiadł po turecku na pościeli, położył sobie maskotkę między nogami i zaczął odwzajemniać nachalne spojrzenie swojego klona. Siedzieli tak w całkowitym bezruchu przez jakieś kilkanaście minut aż w końcu Reim zrobił coś nietypowego zważywszy na swój obecny stan. Zaśmiał się głośno. W reakcji na to niby-reim przechylił głowę na bok, wstał i odszedł zostawiając go samego.
Za to sam Reim podniósł się i zawołał z szerokim uśmiechem.
- Chodźmy porysować!
Pobiegł on korytarzem wciąż przyciskając do piersi Pana Królika. Po przeszukaniu kilku pokoi w końcu znalazł ten jeden, w którym znajdowało się dużo świecowych kredek. Rozsypał je na podłogę, na której po chwili usiadł i zabrał się za ozdabianie śnieżnobiałej ściany.


*Jakbym posiadała jakiegoś bożka, to z pewnością ze zmęczonym westchnięciem wyszeptałabym: "mój boże etc.", ale nie mam żadnego, więc ograniczę się do uwielbianego przez większość polaków i polek "o, kurwa. Czemu jestem tak bardzo zjebaną istotą?". - Z kwitnącą zazdrością pozdrawiam wszystkie ludzkie zwłoki!

niedziela, 1 stycznia 2017

Część 12.

Cała trójka podeszła do niego. Reim z zaskoczeniem zauważył, że dwoje z nich zbliżyło się do niego z mieszanką fascynacji i strachu w oczach.
Doktor Owen pochyliwszy się nad nim, powiedział.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że samopoczucie panu dopisuje.
- Nie powiedziałbym - parsknął Reim.
Owen spojrzał na niego ze sztucznym smutkiem.
- Ach, to okropne. Jednakże nie powinien się pan martwić - i dodał szeroko się uśmiechając. - Niebawem już nigdy nie będzie się pan źle czuł.
Reim zmrużył oczy i spytał.
- Co masz na myśli?
- Ależ nic takiego - zaśmiał się.
- Jak to nic?! W takim razie co ja tu robię i co się działo przez ten cały czas?!
- Przecież już wielokrotnie panu mówiono, że miał pan wypadek i-
No właśnie nikt nic nie mówił.
- Jaki wypadek?! - Reim przerwał mu gwałtownie. - Uważasz, że bycie psią zabawką to wypadek?!
Owen spoważniał.
- Ach, więc przypomniał pan sobie - wyciągnął rękę i pogłaskał go po głowie jak małe zwierzątko. - Ale to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia, ponieważ Mama stwierdził, że to wszystko trwa zdecydowanie za długo i należy przyśpieszyć przebudzenie.
- Przebudzenie? - powtórzył niepewnie.
- Owszem. Właśnie dlatego się tu znajdujemy.
Podszedł tanecznym krokiem do dużej maszyny przypominającej kształtem jeden z wielkich dzwonów, które widział, będąc kiedyś ze swoją matką w kościele. Z pod ów dzwonu wystawało wiele długich kabli i cienkich rurek zakończonych przyssawkami. Z tyłu natomiast wystawało drewniane koło z korbką.
Owen chwycił wszystkie porozrzucane rurki oraz kable i z powrotem podszedł do Reima.
- To mój, drogi panie - wskazał wolną ręką na urządzenie. - jest maszyna, która przyspieszy cały proces.
- Jaki proces?
- Przebudzenia, jak mówiłem wcześniej.
Reim wierzgnął bezskutecznie chcąc się uwolnić.
- Jakie przebudzenie? - zapytał.
- Cóż, myślę, że nic się nie stanie, jeśli panu powiem. Zamierzamy obudzić w panu Irdlirvirissonga.
- Irdli... co?
Lekarz zignorował jego pytanie i zamiast tego zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.
- Kangee, Tate, podłączcie go a ja ją uruchomię.
Jeden z ciemnoskórych młodzieńców podszedł do niego i wziął stertę kabli i gumowych rurek. Rozdzielił je na dwie części i jedną z nich podał swojemu koledze. Obaj podeszli do Reima i zaczęli mu je w różne miejsca przyczepiać lub wtykać. Jeden z nich na siłę zapchał mu dwiema niewielkimi, jasnoróżowymi rurkami dziurki od nosa. Wsadził mu je tak głęboko, że Reim zdziwił się, iż nie przebiły mu one mózgu. Inne przewody zostały przy pomocy przyssawek mocno uczepione skóry jego czoła. Drugi z lekarzy skupił się na przyczepianiu ich na jego klatce piersiowej i udach. Kiedy skończyli, odsunęli się nieznacznie od stołu i dumnie lecz wciąż z widocznym lękiem patrzyli na swoją pracę.
Gdy Owen zobaczył, że już wszystko jest przygotowane, powiedział jeszcze "dobranoc" i pociągnął za wajchę zakończoną czerwonym uchwytem.

Siedział przy stoliku, na którym stał jedynie pusty talerz. Podniósł zdezorientowany głowę i rozejrzał się. Kuchnia. Był w kuchni. I to bardzo znajomej kuchni. Wstał niepewnie i podszedł do okna ukazującego widok na altankę. Na zewnątrz padał gęsty deszcz przez co krajobraz wydawał się być pozbawiony życia.
Nagle mrugnął zdziwiony i odskoczył od szyby prawie się przewracając. Był już tutaj! Przypomniało mu się wszystko. Wspomnienia z Lily, rozmowa z Xerxesem, dwójka mężczyzn przyczepiająca mu do ciała różnorakie kable i rurki...
Oczy rozwarły mu się szeroko. To to miejsce! To, w którym tak często się pojawiał! Pomyślał o niby-cieniach, które tutaj spotykał i wybiegł w popłochu na dwór.
Nie zważając na lodowate i ciężkie krople deszczu biegł cały czas przed siebie, chcąc jakoś stąd uciec. Jednakże okazało się to niewykonalne. Gdy znalazł się już przy furtce, stwierdził, że jest odwrotna sytuacja do tej, którą doświadczał tak wiele razy. Nie mógł przez nią przejść. Niezależnie od tego ile biegł obraz jedynie się oddalał a on sam wciąż pozostawał w tym samym miejscu.
W końcu zmęczony padł kolanami na zabłoconą ziemię i zapłakał cicho.

Długo. Trwa to już zbyt długo, stwierdził Reim siedząc w kuchni na tym samym krześle, na którym "zbudził się" jakiś czas temu. Czekał tak w bezruchu aż się obudzi z tego snu ale nic się nie działo. Normalnie zawsze po niezbyt długim czasie wracał a tu nic. W dodatku Reim zauważył, że pomimo upływu wielu godzin, pogoda na zewnątrz wydawała się w ogóle nie zmieniać. W końcu wstał znudzony i postanowił się rozejrzeć po posiadłości.
Najpierw postanowił sprawdzić sypialnię, w której obudził się ostatnim razem ale nic tam nie znalazł. Tak samo w pozostałych pokojach na piętrze. Ruszył więc niżej ale tam było identycznie pusto. Została już do sprawdzenia jedynie piwnica. Reim wziął głęboki wdech patrząc na niknące w mroku schody i powoli, schodek po schodku zaczął schodzić na dół. Gdyby nie ściana, której się podpierał, to już kilka razy zdążył by spaść.
Kiedy znalazł się nareszcie na samym dole, zastygł w bezruchu i wyciągnął z kieszeni wcześniej znalezione pudełko zapałek. Zapalił jedną ale ta od prawie razu zgasła parząc go w palce. Zaklął pod nosem na swoją głupotę. Dlaczego nie zrobił sobie wcześniej jakiejś pochodni czy coś?!
Powoli zaczął sunąć po ziemi woląc nie odrywać od niej stóp, by na coś nie wejść. Gdy stwierdził, że już wystarczająco oddalił się od wyjścia, zdecydował zapalić kolejną zapałkę.
Coś zobaczył. Nie był pewien co dokładnie, ponieważ to zaraz zniknęło wraz z płomieniem kolejnej zapałki. Zresztą nawet nie chciał się temu przyglądać. Spanikowany na ślepo uciekł z piwnicy i pobiegł prosto do punktu wyjścia - kuchni.
Usiadł na krześle próbując się uspokoić, kiedy nagle dotarło do niego. Drzwi! Biegiem, zdyszany wrócił do piwnicy, żeby je zamknąć ale było już za późno. W progu stał w pełnej krasie niby-cień.

sobota, 3 grudnia 2016

Część 11.

Po incydencie z Breakiem rolę opiekunki Reima przejęła kruczoczarna pokojówka, którą pamiętał z sytuacji w łazience, kiedy to uciekła przed nim z krzykiem. Wbrew temu niezbyt przyjemnemu pierwszemu wrażeniu, okazała się być bardzo miła i pomocna. Reim dowiedział się, że na imię jej Nistaranga.
- To dość... egzotyczne imię - stwierdził pewnego dnia Reim.
Dziewczyna speszona odparła tylko.
- Tak... Mój ojciec nie jest stąd. To on mi je nadał.
Za każdym razem, gdy prosił Owena o możliwość odwiedzenia Xerxesa, ten zawsze odpowiadał mu.
- Break jest bardzo chory i nie należy zakłócać mu spokoju.
Reimowi ta odpowiedź zaczęła się bardzo nie podobać, kiedy serwowano mu ją nawet miesiąc później. Ile można się leczyć po takim epizodzie? Rok?, zastanawiał się zaniepokojony. Dlatego postanowił, że poszuka go i odwiedzi na własną rękę. Mógł poprosić o pomoc Nistarangę ale obawiał się, że ona pomimo swojego niezwykle miłego usposobienia i naturalnej chęci do pomocy, również będzie starała się odwieść go od tego.
Jednej z nocy wymknął się z pokoju tak jak ostatnim razem lecz gdy znalazł się na korytarzu, uświadomił sobie, że przecież nie wie gdzie go zabrano. Cholera, pomyślał ale chwilę później stwierdził, że będzie po prostu szukać na ślepo.
Ruszył powoli w stronę, gdzie jak mu się zdawało znajdowało się skrzydło szpitalne. Dotarłszy tam, zaczął po kolei ostrożnie zaglądać do pokoi. Większość z nich okazała się być pusta. Zrezygnowany chwycił za klamkę ostatniego z pomieszczeń i tak jak w poprzednich przypadkach powoli wsunął głowę do środka.
W sali panował półmrok. W jego ciemności z trudem udało mu się dojrzeć cienką sylwetkę, znajdującą się na szpitalnym łóżku. Reim popchnął drzwi i wjechał do pomieszczenia, zamykając je za sobą starannie. Na chwilę zalała go fala euforii na widok swojego przyjaciela ale minęła ona niemal od razu, gdy dostrzegł trzymające go grube pasy i kroplówkę podłączoną do lewej ręki. Reim wyciągnął przed siebie drżącą rękę i delikatnie szarpnął go za ramię, chcąc go zbudzić. Na ten gest Break poruszył niespokojnie głową i wydał z siebie dziwny bulgot. Kiedy Reim ponowił próbę lecz ciut mocniej, prawa powieka albinosa powoli uniosła się do góry.
Reim odruchowo wzdrygnął się, zobaczywszy jego wzrok. Oko Breaka, dziwnie zamglone, jakby znajdował się pod wpływem jakiś silnych leków, wpatrywało się w pustą przestrzeń sufitu.
- Xerx? - szepnął Reim.
Break na dźwięk Reima wierzgnął gwałtownie na tyle na ile pozwalały mu pasy.
- Xerx, to ja Reim. Poznajesz mnie? - ponowił.
Na krótką chwilę Break oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Reima. Jak w zwolnionym tempie widział jak zaraz jego oko rozszerza się w panice a wargi rozchylają się do krzyku. Chcąc go powstrzymać, Reim szybko wyciągnął ręce i zakrył nimi jego usta i szepnął nieco zbyt ostro.
- Nie! Proszę nie krzycz. Chcę tylko porozmawiać.
Break nie odrywał od niego przerażonego oka, gdy ten powoli zabrał ręce z jego twarzy.
- Xerx, powiedz mi proszę. O czym wtedy krzyczałeś?
- Nie pamiętasz? - zadał kolejne pytanie widząc niepewność na twarzy Breaka.
Nagle z jego rubinowego oka zaczęły toczyć się gęste łzy a wargi zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały.
- Xerx, błagam.
Powoli usta rozchylony się nieznacznie. Break mówił tak cicho, że Reim musiał się cały nad nim pochylić, żeby móc cokolwiek usłyszeć.
- Pamiętam... wszyst... ko.
- Więc powiedz mi, dlaczego j a nic nie pamiętam.
- To przez... przez Nich.
- Nich? - powtórzył Reim.
- Tak. Oni... przyszli i obiecali, że ci pomogą, że wszystko będzie dobrze... Ja nie wiedziałem co robić... Ja-
- Ale dlaczego potrzebowałem pomocy, Xerx? - przerwał mu. - Czy to z powodu tych ran?
- Też...
- A... skąd one się wzięły? - kiedy do głowy powróciły mu tamte przerażające obrazy z małą, błękitnooką dziewczynką, dodał. - Czy to ma coś wspólnego z tym dzieckiem, o którego się wcześniej pytałem?
Na to Break drgnął a jego twarz znów zbladła i to tak mocno, że wyglądało to jakby miał zaraz zwymiotować, ale tym razem odpowiedział.
- T-tak... To ona... ONA DO TEGO DOPROWADZIŁA! - krzyknął nagle.
Reim spanikowany znów zakneblował rękoma usta Breaka i poprosił rozpaczliwie.
- Naprawdę nie krzycz!
Znowu zabrał ręce ale dopiero wtedy, kiedy Break się uspokoił.
- Ta mała, przeklęta wiedźma to wszystko zaczęła - kontynuował płaczliwym głosem. - Ale to Oni zrobili TO.
- "To" to znaczy co? - spytał Reim.
Tym razem Xerxes już nic nie powiedział. Jego oczy na powrót zrobiły się puste i pozbawione wyrazu. Gdy okularnik chciał spróbować raz jeszcze zwrócić swoją uwagę na Breaka, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze, wzdłuż jego kręgosłupa przemknął nagły dreszcz. Odniósł wrażenie, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Odwrócił się i wtedy zobaczył co wywołało u niego to uczucie. W pustym kącie pomieszczenia, na lewo od drzwi stał Niby-Reim. Ten sam, którego spotkał w lesie. Siedział na wózku jak wryty, nie wiedząc co począć. Jego sobowtór powolnym krokiem podszedł do niego i w całkowitym milczeniu wyciągnął prawą rękę ku Reimowi, dotykając opuszkiem palca jego czoła. Ten nagle pod wpływem okropnego bólu spadł z krzykiem na podłogę. Nie potrwał on długo, gdyż zanim do sali zdążył wbiec lekarz, jego świadomość pochłonął mrok.

Reim obudził się w swoim starym łóżku. Nie będąc pewnym jak się tu znalazł, podniósł się powoli i spuścił nogi na ziemię. Wtem zobaczył coś co utwierdziło go w przekonaniu, że to kolejny sen. Jego lewa stopa była na swoim miejscu. Dla pewności uniósł też do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy. Skóra na jego klatce piersiowej była jak najbardziej w porządku.
Podźwignął się powoli z łóżka i otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz. Korytarz był pusty. Ruszył więc na dół. Kierowany nagłym głodem, skręcił w stronę kuchni. W środku również panowała cisza. Przez poranne promienie słoneczne widać było maleńkie drobinki kurzu, tańczące w powietrzu. Reim zbliżył się do jednej z kremowych szafek. Wewnątrz jednak nie było kompletnie nic. To samo znajdowało się w pozostałych szafkach. Z westchnięciem rezygnacji podszedł do okna. Pomimo słońca oświetlającego pomieszczenie, na dworze było ponuro. Olbrzymie krople deszczu spadały na poszarzały krajobraz, mocząc wszystko na swojej drodze. Reim spojrzał w kierunku niewielkiej altanki. Przez chwilę poczuł jak jego serce stanęło. Przy jednej z dwóch białych ławeczek stało kilka Niby-cieni. Patrzyli się wszyscy swoimi śnieżnobiałymi oczyma prosto na niego.
Reim odskoczył jak poparzony i nie wiedząc co robić, pobiegł z powrotem na górę; do sypialni. Susem doskoczył do drzwi i zamknął je za sobie z trzaskiem.
Tam też byli. Czekali na niego. Stali po drugiej stronie pokoju, na przeciwko drzwi; na przeciwko Reima. Chwycił i z całych sił szarpnął za klamkę lecz zamek nie chciał puścić. O mój Boże, pomyślał a następnie zrezygnowany spojrzał na cienie przed nim i zsunął się plecami po drzwiach. Gdy powoli przybliżyły się i pochyliły nad nim, podciągnął kolana pod brodę rękoma i schował głowę nie chcąc na nie patrzeć. Później poczuł jak ich podłużne, czarne ręce dotkają jego głowy. Wrzasnął z powodu gwałtownego napływu fali wspomnień. Przed oczami mignęła mu ta sama dziewczynka co wtedy; Lily, przypomniał sobie. Następne obrazy były już tylko gorsze, gorsze nawet od niby-cieni.

Jego umysł zatonął w zagubionych wspomnieniach, stając się coraz to bardziej ciężkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jakim błogosławieństwem była niepamięć.Widział małą, śmiejącą się radośnie w obliczu tej makabry Lily, widział jej ukochanego pupilka, który czerpał przyjemność z torturowania go, widział pokryte zaschniętą krwią, jego krwią ściany z litego kamienia i w końcu widział siebie: wychudzonego i okaleczonego mężczyznę, topiącego się w krwistej posoce, która wypływała z niego przez liczne rany. W późniejszym czasie była już tylko czerń i ból.

Reim leżał w podartych ubraniach, które miał na sobie na przyjęciu w rezydencji Yury. Przypominał on starą, zużytą lalkę, której nikt już nie potrzebuje. Na to, że jeszcze w ogóle żył wskazywała jedynie słabo unosząca się klatka piersiowa, chcąca dostarczyć choć trochę tlenu do powoli umierających płuc. Niegdyś karmelowe oczy, dziś obłędu i świadomości nieuchronnego końca nie raczyły nawet spojrzeć na przerażoną postać, zbliżającą się ku niemu.
- Reim! - Xerxes wydał z siebie pełny cierpienia i goryczy krzyk, padając na kolana przy swoim najlepszym przyjacielu.
- Reim, tak bardzo mi przykro! Nie chciałem, żeby do tego doszło! - zawodził, szlochając i głaszcząc najdelikatniej jak tylko potrafił głowę Reima, którą wcześniej ułożył sobie na kolanach. - Mówiłem, prosiłem, abyś z nami nie szedł!
Break nie zważając na wszechobecną juchę, przytulił do siebie rozpadające się w oczach ciało i zaczął je kołysać jakby do snu.
Wtem do pomieszczenia weszła niska pokojówka o czarnych włosach i powiedziała cicho z dziwnym akcentem
- Ja wiem jak można uratować pańskiego przyjaciela.
Break spojrzał na nią ostrożnie z mieszającą się na jego zapłakanej twarzy rozpaczą i nadzieją.
- Jak? - spytał.
- Cóż, najpierw musi pan coś dla nas zrobić.


Reim z wyraźnym trudem otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się w jakimś innym pomieszczeniu. Przypominało ono raczej laboratorium aniżeli zwykły pokój. Kiedy chciał się poruszyć, stwierdził, że znów przywiązany jest pasami do łóżka. Historia lubi się powtarzać, pomyślał. I faktycznie coś w tym było. Otóż, miał nieodparte wrażenie, że już niejednokrotnie tu był ale nie mógł się nad tym zastanowić, bo mózg zalany miał wspomnieniami z Lily i Bandersnatchem w rolach głównych. Stwierdził, że w każdym bądź razie najpierw musi się stąd wydostać i dowiedzieć się co wydarzyło się później, co sprawiło, że dalej tu jest i to żywy.
Nie dano mu możliwości nawet spróbowania wymyślenia jakiegoś planu ucieczki. Do pokoju pełnego przeróżnych lekarskich przyrządów wszedł Harrison Owen wraz z dwoma obcymi mężczyznami o dość ciemnej, nietutejszej karnacji, którzy najwyraźniej również byli lekarzami co Reim poznał po kitlach.