Przysiadł na brzegu materaca. Break wciąż pogrążony w śnie skulił się jeszcze bardziej. Reim szturchnął go palcem w policzek. Gdy nie przyniosło to żadnego rezultatu, powtórzył tylko mocniej. Xerxes w odpowiedzi zmarszczył brwi, a po trzecim dźgnięciu powoli otworzył oczy.
- No to jak? - spytał Reim. - Pobawisz się w końcu ze mną?
Break jęknął cicho. Rozejrzał się po pokoju i zdziwiony wymamrotał coś pod nosem.
- Co takiego? Mów głośniej - zawołał.
- Nie ma jej - powtórzył Break.
Reim stanowczo pokiwał głową.
- Ano, nie ma. Wyszła chwilę temu do miasta.
Nagle Xerxes podniósł się do pozycji siedzącej i chwycił Reima za ramiona.
- Uciekaj stąd! - zawołał płaczliwym głosem.
Reim zaśmiał się głośno.
- Czyli jednak chcesz się pobawić. I to jeszcze w chowanego. W porządku.
- To nie tak!
- Musisz więc zasłonić sobie czymś oczy... - kontynuował niewzruszony mając przed sobą wizję długo wyczekiwanej chwili wspólnej rozrywki.
- Ty nic nie rozumiesz!
- ...i policzyć do, powiedzmy, dwudziestu, a ja się w tym czasie...- Zdesperowany Break potrząsnął nim na tyle mocno, że okulary Reima lekko się przekrzywiły.
- Przestań! - krzyknął.
Reim zamrugał powiekami i zaczął w skupieniu wpatrywać się w Xerxesa, który opuścił na chwilę głowę i powiedział:
- Musisz stąd uciekać zanim ona wróci.
- Czemu? Nistaranga też będzie bawić się w chowanego? - zdziwił się okularnik.
Break zacisnął zęby i mocniej wbił paznokcie w ramiona przyjaciela. Wydawało się, że za chwilę znów zacznie krzyczeć, ale szybko się opanował i rozluźnił mięśnie.
- Ona jest jedną z tych, którzy ci to wszystko zrobili!
- To wszystko? - powtórzył i zaraz dodał: - Wcale, że nie! Ja już pamiętam i wiem, że to wina Lily, a nie Nistarangi! - Wytknął w stronę Breaka nienaturalnie długi język.
Xerxes zmrużył prawe oko.
- Ach, tak? Więc co takiego pamiętasz?
- No, że byłem u Lily - popukał się palcem w policzek - i ona się bawiła...
- Potem, Reim. Chodzi mi o to, co wydarzyło się po tym, gdy udało mi się ciebie stamtąd wyrwać! - Break puścił ramiona przyjaciela i zapytał: - Nie wiesz co się po tym wydarzyło, prawda?
Uśmiech na twarzy Reima został zastąpiony przez lekką dezorientację. Wydawało się, że na chwilę z jego oczu zniknął szaleńczy blask. Kiedy Break zrozumiał, że pojawiła się szansa dotarcia do jego rozsądku, kontynuował:
- Gdy w końcu udało mi się cię znaleźć, ty już... - przerwał na chwilę. Na jego twarzy pojawił się głęboki grymas. - Już prawie byłeś martwy - ciągnął dalej z pasją. - I wtedy ta kruczoczarna wiedźma wyrosła spod ziemi. Zaczęła opowiadać, że zna sposób na uratowanie ciebie. Powiedziała mi, że pochodzi z jakiegoś plemienia Inuitów czy coś takiego i że przygotowują się do swojej odbudowy.
- Ale co to ma wspólnego ze mną? - spytał skonsternowany Reim.
- Właśnie do tego dochodziłem. Mówiła, że dzięki mocy jakiegoś stwora z ich wierzeń mogą pomóc ci wyzdrowieć. Od początku podchodziłem do tego sceptycznie, ale co innego mi pozostało? Ty dosłownie rozpadałeś mi się w rękach!
Jacyś mężczyźni zabrali cię do rezydencji, w której się zresztą obudziłeś. Przyprowadziła tam tego doktorka od siedmiu boleści i swojego kapłana, zwanego Mamą, który przyniósł ze sobą stertę przedmiotów. Jednym z nich było drewniane pudełko, którego nikomu nie pozwalał dotykać. Podejrzewam, że to właśnie w nim było coś co sprawiło, że przeżyłeś.
Kiedy po kilku tygodniach wciąż się nie budziłeś, zacząłem ich naciskać oczekując jakichś wyjaśnień, a wtedy wściekły Owen rzucił się na mnie i krzyczał, że jak nie będę siedział cicho i robił co mi się karze, to inni członkowie ich plemienia skrzywdzą Sharon. Wyobrażasz to sobie? Uprowadzili ją, zamknęli nie wiadomo gdzie, zabrali dla swojego użytku jedną z jej rezydencji, pozbyli się z niej całej służby i jeszcze jakby tego było mało, to w dodatku później zaczęli faszerować mnie jakimiś lekami i-
Urwał słysząc ciche kroki po drugiej stronie drzwi, które zbliżały się w stronę pokoju.
Powoli drzwi otworzyły się i ukazała się w nich Nistaranga. Wydawała się zdziwiona widokiem dwóch mężczyzn.
- To wy jeszcze nie śpicie?
Reim zerknął na Breaka i zauważył grozę zmieszaną ze słabo dostrzegalną nienawiścią malujące się na bladej twarzy. Kiedy żadne z nich się nie odezwało, dziewczyna zrobiła w ich kierunku kilka kroków i w równie powolny sposób cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Zadałam wam pytanie - powiedziała lekko zirytowana moralizatorskim tonem matki, która właśnie nakryła swoje dzieci na łamaniu jednego z jej świętych zakazów. - Jest już bardzo późno. Obydwoje powinniście być w łóżkach.
Reim, który najwyraźniej powrócił do poprzedniego stanu, zachichotał:
- Jeszcze tylko pięć minut, mamusiu!
Twarz Nistarangi nabrała koloru głębokiej purpury.
- To wcale nie jest zabawne - wyjąkała. - Jest już późno, a mamy jutro do zrobienia kilka rzeczy. Powinniście się więc wyspać.
- Kilka rzeczy? Jakich rzeczy? - spytał zaciekawiony.
- Jutro zobaczycie. A teraz, dobranoc. - Ruszyła do torby ze swoimi rzeczami i wraz z piżamą udała się do łazienki. Po kilku minutach wyszła przebrana w śnieżnobiałą koszulę nocną i nie zwracając już żadnej uwagi na pozostałych lokatorów, udała się do swojego łóżka.
Dla Reima następny dzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo o 5:45 kiedy to niemal tonąc we własnym pocie zbudził się z koszmaru. Śniły mu się różne sytuacje, które nakładały się na siebie. Wydawało mu się, że przeżywał swego rodzaju deja vu; miał wrażenie jakby te obrazy nie były jedynie wytworami jego mózgu, a rzeczywistymi wspomnieniami. Ale nie mógł sobie przypomnieć, by którakolwiek z tych rzeczy miała miejsce w jego życiu. Spojrzał na pozostałe łóżka. Wciąż spali.
Wstał niepewnie i poszedł do łazienki. Wyraz jego oczu odbitych w wiszącym nad umywalką lustrze wyrażał silne zmęczenie oraz głębokie przygnębienie. Spuścił na chwilę wzrok, aby zmoczyć lepiącą się od potu twarz i nagle drgnął gwałtownie.
Na powrót uniósł głowę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Gdzie ja...? Na miękkich nogach wrócił do sypialni. Na najbliższym łóżku twardym snem spała jakaś kobieta. Wyglądała znajomo, ale nie mógł sobie przypomnieć kim jest. Na sąsiednim łóżku zobaczył Breaka. Już chciał go zbudzić i zapytać co się dzieje, lecz jego uwagę przykuł przedmiot leżący na ostatnim, wolnym łóżku. Pluszowy zając.
Podszedł do maskotki, chcąc ją podnieść i przyjrzeć jej się bliżej. Zdążył tylko dotknął brązowego materiału, gdy poczuł silny, tępy ból, który niczym prąd przepłynął przez całą jego głowę. Reim odruchowo zacisnął mocno szczękę i zwinął dłonie w pięści. Pociemniało mu przed oczami, a w uszach pojawił się cichy, jednostajny szum.
Zemdlał nim jego ciało z łoskotem zdążyło wylądować na podłodze.
Siedział na wodzie. Nie wiedział jakim cudem ale tak było. Czuł się jakby siedział na łóżku z miękkim materacem. Tyle że zamiast śnieżnobiałej pościeli miał pod sobą uginającą się wodę, która utrzymywała go suchego na swojej powierzchni. Spróbował na próżno przebić tę powłokę palcem.
- Ej, co robisz? - rozległ się zwielokrotniony echem głos z głębi otaczającej Reima zasłony czerni.
Reim rozejrzał się dookoła, ale nie widział nikogo.
- Tak do ciebie mówię - zawołał głos. - A może powinienem powiedzieć "do siebie"?
Nagły snop światła o nieznanym źródle ujawnił właściciela głosu. Był to Reim. Klęczał w podobnej pozycji co on, był ubrany w ten sam strój, wyglądał identycznie co on. Jedynymi rzeczami, które odróżniały go od Reima była pluszowa maskotka na jego kolanach oraz wyraźny obłęd w migdałowych oczach.
- Kim ty jesteś?! Czemu wyglądasz jak ja?! - krzyknął Reim.
- Czy to nie oczywiste? - roześmiał się drugi Reim. - Przecież jestem tobą.
Reim gwałtownie pobladł.
- Co?
Nagle w trakcie jednego mrugnięcia, snop światła zgasł.
- Hej! Co się dzieje?! - wrzasnął w stronę nieprzeniknionej ciemności. Już chciał po omacku spróbować jakoś znaleźć wyjście z tego miejsca, kiedy poczuł dłoń na ramieniu. Była tak lodowata, że mimo ubrania poczuł na skórze jej chłód.
- Reeeim, czemu byśmy się nie połączyli? - szepnął mu do ucha.
Mężczyzna z krzykiem strącił z siebie rękę odwracając się w jej kierunku całym ciałem, ale nikogo nie zobaczył. Począł gorączkowo się rozglądać po miejscu w poszukiwaniu drugiego siebie, lecz bezskutecznie.
Reim wstał szybko i z głośnym pluskiem stóp uderzanych o taflę wody zaczął biec na oślep z zaciśniętymi powiekami i zębami przed siebie. Z mroku wydobył się głośny, ogłuszający śmiech. Reim nie potrafił określić, z której strony on pochodzi. Kiedy nie zaprzestając biegu otworzył oczy, ukazało mu się tysiące twarzy. Jego twarzy. Pozbawione ciał, unosiły się w powietrzu, szczerzyły usta w parodii uśmiechu.
- Hej, Reim. Co jest? - zawołały chórem. - Czemu próbujesz ode mnie uciec?
Wciąż się nie zatrzymując, Reim zatkał uszy dłońmi.
- Nie można uciekać przed samym sobą, Reim!
Przyśpieszył jeszcze bardziej.
- Zatrzymaj się, Reim!
- Przestań! - krzyknął rozpaczliwie.
- Dalej, stańmy się w końcu jednością, tak jak to być powinno, Reeeim! - powiedziały jednocześnie twarze.
- Przestań! - powtórzył głośniej, próbując przebić się przez chór nakładających się na siebie głosów.
- Reim!
Mężczyzna rozwarł szeroko oczy. Pochylała się nad nim Nistaranga. W ogóle jej nie poznając, Reim odepchnął ją od siebie i podniósł się zdyszany. Dziewczyna również wstała z klęczek.
- Już wszystko w porządku. To był tylko zły sen - powiedziała uspokajająco.
Reim powoli rozejrzał się po pokoju. Był w sypialni z trzema jednoosobowymi łóżkami. Na jednym z nich dostrzegł z utkwionym w niego lekko nieprzytomnym wzrokiem Breaka. Już chciał się odezwać, gdy wtem usłyszał wyraźny głos wewnątrz swojej głowy.
- A nie mówiłem, że nie można uciec przed samym sobą?
Reim wrzasnął.