sobota, 3 grudnia 2016

Część 11.

Po incydencie z Breakiem rolę opiekunki Reima przejęła kruczoczarna pokojówka, którą pamiętał z sytuacji w łazience, kiedy to uciekła przed nim z krzykiem. Wbrew temu niezbyt przyjemnemu pierwszemu wrażeniu, okazała się być bardzo miła i pomocna. Reim dowiedział się, że na imię jej Nistaranga.
- To dość... egzotyczne imię - stwierdził pewnego dnia Reim.
Dziewczyna speszona odparła tylko.
- Tak... Mój ojciec nie jest stąd. To on mi je nadał.
Za każdym razem, gdy prosił Owena o możliwość odwiedzenia Xerxesa, ten zawsze odpowiadał mu.
- Break jest bardzo chory i nie należy zakłócać mu spokoju.
Reimowi ta odpowiedź zaczęła się bardzo nie podobać, kiedy serwowano mu ją nawet miesiąc później. Ile można się leczyć po takim epizodzie? Rok?, zastanawiał się zaniepokojony. Dlatego postanowił, że poszuka go i odwiedzi na własną rękę. Mógł poprosić o pomoc Nistarangę ale obawiał się, że ona pomimo swojego niezwykle miłego usposobienia i naturalnej chęci do pomocy, również będzie starała się odwieść go od tego.
Jednej z nocy wymknął się z pokoju tak jak ostatnim razem lecz gdy znalazł się na korytarzu, uświadomił sobie, że przecież nie wie gdzie go zabrano. Cholera, pomyślał ale chwilę później stwierdził, że będzie po prostu szukać na ślepo.
Ruszył powoli w stronę, gdzie jak mu się zdawało znajdowało się skrzydło szpitalne. Dotarłszy tam, zaczął po kolei ostrożnie zaglądać do pokoi. Większość z nich okazała się być pusta. Zrezygnowany chwycił za klamkę ostatniego z pomieszczeń i tak jak w poprzednich przypadkach powoli wsunął głowę do środka.
W sali panował półmrok. W jego ciemności z trudem udało mu się dojrzeć cienką sylwetkę, znajdującą się na szpitalnym łóżku. Reim popchnął drzwi i wjechał do pomieszczenia, zamykając je za sobą starannie. Na chwilę zalała go fala euforii na widok swojego przyjaciela ale minęła ona niemal od razu, gdy dostrzegł trzymające go grube pasy i kroplówkę podłączoną do lewej ręki. Reim wyciągnął przed siebie drżącą rękę i delikatnie szarpnął go za ramię, chcąc go zbudzić. Na ten gest Break poruszył niespokojnie głową i wydał z siebie dziwny bulgot. Kiedy Reim ponowił próbę lecz ciut mocniej, prawa powieka albinosa powoli uniosła się do góry.
Reim odruchowo wzdrygnął się, zobaczywszy jego wzrok. Oko Breaka, dziwnie zamglone, jakby znajdował się pod wpływem jakiś silnych leków, wpatrywało się w pustą przestrzeń sufitu.
- Xerx? - szepnął Reim.
Break na dźwięk Reima wierzgnął gwałtownie na tyle na ile pozwalały mu pasy.
- Xerx, to ja Reim. Poznajesz mnie? - ponowił.
Na krótką chwilę Break oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Reima. Jak w zwolnionym tempie widział jak zaraz jego oko rozszerza się w panice a wargi rozchylają się do krzyku. Chcąc go powstrzymać, Reim szybko wyciągnął ręce i zakrył nimi jego usta i szepnął nieco zbyt ostro.
- Nie! Proszę nie krzycz. Chcę tylko porozmawiać.
Break nie odrywał od niego przerażonego oka, gdy ten powoli zabrał ręce z jego twarzy.
- Xerx, powiedz mi proszę. O czym wtedy krzyczałeś?
- Nie pamiętasz? - zadał kolejne pytanie widząc niepewność na twarzy Breaka.
Nagle z jego rubinowego oka zaczęły toczyć się gęste łzy a wargi zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały.
- Xerx, błagam.
Powoli usta rozchylony się nieznacznie. Break mówił tak cicho, że Reim musiał się cały nad nim pochylić, żeby móc cokolwiek usłyszeć.
- Pamiętam... wszyst... ko.
- Więc powiedz mi, dlaczego j a nic nie pamiętam.
- To przez... przez Nich.
- Nich? - powtórzył Reim.
- Tak. Oni... przyszli i obiecali, że ci pomogą, że wszystko będzie dobrze... Ja nie wiedziałem co robić... Ja-
- Ale dlaczego potrzebowałem pomocy, Xerx? - przerwał mu. - Czy to z powodu tych ran?
- Też...
- A... skąd one się wzięły? - kiedy do głowy powróciły mu tamte przerażające obrazy z małą, błękitnooką dziewczynką, dodał. - Czy to ma coś wspólnego z tym dzieckiem, o którego się wcześniej pytałem?
Na to Break drgnął a jego twarz znów zbladła i to tak mocno, że wyglądało to jakby miał zaraz zwymiotować, ale tym razem odpowiedział.
- T-tak... To ona... ONA DO TEGO DOPROWADZIŁA! - krzyknął nagle.
Reim spanikowany znów zakneblował rękoma usta Breaka i poprosił rozpaczliwie.
- Naprawdę nie krzycz!
Znowu zabrał ręce ale dopiero wtedy, kiedy Break się uspokoił.
- Ta mała, przeklęta wiedźma to wszystko zaczęła - kontynuował płaczliwym głosem. - Ale to Oni zrobili TO.
- "To" to znaczy co? - spytał Reim.
Tym razem Xerxes już nic nie powiedział. Jego oczy na powrót zrobiły się puste i pozbawione wyrazu. Gdy okularnik chciał spróbować raz jeszcze zwrócić swoją uwagę na Breaka, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze, wzdłuż jego kręgosłupa przemknął nagły dreszcz. Odniósł wrażenie, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Odwrócił się i wtedy zobaczył co wywołało u niego to uczucie. W pustym kącie pomieszczenia, na lewo od drzwi stał Niby-Reim. Ten sam, którego spotkał w lesie. Siedział na wózku jak wryty, nie wiedząc co począć. Jego sobowtór powolnym krokiem podszedł do niego i w całkowitym milczeniu wyciągnął prawą rękę ku Reimowi, dotykając opuszkiem palca jego czoła. Ten nagle pod wpływem okropnego bólu spadł z krzykiem na podłogę. Nie potrwał on długo, gdyż zanim do sali zdążył wbiec lekarz, jego świadomość pochłonął mrok.

Reim obudził się w swoim starym łóżku. Nie będąc pewnym jak się tu znalazł, podniósł się powoli i spuścił nogi na ziemię. Wtem zobaczył coś co utwierdziło go w przekonaniu, że to kolejny sen. Jego lewa stopa była na swoim miejscu. Dla pewności uniósł też do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy. Skóra na jego klatce piersiowej była jak najbardziej w porządku.
Podźwignął się powoli z łóżka i otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz. Korytarz był pusty. Ruszył więc na dół. Kierowany nagłym głodem, skręcił w stronę kuchni. W środku również panowała cisza. Przez poranne promienie słoneczne widać było maleńkie drobinki kurzu, tańczące w powietrzu. Reim zbliżył się do jednej z kremowych szafek. Wewnątrz jednak nie było kompletnie nic. To samo znajdowało się w pozostałych szafkach. Z westchnięciem rezygnacji podszedł do okna. Pomimo słońca oświetlającego pomieszczenie, na dworze było ponuro. Olbrzymie krople deszczu spadały na poszarzały krajobraz, mocząc wszystko na swojej drodze. Reim spojrzał w kierunku niewielkiej altanki. Przez chwilę poczuł jak jego serce stanęło. Przy jednej z dwóch białych ławeczek stało kilka Niby-cieni. Patrzyli się wszyscy swoimi śnieżnobiałymi oczyma prosto na niego.
Reim odskoczył jak poparzony i nie wiedząc co robić, pobiegł z powrotem na górę; do sypialni. Susem doskoczył do drzwi i zamknął je za sobie z trzaskiem.
Tam też byli. Czekali na niego. Stali po drugiej stronie pokoju, na przeciwko drzwi; na przeciwko Reima. Chwycił i z całych sił szarpnął za klamkę lecz zamek nie chciał puścić. O mój Boże, pomyślał a następnie zrezygnowany spojrzał na cienie przed nim i zsunął się plecami po drzwiach. Gdy powoli przybliżyły się i pochyliły nad nim, podciągnął kolana pod brodę rękoma i schował głowę nie chcąc na nie patrzeć. Później poczuł jak ich podłużne, czarne ręce dotkają jego głowy. Wrzasnął z powodu gwałtownego napływu fali wspomnień. Przed oczami mignęła mu ta sama dziewczynka co wtedy; Lily, przypomniał sobie. Następne obrazy były już tylko gorsze, gorsze nawet od niby-cieni.

Jego umysł zatonął w zagubionych wspomnieniach, stając się coraz to bardziej ciężkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jakim błogosławieństwem była niepamięć.Widział małą, śmiejącą się radośnie w obliczu tej makabry Lily, widział jej ukochanego pupilka, który czerpał przyjemność z torturowania go, widział pokryte zaschniętą krwią, jego krwią ściany z litego kamienia i w końcu widział siebie: wychudzonego i okaleczonego mężczyznę, topiącego się w krwistej posoce, która wypływała z niego przez liczne rany. W późniejszym czasie była już tylko czerń i ból.

Reim leżał w podartych ubraniach, które miał na sobie na przyjęciu w rezydencji Yury. Przypominał on starą, zużytą lalkę, której nikt już nie potrzebuje. Na to, że jeszcze w ogóle żył wskazywała jedynie słabo unosząca się klatka piersiowa, chcąca dostarczyć choć trochę tlenu do powoli umierających płuc. Niegdyś karmelowe oczy, dziś obłędu i świadomości nieuchronnego końca nie raczyły nawet spojrzeć na przerażoną postać, zbliżającą się ku niemu.
- Reim! - Xerxes wydał z siebie pełny cierpienia i goryczy krzyk, padając na kolana przy swoim najlepszym przyjacielu.
- Reim, tak bardzo mi przykro! Nie chciałem, żeby do tego doszło! - zawodził, szlochając i głaszcząc najdelikatniej jak tylko potrafił głowę Reima, którą wcześniej ułożył sobie na kolanach. - Mówiłem, prosiłem, abyś z nami nie szedł!
Break nie zważając na wszechobecną juchę, przytulił do siebie rozpadające się w oczach ciało i zaczął je kołysać jakby do snu.
Wtem do pomieszczenia weszła niska pokojówka o czarnych włosach i powiedziała cicho z dziwnym akcentem
- Ja wiem jak można uratować pańskiego przyjaciela.
Break spojrzał na nią ostrożnie z mieszającą się na jego zapłakanej twarzy rozpaczą i nadzieją.
- Jak? - spytał.
- Cóż, najpierw musi pan coś dla nas zrobić.


Reim z wyraźnym trudem otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się w jakimś innym pomieszczeniu. Przypominało ono raczej laboratorium aniżeli zwykły pokój. Kiedy chciał się poruszyć, stwierdził, że znów przywiązany jest pasami do łóżka. Historia lubi się powtarzać, pomyślał. I faktycznie coś w tym było. Otóż, miał nieodparte wrażenie, że już niejednokrotnie tu był ale nie mógł się nad tym zastanowić, bo mózg zalany miał wspomnieniami z Lily i Bandersnatchem w rolach głównych. Stwierdził, że w każdym bądź razie najpierw musi się stąd wydostać i dowiedzieć się co wydarzyło się później, co sprawiło, że dalej tu jest i to żywy.
Nie dano mu możliwości nawet spróbowania wymyślenia jakiegoś planu ucieczki. Do pokoju pełnego przeróżnych lekarskich przyrządów wszedł Harrison Owen wraz z dwoma obcymi mężczyznami o dość ciemnej, nietutejszej karnacji, którzy najwyraźniej również byli lekarzami co Reim poznał po kitlach.

piątek, 21 października 2016

Część 10.

Siedział on w błocie oparty o pobliskie drzewo. Zamglonym i jakby niewidzącym wzrokiem wodził niespokojnie gdzieś w dal. Cały jego prawy bok poplamiony był zaschnięta krwią. Zauważył, że cały się lekko trząsł. Nie reagował, gdy Break powoli zbliżył się i ukucnął przed nim. Ale kiedy delikatnie dotknął jego ramię, Reim nagle wrzasnął jak ranne zwierze i odepchnął od siebie albinosa tak, że ten prawie przewrócił się na plecy. Ręce Breaka momentalnie wystrzeliły w przód wbijając się w ramiona Reima, na co w odpowiedzi ten zaczął płakać i krzyczeć jeszcze bardziej doniośle. Xerxes gwałtownie nim potrząsnął i przybliżając swoją twarz do jego, zawołał.
- Reim! Słyszysz mnie?
Brak reakcji.
Break zacisnął zęby, oplótł go szczelnie ramionami i zaczął ciągnąć po ziemi w stronę wózka. Przez cały czas Reim wymachiwał rękami i nogami wrzeszcząc w niebo głosy. Z trudem Breakowi udało się posadzić go na miejscu. Nastepnie chwycił pas wystający z bocznej poręczy fotela i przywiązał mu do niego rękę. To samo zrobił z drugą oraz z nogami. Kiedy skończył, złapał za uchwyty znajdujące się z tyłu wózka i czym prędzej zabrał Reima z lasu.

Dotarłszy do środka rezydencji, zostawił na korytarzu spokojnego już Reima i pobiegł na górę.
Na piętrze wszedł do jednego z pokoi. Zobaczywszy śpiącego w łóżku Owena, doskoczył do niego i szarpiąc go za ramię, krzyknął zdyszany.
- Szybko! Coś się stało z Reimem!
Lekarz z trudem otworzył oczy i zaspanym głosem stęknął.
- Co? Mógłbyś powtórzyć?
Na to Break sfrustrowany sytuacją zrzucił doktora z łóżka i powiedział.
- Rusz się! Na dół! Teraz!
Owen niewiele rozumiejąc podźwignął się na nogi i najszybciej jak mógł pobiegł w piżamie za Breakiem.

Reim wciąż nie był w stanie w ogóle się poruszyć, gdy to psisko konsumowało najwyraźniej, sądząc po merdającym ogonie, niezwykle szczęśliwe jego lewą stopę. Przez chwilę wydawało mu się, że z oddali słyszy jakieś przytłumione głosy lecz to wrażenie szybko minęło, kiedy po pomieszczeniu echem rozniósł się śmiech dziewczynki stojącej w pobliżu i spoglądającej na niego podekscytowanymi, szeroko rozwartymi oczami. Im dłużej na nią patrzył tym bardziej wydawała mu się znajoma ale nie mógł sobie jej przypomnieć.
Wydał z siebie zduszony skrzek, kiedy nagle to zwierze, czyste 500 funtów żywej wagi, skoczyło mu na pierś. Potwór przysunął swój paskudny, umazany krwią Reima pysk do jego twarzy. Reim ledwo oddychając, patrzył z przerażeniem w jego mleczne ślepia oczekując najgorszego.
Jednakże kolejny atak nie nadszedł. Zamiast tego pies odskoczył do tyłu ze skowytem i uderzył łbem o ścianę. To dziewczynka nie wiadomo kiedy podeszła do nich i gwałtownie szarpnęła swojego zwierzaka za obrożę.
Uklęknęła obok Reima i spytała.
- Eeej, panie Reim? Dlaczego się wcale nie ruszasz ani nic nie mówisz?
Kiedy nie doczekała się reakcji, pochyliła się nad jego twarzą i delikatnie dotknęła jego zabrudzonego policzka.
- Jesteś taki zimny... Źle się czujesz? Może powinnam iść po doktora?
Lecz Reim wciąż nie mógł wydać z siebie żadnego, nawet najcichszego odgłosu. Potrafił jedynie zbolałym wzrokiem patrzeć na jej niewinną twarzyczkę.
Dziewczynka w końcu zabrała swoją dłoń i wstała.
- Bandersnatch! Koniec zabawy na dzisiaj. Trzeba dać trochę odpocząć panu Reimowi.
I wyszli, zamykając za sobą żelazne drzwi.
Reim dalej leżał tak jak go zostawili. Nie wiedział co się stało, skąd się tu wziął. Pamiętał, że był w tym lesie i gonił go ten dziwny sobowtór a potem ni stąd ni zowąd się tu pojawił.
Nagle cały obraz zaczął mu się rozmazywać i falować a powieki stały się ciężkie. Czuł jakby się unosił w powietrzu jak liść na wietrze. To wrażenie nasilało się stopniowo aż w końcu zastąpiła je tak dobrze mu znana czerń.

Obudził się z wrzaskiem nie wiedząc co się dzieje. Zajęło mu dobrą chwilę zorientowanie się, że jest w swoim pokoju. Był okropnie obolały i niespokojny. Chcąc zmienić pozycję na siedzącą, z przerażeniem stwierdził, że jest pasami przywiązany do łóżka. Wciąż wierzgał się i rzucał bezskutecznie, kiedy do pomieszczenia wszedł Break.
- Dzięki Bogu! Nareszcie się obudziłeś! - wykrzyknął i podszedł bliżej.
- Co tu się dzieje?! Dlaczego jestem związany?!
Xerxes pochylił się nad Reimem i lekko pogłaskał go po głowie jak małe dziecko a następnie odparł.
- Nie przejmuj się tym. To nic takiego. Naprawdę.
- Przestańcie ciągle zbywać mnie takimi tekstami! Masz mi natychmiast powiedzieć dlaczego jestem związany! - odwarknął Reim.
Break westchnął z rezygnacją. Na chwilę na jego pobłażliwa twarz przybrała wyraz zmęczenia i przygnębienia. Nie próbując się już wymigiwać, zaczął wyjaśniać.
- Po tym jak udało mi się cię znaleźć tam w lesie, zacząłeś się bardzo dziwnie zachowywać. Wrzeszczałeś, szarpałeś się i najwyraźniej wcale mnie nie poznawałeś. Musiałem przykuć cię do wózka żebyś nie spadł po drodze i nie zrobił sobie jeszcze większej krzywdy - uciął, by nalać sobie trochę wody z dzbanka stojącego na komodzie obok. - Kiedy dotarliśmy do rezydencji, poszedłem po doktora Owena, żeby się tobą zajął.
- Wciąż nie powiedziałeś mi czemu jestem unieruchomiony - upomniał się Reim.
- Czemu? No bo rzucałeś się w amoku na wszystkie strony! Mieliśmy pozwolić ci dalej się ranić?
Reim w zamyśleniu wpatrywał się w skórzane pasy, gdy Xerxes znów się odezwał.
- No ale skoro teraz już wróciły ci wszystkie zmysły, to nie ma sensu dłużej cię tak trzymać, nie?
Wstał niepewnie i powoli rozpiął bruneta. Następnie znów usiadł na swoim miejscu, chwycił szklankę z wodą i patrzył w całkowitym milczeniu w swoje odbicie.
- Xerx, - zaczął po paru minutach Reim. - mam pytanie.
- Słucham.
- Kim jest mała dziewczynka o niebieskich oczach i jasnobrązowych włosach, chodzącą w płaszczu Baskerville'ów?
Od razu po usłyszeniu tego pytania, szklanka Breaka wysunęła mu się z dłoni i z hukiem rozbiła o podłogę, mocząc swoją zawartością jego buty.
- Xerx? - spytał Reim, patrząc zaniepokojony na oniemiałą twarz swojego przyjaciela.
- Dlaczego pytasz? - padła po minucie odpowiedź.
Reim zapytał zrezygnowanym głosem.
- Czemu ty nigdy normalnie nie odpowiadasz tylko bawisz się w takie podchody?
- DLACZEGO PYTASZ?! - wrzasnął Break tak niespodziewanie, że aż jego rozmówca prawie podskoczył.
Następnie wstał gwałtownie, przewracając krzesło, zrobił sztywno kilka kroków do tylu i wbił paznokcie w skórę głowy.
- Dlaczego?! Dlaczego?! DLACZEGO?! - jego spanikowane oczy omiatały pomieszczenie, unikając skutecznie Reima. - Czemu mi to robisz?! Przecież ja nie zawiniłem! To nie moja wina! To wszystko przez Nich!!
Reim pomimo utrzymującego się w boku bólu, szybko zszedł z łóżka i doczołgał się do Breaka, gdy ten osunął się na podłogę i docisnął plecy do ściany. Z otwartych ust ciekła mu gęsta ślina a z prawego okna spływały słone łzy.
Reim wyciągnął ręce i lekko potrząsnął swoim przyjacielem. Ten w odpowiedzi jedynie podciągnął kolana pod brodę i wydał z siebie głośny szloch.
- Xerxes! Powiedz mi co się stało - błagał okularnik. - Dlaczego nic nie pamiętam? Co tu się wyprawia?
Głos Breaka wydał się niezwykle bezbronny i pełen rozpaczy.
- Ja chciałem tylko pomóc. To nie moja wina. Skąd mogłem wiedzieć. Oni mówili, że wszystko będzie dobrze. Obiecali - bełkotał.
Reim ujął twarz w obie dłonie i zmusił go, by na niego spojrzał.
- Xerx, wyjaśnij mi proszę co nie jest twoją winą.
- Wszystko! - krzyknął. - To Ich wina! Ja... ja tylko chciałem pomóc panu Reimowi!
Zanim Reim zdążył zapytać w czym chciał mu tak bardzo pomóc do pokoju wkroczył Owen.
Spojrzał szeroko rozwartymi oczami na Breaka i odsunął od niego inwalidę.
- Proszę się do niego nie zbliżać. Ja się tym zajmę.
Podszedł do albinosa, wyjmując z płaszcza napełnioną strzykawkę z igłą i z wprawą wbił mu ją w szyję, wstrzykując zawartość prosto do żyły. Po zaledwie kilkunastu sekundach oczy Breaka zaczęły się powoli zamykać aż w końcu zapadł w głęboki sen. Widząc to lekarz westchnął z ulgą i spojrzał na Reima.
- Co się tutaj wydarzyło, że zareagował tak histerycznie?
Reim z jakiegoś powodu poczuł, że nie powinien mówić mu prawdy, dlatego odparł tylko.
- Nie mam pojęcia. Rozmawialiśmy tak jak zwykle a on nagle dostał tego... hmm... ataku.
- A czy mówił może przy tym coś konkretnego?
- Nie, wcale. Bełkotał tylko jakieś niezrozumiałe rzeczy.
Na to doktor Owen skinął głową i podniósł się.
- Cóż, najpierw pomogę panu dostać się do łóżka a potem zajmę się nim - stwierdził.

Część 9.

W jego przerażonych oczach zaświeciły iskierki nadziei, kiedy ujrzał oświetlane przez światło księżyca kontury swojego wózka. Jednakże zgasły one w momencie, w którym poczuł silną, zaciskającą sie na kostce jego zdrowej nogi dłoń. Niewidzialna ręka zaczęła zdecydowanymi ruchami ciągnąć go w tył. Reim ostatkiem sił chwycił za jedno z drzew i próbował się do niego przyciągnąć. Odczuwał coraz to silniejszy ból w napiętych mięśniach, które nie były przyzwyczajone do takiego wysiłku. Stworzenie nie dało za wygraną. Po chwili poczuł na prawej nodze drugą rękę. Jego spocone dłonie zaczęły nieubłaganie ślizgać się po twardej korze.
- Nie! - krzyknął płaczliwym głosem.
Nagle jedna z rąk puściła nogę i chwyciła go za ramię odchylając do tyłu jednym szarpnięciem. Tył jego głowy uderzył o klatkę piersiową Niby-Reima. Nim zdążył cokolwiek zrobić, szara dłoń przykryła większą część jego twarzy. Wtem Reim poczuł się dziwnie ospały. Jego ciało ogarnęła taka słabość, że aż przestał się szarpać. Mimo, iż starał się utrzymać oczy otwarte, w końcu jego powieki opadły jakby pod olbrzymim ciężarem.

Reim leżał w całkowitej ciemności. Nie czuł kompletnie nic. Nie wiedział gdzie się znajduje, ani jak się tu dostał. Było tak ciemno, że nie widział nawet ścian i podłogi. A może w ogóle ich nie ma? Może nie ma tutaj niczego?, przeszło mu przez myśl.
Niespodziewanie z wywołującym ciarki zgrzytem, otworzyły się metalowe drzwi, wpuszczając nieco światła do środka. Teraz Reim był w stanie zobaczyć skrawki oświetlonych ścian, które pokryte były zaschnięta krwią. Przez chwilę dojrzał nawet uciekającego wgłąb pomieszczenia szczura o dość pokaźnych rozmiarach.
Z trudem udało mu się przenieść wzrok na postać stojąca w drzwiach. Nie mógł dostrzec jej twarzy ale po niewielkim wzroście i sukience domyślił się, że to jakaś dziewczynka. Otworzył usta, żeby zapytać się kim jest i co tutaj robi lecz z pomiędzy jego warg nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Z zaskoczeniem spróbował odruchowo unieść dłoń do twarzy, jednakże i to mu się nie udało.
Nagle dziewczynka zawołała.
- Dzień dobry, panie Reim! Nadszedł czas na zabawę! - zachichotała i przywołała swojego psa. - Bandersnatch! Możesz już zaczynać.
Zza jej pleców wyskoczyło sporych rozmiarów psisko i rzuciło się na Reima. Ten próbował zrobić unik ale wciąż nie był w stanie się chociażby poruszyć.
Co się dzieje?!
Bandersnatch skoczył mu na klatkę piersiową powodując u Reima trudności z oddychaniem i zaczął drapać ostrymi jak brzytwa pazurami jego brzuch, wbijając się w miękką tkankę tłuszczu. Reim usiłował krzyczeć i jakoś się bronić ale jego ciało w ogóle nie reagowało. Gdyby nie przejmujący ból, można by pomyśleć, że nie należy ono do niego. Kiedy pies skończył orać w jego skórze, odwrócił się i zatopił kły jego nodze. Zęby niczym pułapka na niedźwiedzie zacisnęły się wokół lewej kostki. W tle słychać było pełen radości, dziecięcy śmiech i odgłos pękającej pod naporem silnej szczęki kości.

Break nie mogąc zasnąć postanowił sprawdzić co u Reima. Szedł szerokim korytarzem zdobionym licznymi obrazami z głową pełną niespokojnych myśli. Nie dawała mu spokoju ostatnia rozmowa z Nim. Był naprawdę wściekły, gdy wychodziłem, pomyślał. Mam nadzieję, że już się uspokoił.
Doszedłszy do pokoju Reima, otworzył powoli drzwi nie chcąc go obudzić. W środku panował półmrok, przez który Breakowi udało się dostrzec łóżko. Poczuł ukłucie niepokoju, nie widząc wózka i wypukłości pod kołdrą, która sugerowałaby, że ktoś leży w łóżku. Aby się upewnić podszedł bliżej. Zauważył pomiętą pościel i poduszkę leżącą na podłodze. Szybkim ruchem chwycił za drzwi obok prowadzące do łazienki; tam też nikogo nie było. Stał przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się gorączkowo, gdzie się podział Reim aż przypomniała mu się ich rozmowa na spacerze.
"A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer?"
Break zacisnął ręce w pięści, zaklął pod nosem i wybiegł na zewnątrz.

Idąc cały czas ścieżką, z łatwością po kilkunastu minutach zauważył wózek inwalidzki. Podszedł do niego i zaczął się rozglądać myśląc, gdzie mógł się podziewać jego właściciel. Nagle usłyszał jęk. Odwrócił się i zobaczył Reima.

środa, 28 września 2016

Część 8.

Z głębi lasu wydobywało się chłodne powietrze. Reim zauważył, że w nim również jest niepokojąco cicho. Normalnie dałoby się słyszeć pohukiwania sów a tutaj tak jak w ogrodzie wszystko wydaje się całkowicie martwe, pomyślał.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w jego kierunku.

Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi. Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa, zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych, obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów, zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.

Po przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze. To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał. Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o tym pomyśleć.

piątek, 16 września 2016

Część 7.

W środku panowała niezmącona cisza. Nie wiedząc czemu, czuł przemożną potrzebę pójścia do pokoju, który zawsze zajmował, gdy zostawał tu na noc. Kierowany tym ruszył po schodach na piętro. Jego pokój znajdował się na końcu korytarza. Wszedł do środka i rozejrzał się. Jest identycznie jak w tamtym śnie, pomyślał czując ukłucie niepokoju.
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.

Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.

Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.

Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.


* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...

piątek, 9 września 2016

Część 6.

Reim zszedł z łóżka i podszedł do niego. Na zewnątrz pogoda była jeszcze bardziej pochmurna niż, gdy ostatni raz wyglądał. Niebo pokrywały czarne deszczowe chmury zabierając podwiędłej już roślinności dostęp do światła słonecznego.
Nagle zauważył coś kątem oka. Po lewo, w miejscu gdzie zaczynał się las, widniał dziwny cień. Znajdował się on pomiędzy kilkoma drzewami. Był wysoki na około dwa metry i niezwykle chudy. Reim nie zwrócił by nawet na niego uwagi, gdyby nie to, że wyglądał on dziwnie nienaturalnie. Niby był cieniem ale wyglądało to tak jakby stał.
Kiedy tak się w niego wpatrywał z zastanowieniem, niby-cień niespodziewanie się poruszył. Reim krzyknął i odskoczył od okna potykając się o bok łóżka tak, że wylądował na nim plecami w dół. Szybko dźwignął się na do pozycji siedzącej podpierając się przy tym ramionami.
Stworzenie sunęło z niezwykłą prędkością ku niemu stając się coraz wyższe.
W momencie, gdy dotknęło swoimi długimi, czarnymi rękoma szyby zakratowanego okna, Reim wybudził się z wrzaskiem.
Rozejrzał się z niepokojem po pomieszczeniu. Na szczęście był w swoim "nowym" pokoju. Nie zdążył dobrze usiąść, kiedy do środka wbiegł przestraszony Break.
Dysząc cicho, spytał.
- Co się stało?
- Nic - oznajmił szybko.
- Jeśli nic, to czemu krzyczałeś?
Reim wzruszył ramionami.
- Dlatego, że śnił mi się koszmar.
- Znowu?
- Zno-? - urwał, przypomniawszy sobie o wcześniejszym kłamstwie. - Tak, znowu. Ale to nic takiego.
- Jak to nic takiego?! - krzyknął Break. - Przecież ty się cały trzęsiesz! I jescze ta całkowicie przepocona koszula!
Podszedł do Reima i zaczął ściągać mu górną cześć piżamy.
- Co robisz? - zapytał z lekka zaniepokojony Reim.
- Jak to co? Trzeba ci zmienić tę koszulę i bandaże. Chyba nie chcesz dostać zapalenia płuc, nie?
Reim nic na to nie odpowiedział. Patrzył tylko jak Xerxes zrzucił na pobliskie krzesło koszulę i z niebywałą ostrożnością ściągał mu opatrunek. Jego oczom po raz kolejny pokazały się rozległe, dziwnie zabliźnione rany na klatce piersiowej. Nie chcąc zbyt długo tego oglądać, spojrzał na okno i przeszedł go nagły dreszcz.
Widok za oknem był dosłownie taki sam jak w tym koszmarze.
Zaczął niespokojnie wodzić wzrokiem po podwórku, szukając niby-cienia. Na całe szczęście nigdzie go nie było.
Poczuł delikatny ale stanowczy uścisk na lewym ramieniu. Kiedy odwracał głowę w jego kierunku, nos otarł mu się o zimny policzek. Rubinowe oko wpatrywało się w niego z zatroskaniem z niewielkiej odległości.
- Co się dzieje, Reim? Źle się czujesz?
Reim westchnął cicho i już miał odpowiedzieć, gdy wtem go zobaczył.
Niby-cień stał w otwartych drzwiach, wpatrując się w Reima przez ramię albinosa.
Reim mógł mu się teraz przyjrzeć dokładniej. Był tak wysoki, że pomimo mocno zgarbionej postawy, niczym u dzwonnika z Notre Dame dosięgał tym co prawdopodobnie było głową progu. Miał długie, chude, zakończone czarnymi szponami ręce i takie same nogi. Całkowicie białe ślepia, którymi obserwował Reima zajmowały prawie całą jego twarz.
Stworzenie lekko zachwiało się do przodu jakby nie mogąc zdecydować się czy wykonać krok. Spomiędzy posiniałych i popękanych od wysuszenia warg Reima wydobył się donośny wrzask.
Szybko podpierając się rękoma odsunął się do tyłu, uderzając plecami o parapet i szeroko rozwartymi, rozhisteryzowanymi oczyma patrzył jak potwór tym razem powoli zbliża się do niego.
Tymczasem zdumiony i zarazem zaniepokojony Break rzucił się kolanami na łóżko i mocno chwycił za ramiona Reima.
-Uspokój się! - krzyknął, szarpiąc go tak, że aż ten uderzył tyłem głowy w szybę.
Ale Reim nie zważając na to dalej krzyczał jak opętany i drżącym palcem wskazywał na niby-cień. Zanim Xerxes zdążył odwrócić głowę by sprawdzić co wywołało taką reakcję u jego przyjaciela, niby-cień odbił się od ziemi i przyczepił do sufitu. Nastepnie wyciągnął swą niezwykle długą, szponiastą rękę w stronę Reima próbując go dotknąć.
Okularnik desperacko odepchnął od siebie Breaka i spadł wraz z nim z łóżka lądując na jego klatce piersiowej. Kątem oka dojrzał jak stworzenie odczepia od sufitu drugą rękę i trzymając się tylko tylnymi kończynami wyciąga je w jego kierunku, chcąc go chwycić.
Spanikowany zaczął cały dygotać. Nie wiedząc co robić, przycisnął zapłakaną twarz do purpurowej koszuli albinosa i czekał aż niby-cień go dopadnie.
Ale nic się nie wydarzyło.
Czuł jak Break podnosi się na łokciach. Czuł też jak wpatruje się w niego. Gdy udało mu się trochę uspokoić, podniósł niepewnie głowę i rozejrzał się na wszystkie strony, nie pomijając przy tym sufitu.
Ku jego zdumieniu nie tylko było na nim śladów czyjejkolwiek obecności ale również w ogóle nigdzie nie było tego stworzenia. Spojrzał na Breaka, czując jego zimną dłoń na swoich przepoconych włosach. Ten patrzył na niego z autentycznym współczuciem.
Co...?
- G... gdzie on jest? - zapytał, jąkając się.
- Jaki "on"?
- Jak to jaki?! - Reim krzyknął, nie panując nad sobą. - Przecież był tuż za tobą! Nie mogłeś go nie zobaczyć!
Szarpał za poły białego płaszczu Breaka wciąż na niego krzycząc.
- To...!
Urwał, kiedy niespodziewanie albinos niezbyt mocno uderzył go otwartą dłonią w twarz.
Reim spojrzał na niego zaskoczony.
- Nikogo ani niczego tu nie było. Po prostu coś ci się przywidziało - powiedział Break ze stoickim spokojem. - Powiem o dzisiejszym incydencie doktorowi Owenowi. On na pewno coś na to zaradzi.
Nastepnie delikatnie uniósł Reima, położył go na łóżku i dodał.
- W międzyczasie powinieneś trochę odpocząć. Na razie zostawię cię w spokoju.
Wyszedł, powoli zamykając ze sobą drzwi tak aby nie trzaskać.
Leżąc w bezruchu, Reim skupił się na uspokojeniu oddechu. Tak bardzo go to pochłonęło, że nie zwrócił uwagi, kiedy po raz kolejny się wyłączył.

Tym razem będąc w tym samym ogrodzie co zawsze, postanowił spróbować pójść w stronę rezydencji.
Z zaskoczeniem zauważył, że teraz, w przeciwieństwie do ostatniej próby, faktycznie poruszał się do przodu. Niewiele zajęło mu dojście do hebanowych drzwi. Nie pukając, pociągnął za klamkę, która z łatwością ustąpiła pod naporem jego dłoni.

środa, 24 sierpnia 2016

Część 5.

Parę minut zajęło mu dojście do siebie. Doktor Owen cały czas siedział na krześle obok przyglądając mu się ze zmartwionym wyrazem twarzy.
Reim wyjąkał wciąż zdezorientowany.
- Co się stało?
Owen momentalnie się ożywił i szybko odpowiedział.
- Nic specjalnego. Proszę się nie martwić. Po prostu pan zemdlał. Zważywszy na pana stan to normalna reakcja na taką informację.
Reim w milczeniu spojrzał na widok za oknem. Zauważył, że jest już poranek.
Tym razem krajobraz nie jest tak piękny jak ostatnio, pomyślał. W istocie niebo było dość pochmurne. Cały obraz wydawał się być jakiś martwy. Reim nie potrafił wytłumaczyć sobie tego odczucia. Po prostu wszystko jakby stało się wyblakłe. W dodatku na zewnątrz nie zauważył absolutnie nikogo ani niczego. Nawet ptaków. Poza tym nie było również wcale wiatru.
Nagle Reim poczuł potrzebę zmiany tematu na coś bardziej zwykłego.
- Chyba niedługo będzie burza - zastanawiał się na głos nie odrywając wzroku od szyby.
- Być może.
Reim spojrzał na lekarza i dodał.
- W końcu wszystko dookoła sprawia wrażenie kompletnie martwego. To trochę przykry widok, prawda?
Przez krótki moment wydawało mu się, że widzi dziwny błysk w oczach Owena.
- Tak.
Wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom. Łapiąc za klamkę rzucił przez ramię.
- W każdym bądź razie proszę skupić się raczej na swoim zdrowiu aniżeli na widoku za oknem.
Wyszedł. Reim patrzył się zdziwiony na drzwi jeszcze przez kilka minut.
Czy on... nie miał przypadkiem zdenerwowanego głosu?

Następne dwa tygodnie minęły w całkowitej rutynie. Raz na cztery dni odwiedzał go doktor Owen sprawdzając jak się czuje. Przez resztę czasu opiekował się nim Break. Raz na jakiś czas mignęła mu za rogiem jakaś pokojówka w czasie przejażdżek na wózku ale nigdy nie widział ich twarzy. Za każdym razem, kiedy próbował którąś dogonić, ta znikała gdzieś bez śladu niczym duch.
Poza nimi ani razu nie widział nikogo w posiadłości. Xerxes powiedział mu, że znajdują się w rezydencji Rainsworth. Dziwnym było dla niego to, że w ogóle jej nie rozpoznał. Co więcej, wciąż wydaje mu się obca.
Gdy podzielił się tym spostrzeżeniem ze swoim przyjacielem, w odpowiedzi usłyszał tylko.
- Och, Reim, przecież przeszedłeś tak wiele, że możesz jej nie poznawać.
Przez ten cały sielankowy okres ilekroć pytał się o to co się działo przez ten cały czas i dlaczego nie pamięta, był przez swoich rozmówców zbywany. Zawsze z tym dziwnym błyskiem w oczach i zirytowanym tonem.
W czasie jednego z wieczorów, gdy Break pomagał mu się przebrać w piżamę, przyszło mu coś do głowy.
- Xerx?
- Tak? - powiedział uprzejmie okrywając Reima kołdrą.
- Gdzie jest Sharon?
Break na chwilę zamarł pochylony nad łóżkiem. Przez jego bladą twarz przemknął grymas wściekłości, który nie uciekł uwadze Reima.
Jednakże niemal od razu został on zastąpiony ciepłym uśmiechem.
- Panienka jest w innej posiadłości. Chciała dać ci jak najwięcej ciszy i spokoju - urwał i dokończył tonem, przez który z lekka przebijała się gorycz. - Dlatego zamiast zadawać tyle bezsensownych pytań, zajmij się odpoczynkiem.
Nim Reim zdążył cokolwiek powiedzieć, ten gwałtownym ruchem ściągnął mu okulary z nosa, rzucił je na blat szafki i pośpiesznie wyszedł trzaskając drzwiami.

W środku nocy zbudziły go głośne kroki na korytarzu. Śniło mu się coś nietypowego. Mianowicie był w jakimś całkowicie ciemnym pomieszczeniu. Słyszał w nim jedynie dziecięcy chichot i jakieś posapywania. Poza tym nic się nie działo aż nagle obudziły go te hałasy.
Kierowany ciekawością postanowił sprawdzić co się dzieje. Być może w końcu czegoś się dowiem, zastanowił się.
Najciszej jak umiał, po wcześniejszym założeniu okularów, dźwignął się na wózek stojący tuż przy jego łóżku. Był wdzięczny, że Xerxes zawsze pamięta o tym, aby naoliwić koła. Gdyby nie to, ciężko byłoby wyjechać na zwiady z trzeszczącym pojazdem.
Podjechał powoli do drzwi i wyjrzał przez dziurkę od klucza. Nie zauważył nikogo na zacienionym korytarzu. Nie słyszał też już żadnych dźwięków. Powoli pociągnął więc za klamkę i wychylił dla pewności głowę na zewnątrz. Obydwie strony holu ginęły w nieprzeniknionym mroku.
Reim powoli wyjechał na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Starał sobie przypomnieć, w którą stronę znikały te kroki. W prawo, stwierdził. Następnie wykręcił wózek i ruszył wgłąb holu.
Jadąc cały czas prosto zaczął słyszeć z oddali niewyraźne rozmowy. Kiedy dojechał do końca korytarza, jego oczom pokazały się masywne, metalowe drzwi. Dziurka od klucza była na tyle mała, że nic nie było przez nią widać.
Przyłożył więc ucho do zimnego metalu i wytężył słuch.
- Niech on przestanie zadawać t e pytania! - zawołał rozhisteryzowany głos, w którym Reim od razu rozpoznał Xerxesa.
- Uspokój się. Jeśli będziesz zachowywał się w tak nierozważny sposób, to zacznie węszyć - powiedział inny, obcy głos.
- No tak ale powoli doprowadza mnie to do szału! Od ponad dwóch tygodni prawie codziennie pyta się o to samo! - wziął głęboki, drżący oddech i dodał. - A ostatnio wspomniał jeszcze o niej...
- O kim?
- O panience Sharon.
- Co mu powiedziałeś? - spytał głos.
- Że jest w innej posiadłości po to aby mógł wypocząć.
- I uwierzył ci?
- Oczywiscie, że nie!
- Więc dlaczego zaserwowałeś mu tak głupią wymówkę, skoro wiedziałeś, że nie uwierzy?
- A co miałem powiedzieć?! Zapytał się o to tak nagle! Nic nie przychodziło mi do gło-!
Głos zabrzmiał, przerywając mu.
- Ty głupcze! Zasiałeś ziarno wątpliwości w jego i tak już podejrzliwej głowie! Teraz na pewno będzie zacieklej szukał odpowiedzi na te swoje durne pytania! Nie można pozwolić, żeby nam przeszkadzał!
Nagle w pokoju rozległy się odgłosy tłuczenia i rzucania. Kiedy po chwili umilkły, lekko zasapany głos rzekł z cichą nutą groźby.
- Masz natychmiast iść do tamtego pokoju i upewnić się, że dalej tam jest. Od tej chwili masz również bacznie obserwować jego poczynania i lepiej dobierać odpowiedzi.
- Zrozumiałem - odparł zrezygnowany Break.
Po drugiej stronie w kierunku drzwi zaczęły się zbliżać powolne kroki. Spanikowany Reim szybko oderwał się od metalu i wykręcił wózek o 180 stopni.
Ruszył czym prędzej w stronę pokoju jak najszybciej przybierając rękoma.
Tak się rozpędził, że prawie minął swój pokój. Gdy udało mu się wyhamować, szarpnął za klamkę i wjechał do sypialni zamykając za sobą drzwi.
Okrywał się szczelnie kołdrą, w momencie kiedy Break wszedł do środka.
Od razu spostrzegł, że Reim nie śpi.
- Dlaczego nie śpisz?
Przestraszony i zdyszany ucieczką, Reim odpowiedział siląc się na spokój.
- Niedawno wybudziłem się z dość przerażającego koszmaru.
Albinos przyjrzał się spoconej i zaczerwienionej twarzy.
- I to cię tak zmęczyło? - zapytał sceptycznie.
- Ach, to... - Reim spojrzał zażenowany na swojego rozmówcę. - Po prostu, kiedy tak leżałem po obudzeniu zachciało mi się do toalety i... - przerwał na chwilę. - tak mi wstyd o tym mówić ale, gdy myłem ręce, zerknąłem na swoje odbicie w lustrze i wydawało mi się, że widzę tam postać z tego koszmaru.
- I?
Policzki Reima jeszcze bardziej poczerwieniały.
- I prawie spadłem z wózka. W panice wleciałem tutaj i rzuciłem się na łóżko.
Przez chwilę Break przyglądał mu się w zamyśleniu rozważając czy mówi prawdę.
Reim doszedł do wniosku, że jednak mu uwierzył, kiedy odparł.
- W porządku. W takim razie pójdę już.
Gdy zamknęły się za nim cicho, westchnął z ulgą. Zamiast spróbować zasnąć zaczął zastanawiać się nad tym co usłyszał.
Myślał nad tym do kogo należał ów tajemniczy głos i dlaczego Xerxes był taki zdenerwowany.
W każdym razie, stwierdził, muszę na siebie uważać.
Był tak pogrążony w myślach, że nie zauważył kiedy zasnął.

Śniło mu się, że siedzi w swojej dawnej sypialni. Wszystko było tam takie samo jak za dawnych lat. Nawet najdrobniejsze szczegóły się zgadzały. Tylko jedno nie; okno było zakratowane od środka jak w jakimś więzieniu.