Reim leżał skulony w rogu swojej sypialni. Patrzył zapłakanym
wzrokiem na drzwi bojąc się, że niby-cienie wrócą i znowu będą mu robić t
e r z e c z y. Nie wiedział ile minęło od momentu, gdy ocknął się w
tamtej kuchni. Po prostu całkiem stracił poczucie czasu. Zresztą
stwierdził, że i tak mu na nim nie zależy, że już na niczym mu nie
zależy. Z początku próbował uciec z tego miejsca albo chociaż z nimi
walczyć ale nic to nie dawało. Dalej tkwił w tym piekle, w którym
zamknął go Owen.
Powoli podźwignął swoje poturbowane ciało. Nie był
jakoś szczególnie poraniony, przynajmniej fizycznie. Jego ciało
pokrywały tylko blizny po płytkich, niezbyt długich cięciach oraz
siniaki, które akurat zawdzięczał tylko i wyłącznie własnej głupocie.
Natomiast z jego psychiką już nie było tak kolorowo. Coraz częściej
popadał naprzemiennie w ataki paniki i apatii. Teraz obecna była
inercja. Rozejrzał się dla pewności po znajomym pomieszczeniu i
zataczając się z wycieńczenia emocjonalnego, ruszył na dół.
W kuchni
jak zawsze panowały pustki. Usiadł więc na jedynym w pokoju krześle i
spojrzał na pusty talerz. Brzuch zaburczał ale on nawet nie próbował
przeszukiwać szafek w poszukiwaniu jakiegokolwiek jedzenia, ponieważ
wiedział, że to bezcelowe. Spojrzał na piętrzący się za szybą ogród. Na
zewnątrz wciąż padało a niebo w dalszym ciągu pozostawało usłane
szarymi, gęstymi chmurami, zza których nie przebijał się nawet
pojedyńczy promień słoneczny. Zerknął na samotnie stojącą altankę i
postanowił, że się tam przejdzie.
Zanim doszedł pod jej daszek,
deszcz zdążył już zaserwować mu dogłębną, darmową kąpiel, co wcale mu
nie przeszkadzało. Przysiadł w milczeniu na pomalowanej na biało
ławeczce i począł wpatrywać się tępo w równie biały stolik. Nawet nie
próbował spojrzeć na właściciela olbrzymiej dłoni, która wylądowała na
jego przemoczonych włosach. Nie musiał. Wiedział, że należy do jednego z
nich - niby-cieni. Kiedy przed nim oraz obok niego pojawili znikąd się
kolejni, tylko zapłakał cichutko pod nosem.
- Bezużyteczny...
Reim odwrócił się szukając wzrokiem tego, który wypowiedział tę obelgę.
Jego oczy po chwili padły na zdegustowaną twarz albinosa.
- Naprawdę bezużyteczny śmieć - powtórzył Break.
Reim chciał coś na to odpowiedzieć ale wyprzedził go inny znajomy głos.
- Racja, i jeszcze jaki pewny siebie - zachichotała Sharon.
- No nie? Siedzi tylko w tych papierkach całe dnie i myśli sobie jaki
jest wyjątkowy i niezbędny - dodał inny przyjaciel Reima - Gilbert.
- A tak naprawdę jest nikim! - podsumował Oz.
Wszyscy się zaśmiali w głos i zaczęli odchodzić gdzieś w mrok.
Reim usiłował ich dogonić i dowiedzieć się o co chodzi lecz gdy
spróbował podnieść nogę, zauważył, że czarne ręce wystające z podłogi
trzymają go w żelaznym uścisku. Stracił równowagę i upadł na kolana. Z
tyłu dobiegł go kolejny chichot. Odwrócił głowę i zobaczył stojącego nad
nim z szerokim uśmiechem Breaka.
- Xerx? Co się dzieje?
- Nie wiesz? - zarechotał albinos. - Już nie jesteś nikomu potrzebny, Reim!
- Hę?! O czym ty mówisz?!
Break zaśmiał się głośno i odparł.
- Mówię, że już nikt cię nie chce. Nawet ona - wskazał palcem w jakimś kierunku.
Reim spojrzał tam i zobaczył znudzoną Lily.
- O taaak. Pan Reim jest nuuudny. Nawet Bandersnatch'owi się znudził.
- No to co powinniśmy z nim zrobić? - spytał Xerxes.
- Jak to co? Zabić! - padła wesoła odpowiedź.
W tym momencie obydwoje rzucili się na okularnika i zaczęli dosłownie
wciskać go w podłogę, która nagle zmieniła się w smolistą substancję.
Reim szarpał się i próbował im wyrwać ale byli wręcz przerażająco silni.
Czuł jak ta smoła wlewa mu się do rozwartych od krzyków ust. W końcu
zatonął w niej całkowicie.
Obudził się
z jękiem i od razu ociężale się podniósł. Wciąż był w altance ale
kompletnie sam. Niby-cienie gdzieś musiały sobie pójść. Wstał i wrócił
zmęczony, mimo tego, że dopiero się wybudził do rezydencji. Kiedy dotarł
z powrotem do sypialni, padł na niezbyt wygodne łóżko i ponownie
zasnął.
To wszystko, ta nowa rzeczywistość wyglądała cały czas
identycznie. Gdy nie spał śniąc jedynie koszmary, to pojawiające się
znikąd niby-cienie maltretowały jego umysł a następnie znikały bez
śladu. Zmiana nastąpiła niespodziewanie. Otóż pewnego razu tak jak to
zawsze miało miejsce te stworzenia bawiły się nim. Reim szarpał się na
wszystkie strony i krzyczał, kiedy wkładały mu swoje długie palce do
uszu, dobierając się do jego mózgu. Wierzgał również, gdy wkładały mu
całe ręce do szeroko rozwartych ust tak głęboko, że czuł jak ściskają mu
swoimi dłońmi narządy wewnętrzne.
Wtem mrugnął tylko i nagle
znalazł się w innym pomieszczeniu! Wyglądało ono jak średniowieczne
lochy - nierówne ściany przyozdabiały wiszące z nich łańcuchy a sam
pokój składał się na starą szafę oraz na stół, do którego jakimś cudem
został przykuty. Wierzgnął gwałtownie lecz całkowicie bezskutecznie.
Znów był unieruchomiony.
Niespodziewanie poczuł w nodze przejmujący
ból. Z trudem uniósł głowę z blatu. Jego oczom ukazał się tym razem
jeden niby-cień, który dociskał mu rozżarzony do czerwoności pręt do ów
bolejącej kończyny. Krzyknął i spanikowany spróbował odsunąć nogę od
narzędzia ale jego chaotyczne działania spowodowały jedynie, że
stworzenie jeszcze bardziej docisnęło pręt do skóry. Zajęty krzyczeniem
nie zauważył, kiedy za jego głową wyrósł następny niby-cień. Ten z kolei
wsadził mu bez wahania w oczodół swoje długie palce i wyszarpał mu
prawą gałkę oczną. Wepchnął mu ją głęboko do gardła, co wywołało u niego
silne odruchy wymiotne. Następnie przy pomocy swoich szponów z
zadziwiająca łatwością rozpruł mu klatkę piersiową niczym zawodowiec i
rozszerzył ranę ręką. Począł wyjmować po kolei wszystkie wnętrzności
Reima i zapychać mu nimi usta. Czuł językiem oślizgły smak jego własnych
trzewi, które zabierały mu nie tylko możliwość krzyczenia ale również
powietrze. Gęsta krew spływała licznymi stróżkami ze stołu prosto na
brudną podłogę. Reim bezskutecznie starał się wypluć flaki lecz za
każdym razem gdy udawało mu się trochę je wypchnąć, istota wpychała je
mu jeszcze głębiej.
Kiedy w końcu skończyły, zamiast odejść jak
zawsze, jedynie puściły go i rozstąpiły się. Reim znów był w sypialni,
cały i fizycznie zdrowy a po wcześniejszych zabiegach nie było nawet
śladu. Na środku pomieszczenia stanął niby-reim, którego pamiętał z
wydarzeń w lesie. Stał on w milczeniu trzymając coś w ręku i patrzył z
góry obojętnie na zwiniętego na podłodze Reima. Po chwili podszedł do
niego i wciąż nie wydając najmniejszego dźwięku podał mu to co wcześniej
trzymał, po czym wraz z innymi rozpłynął się w powietrzu. Reim spojrzał
na przedmiot. Był to stary, pluszowy zając. W wielu miejscach
pozszywany spoglądał jakby smętnie oczkami z czarnych guzików. Reim
patrząc na zabawkę poczuł dziwne ukłucie niepokoju w żołądku. Dlatego
rzucił maskotkę tak, że ta odbiła sie od ściany i wylądowała koło łóżka w
drugiej części pokoju, wciąż patrząc w kierunku okularnika swymi
martwymi oczkami.
Po kolejnej "zabawie" z niby-cieniami Reim
powrócił do owej sypialni i znów skulił się w tym samym miejscu na
podłodze. Zamknął oczy i spróbował zasnąć tak jak zawsze.
<Dzień dobry~>
Reim otworzył szeroko oczy słysząc jakby w swojej głowie obcy, dość
dziecinny głos. Rozejrzał się po pokoju ale nikogo nie dostrzegł.
Położył więc głowę z powrotem na ziemi i opuścił powieki.
<Dlaczego się ze mną nie pobawisz~?>
Zdezorientowany tym razem podniósł się do pozycji siedzącej. Jego wzrok
padł na przewróconą maskotkę. Niezdecydowanie doczołgał się do niej i
złapał mocno ją za pluszową łapkę.
<Ała! Nie tak mocno! To boli!>
Z ust Reima wydobył się stłumiony krzyk. Odrzucił on pluszowego zajączka i wybiegł z pokoju.
Sytuacja powtarzała się. Od tamtego czasu Reim ciągle gdy był w pobliżu
zabawki, słyszał ten głos w swojej głowie, który próbował zawzięcie
zachęcić go do zabawy. Bał się jej. Ta zabawka naprawdę napawała go
ogromnym lękiem. Nawet większym niż niby-cienie. Ale któregoś razu,
kiedy znów wrócił wyczerpany emocjonalnie po tym co tym razem robiły mu
te cienie, spojrzał dziwnym wzrokiem na pluszaka.
<Cześć! Pobawisz się ze mną w końcu~?>
Reim stał w milczeniu w progu wciąż nie odrywając od niego wzroku.
<No proooszę. Tak bardzo się nuuudzę~>
Powolutku, chwiejąc się, zbliżył się do zająca i padł przed nim na kolana. Nastepnie uniósł go drżącymi rękoma do góry.
<Łiii~! Dzięki, że nareszcie się mną zainteresowałeś~. Jak się nazywasz?>
- Reim - odparł szeptem.
<Huh, ale dziwne imię. Ale cóż, nie powinienem oceniać w końcu swojego nie mam. Ej! A może byś mnie jakoś nazwał, co?>
Reim przez chwilę wpatrywał się nieprzytomnymi oczami na tę dziwną maskotkę aż nareszcie odezwał się cicho.
- Może... "Pan Królik"...
<Hahaha, serio? Zająca nazywasz królikiem? Dobry jesteś, gościu. Ale może być. No to od dziś jestem Panem Królikiem~>*
Wcale nie przeszkadzał mu kpiący śmiech zabawki. Na ułamek sekundy w
oczach Reima dało się zauważyć nawet jakąś iskierkę radości. W końcu
odkąd się tu znalazł, to była jego najdłuższa i jedyna konwersacja.
Od tamtej pory Reim wszędzie miał przy sobie Pana Królika, z którym
rozmawiał przez większość czasu o wszystkim i niczym. Raz kiedy
siedzieli w kuchni, znów usłyszał on głos rozbrzmiewający w jego głowie.
Spuścił więc wzrok i spojrzał na maskotkę na swoich kolanach.
<Wiesz, mam genialny pomysł! Może zamiast cały czas tak siedzieć i
nic nie robić, wybralibyśmy się na wycieczkę? Kocham wycieczki~! Zawsze
chciałem wybrać się do wesołego miasteczka. Co ty na to?>
Reim patrzył przez chwilę mętnie aż w końcu kiedy przetworzył słowa swojego nowego przyjaciela, spytał.
- Ale jak? Przecież stąd nie można wyjść.
<Uuuh! Jesteś tak mało kreatywny! Wystarczy po-my-śleć~. Po prostu
wyobraź sobie, że jesteś w jakimś fajnym wesołym miasteczku~>
Zrobił tak jak mówił. Zapatrzył się na pusty stolik i zaczął wyobrażać
sobie jak wsiada razem z Panem Królikiem do wielkiej, kolorowej karuzeli
razem z innymi ludźmi. Potem oczami wyobraźni widział jak wszystko
wiruje, kiedy urządzenie ruszyło. Słyszał nawet pełne ekscytacji krzyki
innych pasażerów i czuł chłodny wiatr we włosach.
Doświadczając tego, uśmiechnął się lekko wciąż siedząc całkiem sam na tym niewygodnym krześle ze starą przytulanką na kolanach.
Zmęczywszy się zabawą, postanowili "wrócić". Reim zdziwił się, że nie
znajduje się już w kuchni a leży w łóżku w swojej sypialni przytulony do
Pana Królika. Kiedy odwrócił głowę, zauważył niby-reima siedzącego na
krześle przy łóżku. Patrzył on na niego z twarzą kompletnie pozbawioną
wyrazu.
Reim usiadł po turecku na pościeli, położył sobie maskotkę
między nogami i zaczął odwzajemniać nachalne spojrzenie swojego klona.
Siedzieli tak w całkowitym bezruchu przez jakieś kilkanaście minut aż w
końcu Reim zrobił coś nietypowego zważywszy na swój obecny stan. Zaśmiał
się głośno. W reakcji na to niby-reim przechylił głowę na bok, wstał i
odszedł zostawiając go samego.
Za to sam Reim podniósł się i zawołał z szerokim uśmiechem.
- Chodźmy porysować!
Pobiegł on korytarzem wciąż przyciskając do piersi Pana Królika. Po
przeszukaniu kilku pokoi w końcu znalazł ten jeden, w którym znajdowało
się dużo świecowych kredek. Rozsypał je na podłogę, na której po chwili
usiadł i zabrał się za ozdabianie śnieżnobiałej ściany.
*Jakbym posiadała jakiegoś bożka, to z pewnością ze zmęczonym westchnięciem wyszeptałabym: "mój boże etc.", ale nie mam żadnego, więc ograniczę się do uwielbianego przez większość polaków i polek "o, kurwa. Czemu jestem tak bardzo zjebaną istotą?". - Z kwitnącą zazdrością pozdrawiam wszystkie ludzkie zwłoki!
sobota, 4 lutego 2017
niedziela, 1 stycznia 2017
Część 12.
Cała trójka podeszła do niego. Reim z zaskoczeniem zauważył, że
dwoje z nich zbliżyło się do niego z mieszanką fascynacji i strachu w
oczach.
Doktor Owen pochyliwszy się nad nim, powiedział.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że samopoczucie panu dopisuje.
- Nie powiedziałbym - parsknął Reim.
Owen spojrzał na niego ze sztucznym smutkiem.
- Ach, to okropne. Jednakże nie powinien się pan martwić - i dodał szeroko się uśmiechając. - Niebawem już nigdy nie będzie się pan źle czuł.
Reim zmrużył oczy i spytał.
- Co masz na myśli?
- Ależ nic takiego - zaśmiał się.
- Jak to nic?! W takim razie co ja tu robię i co się działo przez ten cały czas?!
- Przecież już wielokrotnie panu mówiono, że miał pan wypadek i-
No właśnie nikt nic nie mówił.
- Jaki wypadek?! - Reim przerwał mu gwałtownie. - Uważasz, że bycie psią zabawką to wypadek?!
Owen spoważniał.
- Ach, więc przypomniał pan sobie - wyciągnął rękę i pogłaskał go po głowie jak małe zwierzątko. - Ale to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia, ponieważ Mama stwierdził, że to wszystko trwa zdecydowanie za długo i należy przyśpieszyć przebudzenie.
- Przebudzenie? - powtórzył niepewnie.
- Owszem. Właśnie dlatego się tu znajdujemy.
Podszedł tanecznym krokiem do dużej maszyny przypominającej kształtem jeden z wielkich dzwonów, które widział, będąc kiedyś ze swoją matką w kościele. Z pod ów dzwonu wystawało wiele długich kabli i cienkich rurek zakończonych przyssawkami. Z tyłu natomiast wystawało drewniane koło z korbką.
Owen chwycił wszystkie porozrzucane rurki oraz kable i z powrotem podszedł do Reima.
- To mój, drogi panie - wskazał wolną ręką na urządzenie. - jest maszyna, która przyspieszy cały proces.
- Jaki proces?
- Przebudzenia, jak mówiłem wcześniej.
Reim wierzgnął bezskutecznie chcąc się uwolnić.
- Jakie przebudzenie? - zapytał.
- Cóż, myślę, że nic się nie stanie, jeśli panu powiem. Zamierzamy obudzić w panu Irdlirvirissonga.
- Irdli... co?
Lekarz zignorował jego pytanie i zamiast tego zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.
- Kangee, Tate, podłączcie go a ja ją uruchomię.
Jeden z ciemnoskórych młodzieńców podszedł do niego i wziął stertę kabli i gumowych rurek. Rozdzielił je na dwie części i jedną z nich podał swojemu koledze. Obaj podeszli do Reima i zaczęli mu je w różne miejsca przyczepiać lub wtykać. Jeden z nich na siłę zapchał mu dwiema niewielkimi, jasnoróżowymi rurkami dziurki od nosa. Wsadził mu je tak głęboko, że Reim zdziwił się, iż nie przebiły mu one mózgu. Inne przewody zostały przy pomocy przyssawek mocno uczepione skóry jego czoła. Drugi z lekarzy skupił się na przyczepianiu ich na jego klatce piersiowej i udach. Kiedy skończyli, odsunęli się nieznacznie od stołu i dumnie lecz wciąż z widocznym lękiem patrzyli na swoją pracę.
Gdy Owen zobaczył, że już wszystko jest przygotowane, powiedział jeszcze "dobranoc" i pociągnął za wajchę zakończoną czerwonym uchwytem.
Siedział przy stoliku, na którym stał jedynie pusty talerz. Podniósł zdezorientowany głowę i rozejrzał się. Kuchnia. Był w kuchni. I to bardzo znajomej kuchni. Wstał niepewnie i podszedł do okna ukazującego widok na altankę. Na zewnątrz padał gęsty deszcz przez co krajobraz wydawał się być pozbawiony życia.
Nagle mrugnął zdziwiony i odskoczył od szyby prawie się przewracając. Był już tutaj! Przypomniało mu się wszystko. Wspomnienia z Lily, rozmowa z Xerxesem, dwójka mężczyzn przyczepiająca mu do ciała różnorakie kable i rurki...
Oczy rozwarły mu się szeroko. To to miejsce! To, w którym tak często się pojawiał! Pomyślał o niby-cieniach, które tutaj spotykał i wybiegł w popłochu na dwór.
Nie zważając na lodowate i ciężkie krople deszczu biegł cały czas przed siebie, chcąc jakoś stąd uciec. Jednakże okazało się to niewykonalne. Gdy znalazł się już przy furtce, stwierdził, że jest odwrotna sytuacja do tej, którą doświadczał tak wiele razy. Nie mógł przez nią przejść. Niezależnie od tego ile biegł obraz jedynie się oddalał a on sam wciąż pozostawał w tym samym miejscu.
W końcu zmęczony padł kolanami na zabłoconą ziemię i zapłakał cicho.
Długo. Trwa to już zbyt długo, stwierdził Reim siedząc w kuchni na tym samym krześle, na którym "zbudził się" jakiś czas temu. Czekał tak w bezruchu aż się obudzi z tego snu ale nic się nie działo. Normalnie zawsze po niezbyt długim czasie wracał a tu nic. W dodatku Reim zauważył, że pomimo upływu wielu godzin, pogoda na zewnątrz wydawała się w ogóle nie zmieniać. W końcu wstał znudzony i postanowił się rozejrzeć po posiadłości.
Najpierw postanowił sprawdzić sypialnię, w której obudził się ostatnim razem ale nic tam nie znalazł. Tak samo w pozostałych pokojach na piętrze. Ruszył więc niżej ale tam było identycznie pusto. Została już do sprawdzenia jedynie piwnica. Reim wziął głęboki wdech patrząc na niknące w mroku schody i powoli, schodek po schodku zaczął schodzić na dół. Gdyby nie ściana, której się podpierał, to już kilka razy zdążył by spaść.
Kiedy znalazł się nareszcie na samym dole, zastygł w bezruchu i wyciągnął z kieszeni wcześniej znalezione pudełko zapałek. Zapalił jedną ale ta od prawie razu zgasła parząc go w palce. Zaklął pod nosem na swoją głupotę. Dlaczego nie zrobił sobie wcześniej jakiejś pochodni czy coś?!
Powoli zaczął sunąć po ziemi woląc nie odrywać od niej stóp, by na coś nie wejść. Gdy stwierdził, że już wystarczająco oddalił się od wyjścia, zdecydował zapalić kolejną zapałkę.
Coś zobaczył. Nie był pewien co dokładnie, ponieważ to zaraz zniknęło wraz z płomieniem kolejnej zapałki. Zresztą nawet nie chciał się temu przyglądać. Spanikowany na ślepo uciekł z piwnicy i pobiegł prosto do punktu wyjścia - kuchni.
Usiadł na krześle próbując się uspokoić, kiedy nagle dotarło do niego. Drzwi! Biegiem, zdyszany wrócił do piwnicy, żeby je zamknąć ale było już za późno. W progu stał w pełnej krasie niby-cień.
Doktor Owen pochyliwszy się nad nim, powiedział.
- Dzień dobry. Mam nadzieję, że samopoczucie panu dopisuje.
- Nie powiedziałbym - parsknął Reim.
Owen spojrzał na niego ze sztucznym smutkiem.
- Ach, to okropne. Jednakże nie powinien się pan martwić - i dodał szeroko się uśmiechając. - Niebawem już nigdy nie będzie się pan źle czuł.
Reim zmrużył oczy i spytał.
- Co masz na myśli?
- Ależ nic takiego - zaśmiał się.
- Jak to nic?! W takim razie co ja tu robię i co się działo przez ten cały czas?!
- Przecież już wielokrotnie panu mówiono, że miał pan wypadek i-
No właśnie nikt nic nie mówił.
- Jaki wypadek?! - Reim przerwał mu gwałtownie. - Uważasz, że bycie psią zabawką to wypadek?!
Owen spoważniał.
- Ach, więc przypomniał pan sobie - wyciągnął rękę i pogłaskał go po głowie jak małe zwierzątko. - Ale to i tak nie ma już najmniejszego znaczenia, ponieważ Mama stwierdził, że to wszystko trwa zdecydowanie za długo i należy przyśpieszyć przebudzenie.
- Przebudzenie? - powtórzył niepewnie.
- Owszem. Właśnie dlatego się tu znajdujemy.
Podszedł tanecznym krokiem do dużej maszyny przypominającej kształtem jeden z wielkich dzwonów, które widział, będąc kiedyś ze swoją matką w kościele. Z pod ów dzwonu wystawało wiele długich kabli i cienkich rurek zakończonych przyssawkami. Z tyłu natomiast wystawało drewniane koło z korbką.
Owen chwycił wszystkie porozrzucane rurki oraz kable i z powrotem podszedł do Reima.
- To mój, drogi panie - wskazał wolną ręką na urządzenie. - jest maszyna, która przyspieszy cały proces.
- Jaki proces?
- Przebudzenia, jak mówiłem wcześniej.
Reim wierzgnął bezskutecznie chcąc się uwolnić.
- Jakie przebudzenie? - zapytał.
- Cóż, myślę, że nic się nie stanie, jeśli panu powiem. Zamierzamy obudzić w panu Irdlirvirissonga.
- Irdli... co?
Lekarz zignorował jego pytanie i zamiast tego zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy.
- Kangee, Tate, podłączcie go a ja ją uruchomię.
Jeden z ciemnoskórych młodzieńców podszedł do niego i wziął stertę kabli i gumowych rurek. Rozdzielił je na dwie części i jedną z nich podał swojemu koledze. Obaj podeszli do Reima i zaczęli mu je w różne miejsca przyczepiać lub wtykać. Jeden z nich na siłę zapchał mu dwiema niewielkimi, jasnoróżowymi rurkami dziurki od nosa. Wsadził mu je tak głęboko, że Reim zdziwił się, iż nie przebiły mu one mózgu. Inne przewody zostały przy pomocy przyssawek mocno uczepione skóry jego czoła. Drugi z lekarzy skupił się na przyczepianiu ich na jego klatce piersiowej i udach. Kiedy skończyli, odsunęli się nieznacznie od stołu i dumnie lecz wciąż z widocznym lękiem patrzyli na swoją pracę.
Gdy Owen zobaczył, że już wszystko jest przygotowane, powiedział jeszcze "dobranoc" i pociągnął za wajchę zakończoną czerwonym uchwytem.
Siedział przy stoliku, na którym stał jedynie pusty talerz. Podniósł zdezorientowany głowę i rozejrzał się. Kuchnia. Był w kuchni. I to bardzo znajomej kuchni. Wstał niepewnie i podszedł do okna ukazującego widok na altankę. Na zewnątrz padał gęsty deszcz przez co krajobraz wydawał się być pozbawiony życia.
Nagle mrugnął zdziwiony i odskoczył od szyby prawie się przewracając. Był już tutaj! Przypomniało mu się wszystko. Wspomnienia z Lily, rozmowa z Xerxesem, dwójka mężczyzn przyczepiająca mu do ciała różnorakie kable i rurki...
Oczy rozwarły mu się szeroko. To to miejsce! To, w którym tak często się pojawiał! Pomyślał o niby-cieniach, które tutaj spotykał i wybiegł w popłochu na dwór.
Nie zważając na lodowate i ciężkie krople deszczu biegł cały czas przed siebie, chcąc jakoś stąd uciec. Jednakże okazało się to niewykonalne. Gdy znalazł się już przy furtce, stwierdził, że jest odwrotna sytuacja do tej, którą doświadczał tak wiele razy. Nie mógł przez nią przejść. Niezależnie od tego ile biegł obraz jedynie się oddalał a on sam wciąż pozostawał w tym samym miejscu.
W końcu zmęczony padł kolanami na zabłoconą ziemię i zapłakał cicho.
Długo. Trwa to już zbyt długo, stwierdził Reim siedząc w kuchni na tym samym krześle, na którym "zbudził się" jakiś czas temu. Czekał tak w bezruchu aż się obudzi z tego snu ale nic się nie działo. Normalnie zawsze po niezbyt długim czasie wracał a tu nic. W dodatku Reim zauważył, że pomimo upływu wielu godzin, pogoda na zewnątrz wydawała się w ogóle nie zmieniać. W końcu wstał znudzony i postanowił się rozejrzeć po posiadłości.
Najpierw postanowił sprawdzić sypialnię, w której obudził się ostatnim razem ale nic tam nie znalazł. Tak samo w pozostałych pokojach na piętrze. Ruszył więc niżej ale tam było identycznie pusto. Została już do sprawdzenia jedynie piwnica. Reim wziął głęboki wdech patrząc na niknące w mroku schody i powoli, schodek po schodku zaczął schodzić na dół. Gdyby nie ściana, której się podpierał, to już kilka razy zdążył by spaść.
Kiedy znalazł się nareszcie na samym dole, zastygł w bezruchu i wyciągnął z kieszeni wcześniej znalezione pudełko zapałek. Zapalił jedną ale ta od prawie razu zgasła parząc go w palce. Zaklął pod nosem na swoją głupotę. Dlaczego nie zrobił sobie wcześniej jakiejś pochodni czy coś?!
Powoli zaczął sunąć po ziemi woląc nie odrywać od niej stóp, by na coś nie wejść. Gdy stwierdził, że już wystarczająco oddalił się od wyjścia, zdecydował zapalić kolejną zapałkę.
Coś zobaczył. Nie był pewien co dokładnie, ponieważ to zaraz zniknęło wraz z płomieniem kolejnej zapałki. Zresztą nawet nie chciał się temu przyglądać. Spanikowany na ślepo uciekł z piwnicy i pobiegł prosto do punktu wyjścia - kuchni.
Usiadł na krześle próbując się uspokoić, kiedy nagle dotarło do niego. Drzwi! Biegiem, zdyszany wrócił do piwnicy, żeby je zamknąć ale było już za późno. W progu stał w pełnej krasie niby-cień.
sobota, 3 grudnia 2016
Część 11.
Po incydencie z Breakiem rolę opiekunki Reima przejęła kruczoczarna
pokojówka, którą pamiętał z sytuacji w łazience, kiedy to uciekła przed
nim z krzykiem. Wbrew temu niezbyt przyjemnemu pierwszemu wrażeniu,
okazała się być bardzo miła i pomocna. Reim dowiedział się, że na imię
jej Nistaranga.
- To dość... egzotyczne imię - stwierdził pewnego dnia Reim.
Dziewczyna speszona odparła tylko.
- Tak... Mój ojciec nie jest stąd. To on mi je nadał.
Za każdym razem, gdy prosił Owena o możliwość odwiedzenia Xerxesa, ten zawsze odpowiadał mu.
- Break jest bardzo chory i nie należy zakłócać mu spokoju.
Reimowi ta odpowiedź zaczęła się bardzo nie podobać, kiedy serwowano mu ją nawet miesiąc później. Ile można się leczyć po takim epizodzie? Rok?, zastanawiał się zaniepokojony. Dlatego postanowił, że poszuka go i odwiedzi na własną rękę. Mógł poprosić o pomoc Nistarangę ale obawiał się, że ona pomimo swojego niezwykle miłego usposobienia i naturalnej chęci do pomocy, również będzie starała się odwieść go od tego.
Jednej z nocy wymknął się z pokoju tak jak ostatnim razem lecz gdy znalazł się na korytarzu, uświadomił sobie, że przecież nie wie gdzie go zabrano. Cholera, pomyślał ale chwilę później stwierdził, że będzie po prostu szukać na ślepo.
Ruszył powoli w stronę, gdzie jak mu się zdawało znajdowało się skrzydło szpitalne. Dotarłszy tam, zaczął po kolei ostrożnie zaglądać do pokoi. Większość z nich okazała się być pusta. Zrezygnowany chwycił za klamkę ostatniego z pomieszczeń i tak jak w poprzednich przypadkach powoli wsunął głowę do środka.
W sali panował półmrok. W jego ciemności z trudem udało mu się dojrzeć cienką sylwetkę, znajdującą się na szpitalnym łóżku. Reim popchnął drzwi i wjechał do pomieszczenia, zamykając je za sobą starannie. Na chwilę zalała go fala euforii na widok swojego przyjaciela ale minęła ona niemal od razu, gdy dostrzegł trzymające go grube pasy i kroplówkę podłączoną do lewej ręki. Reim wyciągnął przed siebie drżącą rękę i delikatnie szarpnął go za ramię, chcąc go zbudzić. Na ten gest Break poruszył niespokojnie głową i wydał z siebie dziwny bulgot. Kiedy Reim ponowił próbę lecz ciut mocniej, prawa powieka albinosa powoli uniosła się do góry.
Reim odruchowo wzdrygnął się, zobaczywszy jego wzrok. Oko Breaka, dziwnie zamglone, jakby znajdował się pod wpływem jakiś silnych leków, wpatrywało się w pustą przestrzeń sufitu.
- Xerx? - szepnął Reim.
Break na dźwięk Reima wierzgnął gwałtownie na tyle na ile pozwalały mu pasy.
- Xerx, to ja Reim. Poznajesz mnie? - ponowił.
Na krótką chwilę Break oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Reima. Jak w zwolnionym tempie widział jak zaraz jego oko rozszerza się w panice a wargi rozchylają się do krzyku. Chcąc go powstrzymać, Reim szybko wyciągnął ręce i zakrył nimi jego usta i szepnął nieco zbyt ostro.
- Nie! Proszę nie krzycz. Chcę tylko porozmawiać.
Break nie odrywał od niego przerażonego oka, gdy ten powoli zabrał ręce z jego twarzy.
- Xerx, powiedz mi proszę. O czym wtedy krzyczałeś?
- Nie pamiętasz? - zadał kolejne pytanie widząc niepewność na twarzy Breaka.
Nagle z jego rubinowego oka zaczęły toczyć się gęste łzy a wargi zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały.
- Xerx, błagam.
Powoli usta rozchylony się nieznacznie. Break mówił tak cicho, że Reim musiał się cały nad nim pochylić, żeby móc cokolwiek usłyszeć.
- Pamiętam... wszyst... ko.
- Więc powiedz mi, dlaczego j a nic nie pamiętam.
- To przez... przez Nich.
- Nich? - powtórzył Reim.
- Tak. Oni... przyszli i obiecali, że ci pomogą, że wszystko będzie dobrze... Ja nie wiedziałem co robić... Ja-
- Ale dlaczego potrzebowałem pomocy, Xerx? - przerwał mu. - Czy to z powodu tych ran?
- Też...
- A... skąd one się wzięły? - kiedy do głowy powróciły mu tamte przerażające obrazy z małą, błękitnooką dziewczynką, dodał. - Czy to ma coś wspólnego z tym dzieckiem, o którego się wcześniej pytałem?
Na to Break drgnął a jego twarz znów zbladła i to tak mocno, że wyglądało to jakby miał zaraz zwymiotować, ale tym razem odpowiedział.
- T-tak... To ona... ONA DO TEGO DOPROWADZIŁA! - krzyknął nagle.
Reim spanikowany znów zakneblował rękoma usta Breaka i poprosił rozpaczliwie.
- Naprawdę nie krzycz!
Znowu zabrał ręce ale dopiero wtedy, kiedy Break się uspokoił.
- Ta mała, przeklęta wiedźma to wszystko zaczęła - kontynuował płaczliwym głosem. - Ale to Oni zrobili TO.
- "To" to znaczy co? - spytał Reim.
Tym razem Xerxes już nic nie powiedział. Jego oczy na powrót zrobiły się puste i pozbawione wyrazu. Gdy okularnik chciał spróbować raz jeszcze zwrócić swoją uwagę na Breaka, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze, wzdłuż jego kręgosłupa przemknął nagły dreszcz. Odniósł wrażenie, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Odwrócił się i wtedy zobaczył co wywołało u niego to uczucie. W pustym kącie pomieszczenia, na lewo od drzwi stał Niby-Reim. Ten sam, którego spotkał w lesie. Siedział na wózku jak wryty, nie wiedząc co począć. Jego sobowtór powolnym krokiem podszedł do niego i w całkowitym milczeniu wyciągnął prawą rękę ku Reimowi, dotykając opuszkiem palca jego czoła. Ten nagle pod wpływem okropnego bólu spadł z krzykiem na podłogę. Nie potrwał on długo, gdyż zanim do sali zdążył wbiec lekarz, jego świadomość pochłonął mrok.
Reim obudził się w swoim starym łóżku. Nie będąc pewnym jak się tu znalazł, podniósł się powoli i spuścił nogi na ziemię. Wtem zobaczył coś co utwierdziło go w przekonaniu, że to kolejny sen. Jego lewa stopa była na swoim miejscu. Dla pewności uniósł też do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy. Skóra na jego klatce piersiowej była jak najbardziej w porządku.
Podźwignął się powoli z łóżka i otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz. Korytarz był pusty. Ruszył więc na dół. Kierowany nagłym głodem, skręcił w stronę kuchni. W środku również panowała cisza. Przez poranne promienie słoneczne widać było maleńkie drobinki kurzu, tańczące w powietrzu. Reim zbliżył się do jednej z kremowych szafek. Wewnątrz jednak nie było kompletnie nic. To samo znajdowało się w pozostałych szafkach. Z westchnięciem rezygnacji podszedł do okna. Pomimo słońca oświetlającego pomieszczenie, na dworze było ponuro. Olbrzymie krople deszczu spadały na poszarzały krajobraz, mocząc wszystko na swojej drodze. Reim spojrzał w kierunku niewielkiej altanki. Przez chwilę poczuł jak jego serce stanęło. Przy jednej z dwóch białych ławeczek stało kilka Niby-cieni. Patrzyli się wszyscy swoimi śnieżnobiałymi oczyma prosto na niego.
Reim odskoczył jak poparzony i nie wiedząc co robić, pobiegł z powrotem na górę; do sypialni. Susem doskoczył do drzwi i zamknął je za sobie z trzaskiem.
Tam też byli. Czekali na niego. Stali po drugiej stronie pokoju, na przeciwko drzwi; na przeciwko Reima. Chwycił i z całych sił szarpnął za klamkę lecz zamek nie chciał puścić. O mój Boże, pomyślał a następnie zrezygnowany spojrzał na cienie przed nim i zsunął się plecami po drzwiach. Gdy powoli przybliżyły się i pochyliły nad nim, podciągnął kolana pod brodę rękoma i schował głowę nie chcąc na nie patrzeć. Później poczuł jak ich podłużne, czarne ręce dotkają jego głowy. Wrzasnął z powodu gwałtownego napływu fali wspomnień. Przed oczami mignęła mu ta sama dziewczynka co wtedy; Lily, przypomniał sobie. Następne obrazy były już tylko gorsze, gorsze nawet od niby-cieni.
Jego umysł zatonął w zagubionych wspomnieniach, stając się coraz to bardziej ciężkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jakim błogosławieństwem była niepamięć.Widział małą, śmiejącą się radośnie w obliczu tej makabry Lily, widział jej ukochanego pupilka, który czerpał przyjemność z torturowania go, widział pokryte zaschniętą krwią, jego krwią ściany z litego kamienia i w końcu widział siebie: wychudzonego i okaleczonego mężczyznę, topiącego się w krwistej posoce, która wypływała z niego przez liczne rany. W późniejszym czasie była już tylko czerń i ból.
Reim leżał w podartych ubraniach, które miał na sobie na przyjęciu w rezydencji Yury. Przypominał on starą, zużytą lalkę, której nikt już nie potrzebuje. Na to, że jeszcze w ogóle żył wskazywała jedynie słabo unosząca się klatka piersiowa, chcąca dostarczyć choć trochę tlenu do powoli umierających płuc. Niegdyś karmelowe oczy, dziś obłędu i świadomości nieuchronnego końca nie raczyły nawet spojrzeć na przerażoną postać, zbliżającą się ku niemu.
- Reim! - Xerxes wydał z siebie pełny cierpienia i goryczy krzyk, padając na kolana przy swoim najlepszym przyjacielu.
- Reim, tak bardzo mi przykro! Nie chciałem, żeby do tego doszło! - zawodził, szlochając i głaszcząc najdelikatniej jak tylko potrafił głowę Reima, którą wcześniej ułożył sobie na kolanach. - Mówiłem, prosiłem, abyś z nami nie szedł!
Break nie zważając na wszechobecną juchę, przytulił do siebie rozpadające się w oczach ciało i zaczął je kołysać jakby do snu.
Wtem do pomieszczenia weszła niska pokojówka o czarnych włosach i powiedziała cicho z dziwnym akcentem
- Ja wiem jak można uratować pańskiego przyjaciela.
Break spojrzał na nią ostrożnie z mieszającą się na jego zapłakanej twarzy rozpaczą i nadzieją.
- Jak? - spytał.
- Cóż, najpierw musi pan coś dla nas zrobić.
Reim z wyraźnym trudem otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się w jakimś innym pomieszczeniu. Przypominało ono raczej laboratorium aniżeli zwykły pokój. Kiedy chciał się poruszyć, stwierdził, że znów przywiązany jest pasami do łóżka. Historia lubi się powtarzać, pomyślał. I faktycznie coś w tym było. Otóż, miał nieodparte wrażenie, że już niejednokrotnie tu był ale nie mógł się nad tym zastanowić, bo mózg zalany miał wspomnieniami z Lily i Bandersnatchem w rolach głównych. Stwierdził, że w każdym bądź razie najpierw musi się stąd wydostać i dowiedzieć się co wydarzyło się później, co sprawiło, że dalej tu jest i to żywy.
Nie dano mu możliwości nawet spróbowania wymyślenia jakiegoś planu ucieczki. Do pokoju pełnego przeróżnych lekarskich przyrządów wszedł Harrison Owen wraz z dwoma obcymi mężczyznami o dość ciemnej, nietutejszej karnacji, którzy najwyraźniej również byli lekarzami co Reim poznał po kitlach.
- To dość... egzotyczne imię - stwierdził pewnego dnia Reim.
Dziewczyna speszona odparła tylko.
- Tak... Mój ojciec nie jest stąd. To on mi je nadał.
Za każdym razem, gdy prosił Owena o możliwość odwiedzenia Xerxesa, ten zawsze odpowiadał mu.
- Break jest bardzo chory i nie należy zakłócać mu spokoju.
Reimowi ta odpowiedź zaczęła się bardzo nie podobać, kiedy serwowano mu ją nawet miesiąc później. Ile można się leczyć po takim epizodzie? Rok?, zastanawiał się zaniepokojony. Dlatego postanowił, że poszuka go i odwiedzi na własną rękę. Mógł poprosić o pomoc Nistarangę ale obawiał się, że ona pomimo swojego niezwykle miłego usposobienia i naturalnej chęci do pomocy, również będzie starała się odwieść go od tego.
Jednej z nocy wymknął się z pokoju tak jak ostatnim razem lecz gdy znalazł się na korytarzu, uświadomił sobie, że przecież nie wie gdzie go zabrano. Cholera, pomyślał ale chwilę później stwierdził, że będzie po prostu szukać na ślepo.
Ruszył powoli w stronę, gdzie jak mu się zdawało znajdowało się skrzydło szpitalne. Dotarłszy tam, zaczął po kolei ostrożnie zaglądać do pokoi. Większość z nich okazała się być pusta. Zrezygnowany chwycił za klamkę ostatniego z pomieszczeń i tak jak w poprzednich przypadkach powoli wsunął głowę do środka.
W sali panował półmrok. W jego ciemności z trudem udało mu się dojrzeć cienką sylwetkę, znajdującą się na szpitalnym łóżku. Reim popchnął drzwi i wjechał do pomieszczenia, zamykając je za sobą starannie. Na chwilę zalała go fala euforii na widok swojego przyjaciela ale minęła ona niemal od razu, gdy dostrzegł trzymające go grube pasy i kroplówkę podłączoną do lewej ręki. Reim wyciągnął przed siebie drżącą rękę i delikatnie szarpnął go za ramię, chcąc go zbudzić. Na ten gest Break poruszył niespokojnie głową i wydał z siebie dziwny bulgot. Kiedy Reim ponowił próbę lecz ciut mocniej, prawa powieka albinosa powoli uniosła się do góry.
Reim odruchowo wzdrygnął się, zobaczywszy jego wzrok. Oko Breaka, dziwnie zamglone, jakby znajdował się pod wpływem jakiś silnych leków, wpatrywało się w pustą przestrzeń sufitu.
- Xerx? - szepnął Reim.
Break na dźwięk Reima wierzgnął gwałtownie na tyle na ile pozwalały mu pasy.
- Xerx, to ja Reim. Poznajesz mnie? - ponowił.
Na krótką chwilę Break oderwał wzrok od sufitu i spojrzał na Reima. Jak w zwolnionym tempie widział jak zaraz jego oko rozszerza się w panice a wargi rozchylają się do krzyku. Chcąc go powstrzymać, Reim szybko wyciągnął ręce i zakrył nimi jego usta i szepnął nieco zbyt ostro.
- Nie! Proszę nie krzycz. Chcę tylko porozmawiać.
Break nie odrywał od niego przerażonego oka, gdy ten powoli zabrał ręce z jego twarzy.
- Xerx, powiedz mi proszę. O czym wtedy krzyczałeś?
- Nie pamiętasz? - zadał kolejne pytanie widząc niepewność na twarzy Breaka.
Nagle z jego rubinowego oka zaczęły toczyć się gęste łzy a wargi zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały.
- Xerx, błagam.
Powoli usta rozchylony się nieznacznie. Break mówił tak cicho, że Reim musiał się cały nad nim pochylić, żeby móc cokolwiek usłyszeć.
- Pamiętam... wszyst... ko.
- Więc powiedz mi, dlaczego j a nic nie pamiętam.
- To przez... przez Nich.
- Nich? - powtórzył Reim.
- Tak. Oni... przyszli i obiecali, że ci pomogą, że wszystko będzie dobrze... Ja nie wiedziałem co robić... Ja-
- Ale dlaczego potrzebowałem pomocy, Xerx? - przerwał mu. - Czy to z powodu tych ran?
- Też...
- A... skąd one się wzięły? - kiedy do głowy powróciły mu tamte przerażające obrazy z małą, błękitnooką dziewczynką, dodał. - Czy to ma coś wspólnego z tym dzieckiem, o którego się wcześniej pytałem?
Na to Break drgnął a jego twarz znów zbladła i to tak mocno, że wyglądało to jakby miał zaraz zwymiotować, ale tym razem odpowiedział.
- T-tak... To ona... ONA DO TEGO DOPROWADZIŁA! - krzyknął nagle.
Reim spanikowany znów zakneblował rękoma usta Breaka i poprosił rozpaczliwie.
- Naprawdę nie krzycz!
Znowu zabrał ręce ale dopiero wtedy, kiedy Break się uspokoił.
- Ta mała, przeklęta wiedźma to wszystko zaczęła - kontynuował płaczliwym głosem. - Ale to Oni zrobili TO.
- "To" to znaczy co? - spytał Reim.
Tym razem Xerxes już nic nie powiedział. Jego oczy na powrót zrobiły się puste i pozbawione wyrazu. Gdy okularnik chciał spróbować raz jeszcze zwrócić swoją uwagę na Breaka, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze, wzdłuż jego kręgosłupa przemknął nagły dreszcz. Odniósł wrażenie, że ktoś jeszcze jest w pokoju. Odwrócił się i wtedy zobaczył co wywołało u niego to uczucie. W pustym kącie pomieszczenia, na lewo od drzwi stał Niby-Reim. Ten sam, którego spotkał w lesie. Siedział na wózku jak wryty, nie wiedząc co począć. Jego sobowtór powolnym krokiem podszedł do niego i w całkowitym milczeniu wyciągnął prawą rękę ku Reimowi, dotykając opuszkiem palca jego czoła. Ten nagle pod wpływem okropnego bólu spadł z krzykiem na podłogę. Nie potrwał on długo, gdyż zanim do sali zdążył wbiec lekarz, jego świadomość pochłonął mrok.
Reim obudził się w swoim starym łóżku. Nie będąc pewnym jak się tu znalazł, podniósł się powoli i spuścił nogi na ziemię. Wtem zobaczył coś co utwierdziło go w przekonaniu, że to kolejny sen. Jego lewa stopa była na swoim miejscu. Dla pewności uniósł też do góry śnieżnobiałą koszulę od piżamy. Skóra na jego klatce piersiowej była jak najbardziej w porządku.
Podźwignął się powoli z łóżka i otworzył drzwi prowadzące na zewnątrz. Korytarz był pusty. Ruszył więc na dół. Kierowany nagłym głodem, skręcił w stronę kuchni. W środku również panowała cisza. Przez poranne promienie słoneczne widać było maleńkie drobinki kurzu, tańczące w powietrzu. Reim zbliżył się do jednej z kremowych szafek. Wewnątrz jednak nie było kompletnie nic. To samo znajdowało się w pozostałych szafkach. Z westchnięciem rezygnacji podszedł do okna. Pomimo słońca oświetlającego pomieszczenie, na dworze było ponuro. Olbrzymie krople deszczu spadały na poszarzały krajobraz, mocząc wszystko na swojej drodze. Reim spojrzał w kierunku niewielkiej altanki. Przez chwilę poczuł jak jego serce stanęło. Przy jednej z dwóch białych ławeczek stało kilka Niby-cieni. Patrzyli się wszyscy swoimi śnieżnobiałymi oczyma prosto na niego.
Reim odskoczył jak poparzony i nie wiedząc co robić, pobiegł z powrotem na górę; do sypialni. Susem doskoczył do drzwi i zamknął je za sobie z trzaskiem.
Tam też byli. Czekali na niego. Stali po drugiej stronie pokoju, na przeciwko drzwi; na przeciwko Reima. Chwycił i z całych sił szarpnął za klamkę lecz zamek nie chciał puścić. O mój Boże, pomyślał a następnie zrezygnowany spojrzał na cienie przed nim i zsunął się plecami po drzwiach. Gdy powoli przybliżyły się i pochyliły nad nim, podciągnął kolana pod brodę rękoma i schował głowę nie chcąc na nie patrzeć. Później poczuł jak ich podłużne, czarne ręce dotkają jego głowy. Wrzasnął z powodu gwałtownego napływu fali wspomnień. Przed oczami mignęła mu ta sama dziewczynka co wtedy; Lily, przypomniał sobie. Następne obrazy były już tylko gorsze, gorsze nawet od niby-cieni.
Jego umysł zatonął w zagubionych wspomnieniach, stając się coraz to bardziej ciężkim. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jakim błogosławieństwem była niepamięć.Widział małą, śmiejącą się radośnie w obliczu tej makabry Lily, widział jej ukochanego pupilka, który czerpał przyjemność z torturowania go, widział pokryte zaschniętą krwią, jego krwią ściany z litego kamienia i w końcu widział siebie: wychudzonego i okaleczonego mężczyznę, topiącego się w krwistej posoce, która wypływała z niego przez liczne rany. W późniejszym czasie była już tylko czerń i ból.
Reim leżał w podartych ubraniach, które miał na sobie na przyjęciu w rezydencji Yury. Przypominał on starą, zużytą lalkę, której nikt już nie potrzebuje. Na to, że jeszcze w ogóle żył wskazywała jedynie słabo unosząca się klatka piersiowa, chcąca dostarczyć choć trochę tlenu do powoli umierających płuc. Niegdyś karmelowe oczy, dziś obłędu i świadomości nieuchronnego końca nie raczyły nawet spojrzeć na przerażoną postać, zbliżającą się ku niemu.
- Reim! - Xerxes wydał z siebie pełny cierpienia i goryczy krzyk, padając na kolana przy swoim najlepszym przyjacielu.
- Reim, tak bardzo mi przykro! Nie chciałem, żeby do tego doszło! - zawodził, szlochając i głaszcząc najdelikatniej jak tylko potrafił głowę Reima, którą wcześniej ułożył sobie na kolanach. - Mówiłem, prosiłem, abyś z nami nie szedł!
Break nie zważając na wszechobecną juchę, przytulił do siebie rozpadające się w oczach ciało i zaczął je kołysać jakby do snu.
Wtem do pomieszczenia weszła niska pokojówka o czarnych włosach i powiedziała cicho z dziwnym akcentem
- Ja wiem jak można uratować pańskiego przyjaciela.
Break spojrzał na nią ostrożnie z mieszającą się na jego zapłakanej twarzy rozpaczą i nadzieją.
- Jak? - spytał.
- Cóż, najpierw musi pan coś dla nas zrobić.
Reim z wyraźnym trudem otworzył oczy. Zauważył, że znajduje się w jakimś innym pomieszczeniu. Przypominało ono raczej laboratorium aniżeli zwykły pokój. Kiedy chciał się poruszyć, stwierdził, że znów przywiązany jest pasami do łóżka. Historia lubi się powtarzać, pomyślał. I faktycznie coś w tym było. Otóż, miał nieodparte wrażenie, że już niejednokrotnie tu był ale nie mógł się nad tym zastanowić, bo mózg zalany miał wspomnieniami z Lily i Bandersnatchem w rolach głównych. Stwierdził, że w każdym bądź razie najpierw musi się stąd wydostać i dowiedzieć się co wydarzyło się później, co sprawiło, że dalej tu jest i to żywy.
Nie dano mu możliwości nawet spróbowania wymyślenia jakiegoś planu ucieczki. Do pokoju pełnego przeróżnych lekarskich przyrządów wszedł Harrison Owen wraz z dwoma obcymi mężczyznami o dość ciemnej, nietutejszej karnacji, którzy najwyraźniej również byli lekarzami co Reim poznał po kitlach.
piątek, 21 października 2016
Część 10.
Siedział on w błocie oparty o pobliskie drzewo. Zamglonym i jakby
niewidzącym wzrokiem wodził niespokojnie gdzieś w dal. Cały jego prawy
bok poplamiony był zaschnięta krwią. Zauważył, że cały się lekko trząsł.
Nie reagował, gdy Break powoli zbliżył się i ukucnął przed nim. Ale
kiedy delikatnie dotknął jego ramię, Reim nagle wrzasnął jak ranne
zwierze i odepchnął od siebie albinosa tak, że ten prawie przewrócił się
na plecy. Ręce Breaka momentalnie wystrzeliły w przód wbijając się w
ramiona Reima, na co w odpowiedzi ten zaczął płakać i krzyczeć jeszcze
bardziej doniośle. Xerxes gwałtownie nim potrząsnął i przybliżając swoją
twarz do jego, zawołał.
- Reim! Słyszysz mnie?
Brak reakcji.
Break zacisnął zęby, oplótł go szczelnie ramionami i zaczął ciągnąć po ziemi w stronę wózka. Przez cały czas Reim wymachiwał rękami i nogami wrzeszcząc w niebo głosy. Z trudem Breakowi udało się posadzić go na miejscu. Nastepnie chwycił pas wystający z bocznej poręczy fotela i przywiązał mu do niego rękę. To samo zrobił z drugą oraz z nogami. Kiedy skończył, złapał za uchwyty znajdujące się z tyłu wózka i czym prędzej zabrał Reima z lasu.
Dotarłszy do środka rezydencji, zostawił na korytarzu spokojnego już Reima i pobiegł na górę.
Na piętrze wszedł do jednego z pokoi. Zobaczywszy śpiącego w łóżku Owena, doskoczył do niego i szarpiąc go za ramię, krzyknął zdyszany.
- Szybko! Coś się stało z Reimem!
Lekarz z trudem otworzył oczy i zaspanym głosem stęknął.
- Co? Mógłbyś powtórzyć?
Na to Break sfrustrowany sytuacją zrzucił doktora z łóżka i powiedział.
- Rusz się! Na dół! Teraz!
Owen niewiele rozumiejąc podźwignął się na nogi i najszybciej jak mógł pobiegł w piżamie za Breakiem.
Reim wciąż nie był w stanie w ogóle się poruszyć, gdy to psisko konsumowało najwyraźniej, sądząc po merdającym ogonie, niezwykle szczęśliwe jego lewą stopę. Przez chwilę wydawało mu się, że z oddali słyszy jakieś przytłumione głosy lecz to wrażenie szybko minęło, kiedy po pomieszczeniu echem rozniósł się śmiech dziewczynki stojącej w pobliżu i spoglądającej na niego podekscytowanymi, szeroko rozwartymi oczami. Im dłużej na nią patrzył tym bardziej wydawała mu się znajoma ale nie mógł sobie jej przypomnieć.
Wydał z siebie zduszony skrzek, kiedy nagle to zwierze, czyste 500 funtów żywej wagi, skoczyło mu na pierś. Potwór przysunął swój paskudny, umazany krwią Reima pysk do jego twarzy. Reim ledwo oddychając, patrzył z przerażeniem w jego mleczne ślepia oczekując najgorszego.
Jednakże kolejny atak nie nadszedł. Zamiast tego pies odskoczył do tyłu ze skowytem i uderzył łbem o ścianę. To dziewczynka nie wiadomo kiedy podeszła do nich i gwałtownie szarpnęła swojego zwierzaka za obrożę.
Uklęknęła obok Reima i spytała.
- Eeej, panie Reim? Dlaczego się wcale nie ruszasz ani nic nie mówisz?
Kiedy nie doczekała się reakcji, pochyliła się nad jego twarzą i delikatnie dotknęła jego zabrudzonego policzka.
- Jesteś taki zimny... Źle się czujesz? Może powinnam iść po doktora?
Lecz Reim wciąż nie mógł wydać z siebie żadnego, nawet najcichszego odgłosu. Potrafił jedynie zbolałym wzrokiem patrzeć na jej niewinną twarzyczkę.
Dziewczynka w końcu zabrała swoją dłoń i wstała.
- Bandersnatch! Koniec zabawy na dzisiaj. Trzeba dać trochę odpocząć panu Reimowi.
I wyszli, zamykając za sobą żelazne drzwi.
Reim dalej leżał tak jak go zostawili. Nie wiedział co się stało, skąd się tu wziął. Pamiętał, że był w tym lesie i gonił go ten dziwny sobowtór a potem ni stąd ni zowąd się tu pojawił.
Nagle cały obraz zaczął mu się rozmazywać i falować a powieki stały się ciężkie. Czuł jakby się unosił w powietrzu jak liść na wietrze. To wrażenie nasilało się stopniowo aż w końcu zastąpiła je tak dobrze mu znana czerń.
Obudził się z wrzaskiem nie wiedząc co się dzieje. Zajęło mu dobrą chwilę zorientowanie się, że jest w swoim pokoju. Był okropnie obolały i niespokojny. Chcąc zmienić pozycję na siedzącą, z przerażeniem stwierdził, że jest pasami przywiązany do łóżka. Wciąż wierzgał się i rzucał bezskutecznie, kiedy do pomieszczenia wszedł Break.
- Dzięki Bogu! Nareszcie się obudziłeś! - wykrzyknął i podszedł bliżej.
- Co tu się dzieje?! Dlaczego jestem związany?!
Xerxes pochylił się nad Reimem i lekko pogłaskał go po głowie jak małe dziecko a następnie odparł.
- Nie przejmuj się tym. To nic takiego. Naprawdę.
- Przestańcie ciągle zbywać mnie takimi tekstami! Masz mi natychmiast powiedzieć dlaczego jestem związany! - odwarknął Reim.
Break westchnął z rezygnacją. Na chwilę na jego pobłażliwa twarz przybrała wyraz zmęczenia i przygnębienia. Nie próbując się już wymigiwać, zaczął wyjaśniać.
- Po tym jak udało mi się cię znaleźć tam w lesie, zacząłeś się bardzo dziwnie zachowywać. Wrzeszczałeś, szarpałeś się i najwyraźniej wcale mnie nie poznawałeś. Musiałem przykuć cię do wózka żebyś nie spadł po drodze i nie zrobił sobie jeszcze większej krzywdy - uciął, by nalać sobie trochę wody z dzbanka stojącego na komodzie obok. - Kiedy dotarliśmy do rezydencji, poszedłem po doktora Owena, żeby się tobą zajął.
- Wciąż nie powiedziałeś mi czemu jestem unieruchomiony - upomniał się Reim.
- Czemu? No bo rzucałeś się w amoku na wszystkie strony! Mieliśmy pozwolić ci dalej się ranić?
Reim w zamyśleniu wpatrywał się w skórzane pasy, gdy Xerxes znów się odezwał.
- No ale skoro teraz już wróciły ci wszystkie zmysły, to nie ma sensu dłużej cię tak trzymać, nie?
Wstał niepewnie i powoli rozpiął bruneta. Następnie znów usiadł na swoim miejscu, chwycił szklankę z wodą i patrzył w całkowitym milczeniu w swoje odbicie.
- Xerx, - zaczął po paru minutach Reim. - mam pytanie.
- Słucham.
- Kim jest mała dziewczynka o niebieskich oczach i jasnobrązowych włosach, chodzącą w płaszczu Baskerville'ów?
Od razu po usłyszeniu tego pytania, szklanka Breaka wysunęła mu się z dłoni i z hukiem rozbiła o podłogę, mocząc swoją zawartością jego buty.
- Xerx? - spytał Reim, patrząc zaniepokojony na oniemiałą twarz swojego przyjaciela.
- Dlaczego pytasz? - padła po minucie odpowiedź.
Reim zapytał zrezygnowanym głosem.
- Czemu ty nigdy normalnie nie odpowiadasz tylko bawisz się w takie podchody?
- DLACZEGO PYTASZ?! - wrzasnął Break tak niespodziewanie, że aż jego rozmówca prawie podskoczył.
Następnie wstał gwałtownie, przewracając krzesło, zrobił sztywno kilka kroków do tylu i wbił paznokcie w skórę głowy.
- Dlaczego?! Dlaczego?! DLACZEGO?! - jego spanikowane oczy omiatały pomieszczenie, unikając skutecznie Reima. - Czemu mi to robisz?! Przecież ja nie zawiniłem! To nie moja wina! To wszystko przez Nich!!
Reim pomimo utrzymującego się w boku bólu, szybko zszedł z łóżka i doczołgał się do Breaka, gdy ten osunął się na podłogę i docisnął plecy do ściany. Z otwartych ust ciekła mu gęsta ślina a z prawego okna spływały słone łzy.
Reim wyciągnął ręce i lekko potrząsnął swoim przyjacielem. Ten w odpowiedzi jedynie podciągnął kolana pod brodę i wydał z siebie głośny szloch.
- Xerxes! Powiedz mi co się stało - błagał okularnik. - Dlaczego nic nie pamiętam? Co tu się wyprawia?
Głos Breaka wydał się niezwykle bezbronny i pełen rozpaczy.
- Ja chciałem tylko pomóc. To nie moja wina. Skąd mogłem wiedzieć. Oni mówili, że wszystko będzie dobrze. Obiecali - bełkotał.
Reim ujął twarz w obie dłonie i zmusił go, by na niego spojrzał.
- Xerx, wyjaśnij mi proszę co nie jest twoją winą.
- Wszystko! - krzyknął. - To Ich wina! Ja... ja tylko chciałem pomóc panu Reimowi!
Zanim Reim zdążył zapytać w czym chciał mu tak bardzo pomóc do pokoju wkroczył Owen.
Spojrzał szeroko rozwartymi oczami na Breaka i odsunął od niego inwalidę.
- Proszę się do niego nie zbliżać. Ja się tym zajmę.
Podszedł do albinosa, wyjmując z płaszcza napełnioną strzykawkę z igłą i z wprawą wbił mu ją w szyję, wstrzykując zawartość prosto do żyły. Po zaledwie kilkunastu sekundach oczy Breaka zaczęły się powoli zamykać aż w końcu zapadł w głęboki sen. Widząc to lekarz westchnął z ulgą i spojrzał na Reima.
- Co się tutaj wydarzyło, że zareagował tak histerycznie?
Reim z jakiegoś powodu poczuł, że nie powinien mówić mu prawdy, dlatego odparł tylko.
- Nie mam pojęcia. Rozmawialiśmy tak jak zwykle a on nagle dostał tego... hmm... ataku.
- A czy mówił może przy tym coś konkretnego?
- Nie, wcale. Bełkotał tylko jakieś niezrozumiałe rzeczy.
Na to doktor Owen skinął głową i podniósł się.
- Cóż, najpierw pomogę panu dostać się do łóżka a potem zajmę się nim - stwierdził.
- Reim! Słyszysz mnie?
Brak reakcji.
Break zacisnął zęby, oplótł go szczelnie ramionami i zaczął ciągnąć po ziemi w stronę wózka. Przez cały czas Reim wymachiwał rękami i nogami wrzeszcząc w niebo głosy. Z trudem Breakowi udało się posadzić go na miejscu. Nastepnie chwycił pas wystający z bocznej poręczy fotela i przywiązał mu do niego rękę. To samo zrobił z drugą oraz z nogami. Kiedy skończył, złapał za uchwyty znajdujące się z tyłu wózka i czym prędzej zabrał Reima z lasu.
Dotarłszy do środka rezydencji, zostawił na korytarzu spokojnego już Reima i pobiegł na górę.
Na piętrze wszedł do jednego z pokoi. Zobaczywszy śpiącego w łóżku Owena, doskoczył do niego i szarpiąc go za ramię, krzyknął zdyszany.
- Szybko! Coś się stało z Reimem!
Lekarz z trudem otworzył oczy i zaspanym głosem stęknął.
- Co? Mógłbyś powtórzyć?
Na to Break sfrustrowany sytuacją zrzucił doktora z łóżka i powiedział.
- Rusz się! Na dół! Teraz!
Owen niewiele rozumiejąc podźwignął się na nogi i najszybciej jak mógł pobiegł w piżamie za Breakiem.
Reim wciąż nie był w stanie w ogóle się poruszyć, gdy to psisko konsumowało najwyraźniej, sądząc po merdającym ogonie, niezwykle szczęśliwe jego lewą stopę. Przez chwilę wydawało mu się, że z oddali słyszy jakieś przytłumione głosy lecz to wrażenie szybko minęło, kiedy po pomieszczeniu echem rozniósł się śmiech dziewczynki stojącej w pobliżu i spoglądającej na niego podekscytowanymi, szeroko rozwartymi oczami. Im dłużej na nią patrzył tym bardziej wydawała mu się znajoma ale nie mógł sobie jej przypomnieć.
Wydał z siebie zduszony skrzek, kiedy nagle to zwierze, czyste 500 funtów żywej wagi, skoczyło mu na pierś. Potwór przysunął swój paskudny, umazany krwią Reima pysk do jego twarzy. Reim ledwo oddychając, patrzył z przerażeniem w jego mleczne ślepia oczekując najgorszego.
Jednakże kolejny atak nie nadszedł. Zamiast tego pies odskoczył do tyłu ze skowytem i uderzył łbem o ścianę. To dziewczynka nie wiadomo kiedy podeszła do nich i gwałtownie szarpnęła swojego zwierzaka za obrożę.
Uklęknęła obok Reima i spytała.
- Eeej, panie Reim? Dlaczego się wcale nie ruszasz ani nic nie mówisz?
Kiedy nie doczekała się reakcji, pochyliła się nad jego twarzą i delikatnie dotknęła jego zabrudzonego policzka.
- Jesteś taki zimny... Źle się czujesz? Może powinnam iść po doktora?
Lecz Reim wciąż nie mógł wydać z siebie żadnego, nawet najcichszego odgłosu. Potrafił jedynie zbolałym wzrokiem patrzeć na jej niewinną twarzyczkę.
Dziewczynka w końcu zabrała swoją dłoń i wstała.
- Bandersnatch! Koniec zabawy na dzisiaj. Trzeba dać trochę odpocząć panu Reimowi.
I wyszli, zamykając za sobą żelazne drzwi.
Reim dalej leżał tak jak go zostawili. Nie wiedział co się stało, skąd się tu wziął. Pamiętał, że był w tym lesie i gonił go ten dziwny sobowtór a potem ni stąd ni zowąd się tu pojawił.
Nagle cały obraz zaczął mu się rozmazywać i falować a powieki stały się ciężkie. Czuł jakby się unosił w powietrzu jak liść na wietrze. To wrażenie nasilało się stopniowo aż w końcu zastąpiła je tak dobrze mu znana czerń.
Obudził się z wrzaskiem nie wiedząc co się dzieje. Zajęło mu dobrą chwilę zorientowanie się, że jest w swoim pokoju. Był okropnie obolały i niespokojny. Chcąc zmienić pozycję na siedzącą, z przerażeniem stwierdził, że jest pasami przywiązany do łóżka. Wciąż wierzgał się i rzucał bezskutecznie, kiedy do pomieszczenia wszedł Break.
- Dzięki Bogu! Nareszcie się obudziłeś! - wykrzyknął i podszedł bliżej.
- Co tu się dzieje?! Dlaczego jestem związany?!
Xerxes pochylił się nad Reimem i lekko pogłaskał go po głowie jak małe dziecko a następnie odparł.
- Nie przejmuj się tym. To nic takiego. Naprawdę.
- Przestańcie ciągle zbywać mnie takimi tekstami! Masz mi natychmiast powiedzieć dlaczego jestem związany! - odwarknął Reim.
Break westchnął z rezygnacją. Na chwilę na jego pobłażliwa twarz przybrała wyraz zmęczenia i przygnębienia. Nie próbując się już wymigiwać, zaczął wyjaśniać.
- Po tym jak udało mi się cię znaleźć tam w lesie, zacząłeś się bardzo dziwnie zachowywać. Wrzeszczałeś, szarpałeś się i najwyraźniej wcale mnie nie poznawałeś. Musiałem przykuć cię do wózka żebyś nie spadł po drodze i nie zrobił sobie jeszcze większej krzywdy - uciął, by nalać sobie trochę wody z dzbanka stojącego na komodzie obok. - Kiedy dotarliśmy do rezydencji, poszedłem po doktora Owena, żeby się tobą zajął.
- Wciąż nie powiedziałeś mi czemu jestem unieruchomiony - upomniał się Reim.
- Czemu? No bo rzucałeś się w amoku na wszystkie strony! Mieliśmy pozwolić ci dalej się ranić?
Reim w zamyśleniu wpatrywał się w skórzane pasy, gdy Xerxes znów się odezwał.
- No ale skoro teraz już wróciły ci wszystkie zmysły, to nie ma sensu dłużej cię tak trzymać, nie?
Wstał niepewnie i powoli rozpiął bruneta. Następnie znów usiadł na swoim miejscu, chwycił szklankę z wodą i patrzył w całkowitym milczeniu w swoje odbicie.
- Xerx, - zaczął po paru minutach Reim. - mam pytanie.
- Słucham.
- Kim jest mała dziewczynka o niebieskich oczach i jasnobrązowych włosach, chodzącą w płaszczu Baskerville'ów?
Od razu po usłyszeniu tego pytania, szklanka Breaka wysunęła mu się z dłoni i z hukiem rozbiła o podłogę, mocząc swoją zawartością jego buty.
- Xerx? - spytał Reim, patrząc zaniepokojony na oniemiałą twarz swojego przyjaciela.
- Dlaczego pytasz? - padła po minucie odpowiedź.
Reim zapytał zrezygnowanym głosem.
- Czemu ty nigdy normalnie nie odpowiadasz tylko bawisz się w takie podchody?
- DLACZEGO PYTASZ?! - wrzasnął Break tak niespodziewanie, że aż jego rozmówca prawie podskoczył.
Następnie wstał gwałtownie, przewracając krzesło, zrobił sztywno kilka kroków do tylu i wbił paznokcie w skórę głowy.
- Dlaczego?! Dlaczego?! DLACZEGO?! - jego spanikowane oczy omiatały pomieszczenie, unikając skutecznie Reima. - Czemu mi to robisz?! Przecież ja nie zawiniłem! To nie moja wina! To wszystko przez Nich!!
Reim pomimo utrzymującego się w boku bólu, szybko zszedł z łóżka i doczołgał się do Breaka, gdy ten osunął się na podłogę i docisnął plecy do ściany. Z otwartych ust ciekła mu gęsta ślina a z prawego okna spływały słone łzy.
Reim wyciągnął ręce i lekko potrząsnął swoim przyjacielem. Ten w odpowiedzi jedynie podciągnął kolana pod brodę i wydał z siebie głośny szloch.
- Xerxes! Powiedz mi co się stało - błagał okularnik. - Dlaczego nic nie pamiętam? Co tu się wyprawia?
Głos Breaka wydał się niezwykle bezbronny i pełen rozpaczy.
- Ja chciałem tylko pomóc. To nie moja wina. Skąd mogłem wiedzieć. Oni mówili, że wszystko będzie dobrze. Obiecali - bełkotał.
Reim ujął twarz w obie dłonie i zmusił go, by na niego spojrzał.
- Xerx, wyjaśnij mi proszę co nie jest twoją winą.
- Wszystko! - krzyknął. - To Ich wina! Ja... ja tylko chciałem pomóc panu Reimowi!
Zanim Reim zdążył zapytać w czym chciał mu tak bardzo pomóc do pokoju wkroczył Owen.
Spojrzał szeroko rozwartymi oczami na Breaka i odsunął od niego inwalidę.
- Proszę się do niego nie zbliżać. Ja się tym zajmę.
Podszedł do albinosa, wyjmując z płaszcza napełnioną strzykawkę z igłą i z wprawą wbił mu ją w szyję, wstrzykując zawartość prosto do żyły. Po zaledwie kilkunastu sekundach oczy Breaka zaczęły się powoli zamykać aż w końcu zapadł w głęboki sen. Widząc to lekarz westchnął z ulgą i spojrzał na Reima.
- Co się tutaj wydarzyło, że zareagował tak histerycznie?
Reim z jakiegoś powodu poczuł, że nie powinien mówić mu prawdy, dlatego odparł tylko.
- Nie mam pojęcia. Rozmawialiśmy tak jak zwykle a on nagle dostał tego... hmm... ataku.
- A czy mówił może przy tym coś konkretnego?
- Nie, wcale. Bełkotał tylko jakieś niezrozumiałe rzeczy.
Na to doktor Owen skinął głową i podniósł się.
- Cóż, najpierw pomogę panu dostać się do łóżka a potem zajmę się nim - stwierdził.
Część 9.
W jego przerażonych oczach zaświeciły iskierki nadziei, kiedy ujrzał
oświetlane przez światło księżyca kontury swojego wózka. Jednakże
zgasły one w momencie, w którym poczuł silną, zaciskającą sie na kostce
jego zdrowej nogi dłoń. Niewidzialna ręka zaczęła zdecydowanymi ruchami
ciągnąć go w tył. Reim ostatkiem sił chwycił za jedno z drzew i próbował
się do niego przyciągnąć. Odczuwał coraz to silniejszy ból w napiętych
mięśniach, które nie były przyzwyczajone do takiego wysiłku. Stworzenie
nie dało za wygraną. Po chwili poczuł na prawej nodze drugą rękę. Jego
spocone dłonie zaczęły nieubłaganie ślizgać się po twardej korze.
- Nie! - krzyknął płaczliwym głosem.
Nagle jedna z rąk puściła nogę i chwyciła go za ramię odchylając do tyłu jednym szarpnięciem. Tył jego głowy uderzył o klatkę piersiową Niby-Reima. Nim zdążył cokolwiek zrobić, szara dłoń przykryła większą część jego twarzy. Wtem Reim poczuł się dziwnie ospały. Jego ciało ogarnęła taka słabość, że aż przestał się szarpać. Mimo, iż starał się utrzymać oczy otwarte, w końcu jego powieki opadły jakby pod olbrzymim ciężarem.
Reim leżał w całkowitej ciemności. Nie czuł kompletnie nic. Nie wiedział gdzie się znajduje, ani jak się tu dostał. Było tak ciemno, że nie widział nawet ścian i podłogi. A może w ogóle ich nie ma? Może nie ma tutaj niczego?, przeszło mu przez myśl.
Niespodziewanie z wywołującym ciarki zgrzytem, otworzyły się metalowe drzwi, wpuszczając nieco światła do środka. Teraz Reim był w stanie zobaczyć skrawki oświetlonych ścian, które pokryte były zaschnięta krwią. Przez chwilę dojrzał nawet uciekającego wgłąb pomieszczenia szczura o dość pokaźnych rozmiarach.
Z trudem udało mu się przenieść wzrok na postać stojąca w drzwiach. Nie mógł dostrzec jej twarzy ale po niewielkim wzroście i sukience domyślił się, że to jakaś dziewczynka. Otworzył usta, żeby zapytać się kim jest i co tutaj robi lecz z pomiędzy jego warg nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Z zaskoczeniem spróbował odruchowo unieść dłoń do twarzy, jednakże i to mu się nie udało.
Nagle dziewczynka zawołała.
- Dzień dobry, panie Reim! Nadszedł czas na zabawę! - zachichotała i przywołała swojego psa. - Bandersnatch! Możesz już zaczynać.
Zza jej pleców wyskoczyło sporych rozmiarów psisko i rzuciło się na Reima. Ten próbował zrobić unik ale wciąż nie był w stanie się chociażby poruszyć.
Co się dzieje?!
Bandersnatch skoczył mu na klatkę piersiową powodując u Reima trudności z oddychaniem i zaczął drapać ostrymi jak brzytwa pazurami jego brzuch, wbijając się w miękką tkankę tłuszczu. Reim usiłował krzyczeć i jakoś się bronić ale jego ciało w ogóle nie reagowało. Gdyby nie przejmujący ból, można by pomyśleć, że nie należy ono do niego. Kiedy pies skończył orać w jego skórze, odwrócił się i zatopił kły jego nodze. Zęby niczym pułapka na niedźwiedzie zacisnęły się wokół lewej kostki. W tle słychać było pełen radości, dziecięcy śmiech i odgłos pękającej pod naporem silnej szczęki kości.
Break nie mogąc zasnąć postanowił sprawdzić co u Reima. Szedł szerokim korytarzem zdobionym licznymi obrazami z głową pełną niespokojnych myśli. Nie dawała mu spokoju ostatnia rozmowa z Nim. Był naprawdę wściekły, gdy wychodziłem, pomyślał. Mam nadzieję, że już się uspokoił.
Doszedłszy do pokoju Reima, otworzył powoli drzwi nie chcąc go obudzić. W środku panował półmrok, przez który Breakowi udało się dostrzec łóżko. Poczuł ukłucie niepokoju, nie widząc wózka i wypukłości pod kołdrą, która sugerowałaby, że ktoś leży w łóżku. Aby się upewnić podszedł bliżej. Zauważył pomiętą pościel i poduszkę leżącą na podłodze. Szybkim ruchem chwycił za drzwi obok prowadzące do łazienki; tam też nikogo nie było. Stał przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się gorączkowo, gdzie się podział Reim aż przypomniała mu się ich rozmowa na spacerze.
"A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer?"
Break zacisnął ręce w pięści, zaklął pod nosem i wybiegł na zewnątrz.
Idąc cały czas ścieżką, z łatwością po kilkunastu minutach zauważył wózek inwalidzki. Podszedł do niego i zaczął się rozglądać myśląc, gdzie mógł się podziewać jego właściciel. Nagle usłyszał jęk. Odwrócił się i zobaczył Reima.
- Nie! - krzyknął płaczliwym głosem.
Nagle jedna z rąk puściła nogę i chwyciła go za ramię odchylając do tyłu jednym szarpnięciem. Tył jego głowy uderzył o klatkę piersiową Niby-Reima. Nim zdążył cokolwiek zrobić, szara dłoń przykryła większą część jego twarzy. Wtem Reim poczuł się dziwnie ospały. Jego ciało ogarnęła taka słabość, że aż przestał się szarpać. Mimo, iż starał się utrzymać oczy otwarte, w końcu jego powieki opadły jakby pod olbrzymim ciężarem.
Reim leżał w całkowitej ciemności. Nie czuł kompletnie nic. Nie wiedział gdzie się znajduje, ani jak się tu dostał. Było tak ciemno, że nie widział nawet ścian i podłogi. A może w ogóle ich nie ma? Może nie ma tutaj niczego?, przeszło mu przez myśl.
Niespodziewanie z wywołującym ciarki zgrzytem, otworzyły się metalowe drzwi, wpuszczając nieco światła do środka. Teraz Reim był w stanie zobaczyć skrawki oświetlonych ścian, które pokryte były zaschnięta krwią. Przez chwilę dojrzał nawet uciekającego wgłąb pomieszczenia szczura o dość pokaźnych rozmiarach.
Z trudem udało mu się przenieść wzrok na postać stojąca w drzwiach. Nie mógł dostrzec jej twarzy ale po niewielkim wzroście i sukience domyślił się, że to jakaś dziewczynka. Otworzył usta, żeby zapytać się kim jest i co tutaj robi lecz z pomiędzy jego warg nie wydobył się nawet najcichszy dźwięk. Z zaskoczeniem spróbował odruchowo unieść dłoń do twarzy, jednakże i to mu się nie udało.
Nagle dziewczynka zawołała.
- Dzień dobry, panie Reim! Nadszedł czas na zabawę! - zachichotała i przywołała swojego psa. - Bandersnatch! Możesz już zaczynać.
Zza jej pleców wyskoczyło sporych rozmiarów psisko i rzuciło się na Reima. Ten próbował zrobić unik ale wciąż nie był w stanie się chociażby poruszyć.
Co się dzieje?!
Bandersnatch skoczył mu na klatkę piersiową powodując u Reima trudności z oddychaniem i zaczął drapać ostrymi jak brzytwa pazurami jego brzuch, wbijając się w miękką tkankę tłuszczu. Reim usiłował krzyczeć i jakoś się bronić ale jego ciało w ogóle nie reagowało. Gdyby nie przejmujący ból, można by pomyśleć, że nie należy ono do niego. Kiedy pies skończył orać w jego skórze, odwrócił się i zatopił kły jego nodze. Zęby niczym pułapka na niedźwiedzie zacisnęły się wokół lewej kostki. W tle słychać było pełen radości, dziecięcy śmiech i odgłos pękającej pod naporem silnej szczęki kości.
Break nie mogąc zasnąć postanowił sprawdzić co u Reima. Szedł szerokim korytarzem zdobionym licznymi obrazami z głową pełną niespokojnych myśli. Nie dawała mu spokoju ostatnia rozmowa z Nim. Był naprawdę wściekły, gdy wychodziłem, pomyślał. Mam nadzieję, że już się uspokoił.
Doszedłszy do pokoju Reima, otworzył powoli drzwi nie chcąc go obudzić. W środku panował półmrok, przez który Breakowi udało się dostrzec łóżko. Poczuł ukłucie niepokoju, nie widząc wózka i wypukłości pod kołdrą, która sugerowałaby, że ktoś leży w łóżku. Aby się upewnić podszedł bliżej. Zauważył pomiętą pościel i poduszkę leżącą na podłodze. Szybkim ruchem chwycił za drzwi obok prowadzące do łazienki; tam też nikogo nie było. Stał przez chwilę w milczeniu, zastanawiając się gorączkowo, gdzie się podział Reim aż przypomniała mu się ich rozmowa na spacerze.
"A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer?"
Break zacisnął ręce w pięści, zaklął pod nosem i wybiegł na zewnątrz.
Idąc cały czas ścieżką, z łatwością po kilkunastu minutach zauważył wózek inwalidzki. Podszedł do niego i zaczął się rozglądać myśląc, gdzie mógł się podziewać jego właściciel. Nagle usłyszał jęk. Odwrócił się i zobaczył Reima.
środa, 28 września 2016
Część 8.
Z głębi lasu wydobywało się chłodne powietrze. Reim zauważył, że w
nim również jest niepokojąco cicho. Normalnie dałoby się słyszeć
pohukiwania sów a tutaj tak jak w ogrodzie wszystko wydaje się
całkowicie martwe, pomyślał.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w jego kierunku.
Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi. Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa, zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych, obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów, zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.
Po przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze. To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał. Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o tym pomyśleć.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w jego kierunku.
Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi. Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa, zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych, obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów, zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.
Po przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze. To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał. Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o tym pomyśleć.
piątek, 16 września 2016
Część 7.
W środku panowała niezmącona cisza. Nie wiedząc czemu, czuł przemożną
potrzebę pójścia do pokoju, który zawsze zajmował, gdy zostawał tu na
noc. Kierowany tym ruszył po schodach na piętro. Jego pokój znajdował
się na końcu korytarza. Wszedł do środka i rozejrzał się. Jest
identycznie jak w tamtym śnie, pomyślał czując ukłucie niepokoju.
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.
Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.
Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.
Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.
* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...
Niepewnie podszedł do okna, bojąc się, że to znów tam będzie. Westchnął z ulgą nie widząc nic odbiegającego od normy. Odwrócił się i wrzasnął.
Niby-cień pochylał się nad nim w milczeniu. Jego śnieżnobiałe spojrzenie utkwione było w Reima, który bez zastanowienia spróbował wyminąć potwora i uciec z rezydencji. Jednak w pół kroku stworzenie chwyciło go jedną ze swych niezwykle długich rąk. Przyciągnął jego ciało do siebie pomimo oporu tak jakby było ono pluszową zabawką. Gdy Reim próbował się od niego odepchnąć, z przerażeniem stwierdził, że jego ręce zatapiają się w ciele niby-cienia. Poczuł na swoich plecach drugą oplatającą go kończynę. Im bardziej się szarpał, tym mocniej niby-cień dociskał go do siebie sprawiając, że Reim zaczął znikać w jego środku. Kiedy jego głowa znalazła się wewnątrz klatki piersiowej stworzenia, począł się dusić. Czuł jak jakaś dziwna substancja wlewa się w jego otwarte usta zapychając płuca. Czuł się jakby płonął od środka. Zdawał sobie sprawę, że coś go oplata ale nie był już w stanie się ruszyć.
Na szczęście po tej długiej chwili męczarni jego umysł popadł w nieświadomość.
Pierwszym co zobaczył po otwarciu oczu było oślepiające jasne światło i pochylające się nad nim cienie, które mówiły z dziwnym akcentem.
- Obudziło się - powiedział jeden z nich.
- No przecież widzę - odparł drugi z nieskrywaną irytacją w głosie.
Reim próbował coś powiedzieć ale nawet pojedyńczy dźwięk nie wydobył się z jego gardła.
- Mama mówił, że należy uśpić naczynie, gdy się obudzi...
- Tak, pamietam.
Po chwili jedna z postaci odchyliła się na sekundę aby zaraz znów się nad nim pochylić. Uczucie senności poprzedziła igła, którą jedna z postaci wbiła Reimowi w ramie.
Obudziwszy się uświadomił sobie, że znajduje się w innym pomieszczeniu niż zawsze. To też był pokój gościnny, układ mebli również był ten sam lecz ten pokój był nieco większy i miał w odróżnieniu od tamtego kremowe ściany. Kiedy z trudem obrócił głowę w bok, zauważył doktora Owena, siedzącego na krześle obok łóżka. Reim spróbował usiąść ale z lękiem stwierdził, że nie ma siły żeby chociażby poruszyć kończynami.
Lekarz musiał się domyśleć, że o tym myśli, ponieważ natychmiast pospieszył z wyjaśnieniami.
- Proszę się nie ruszać!
- Co się stało?
- Nic takiego... po prostu miał pan najwyraźniej jakiś zły sen, ponieważ krzyczał pan i rzucał się tak bardzo, że nie dało się pana obudzić. W konsekwencji spadł pan z łóżka.
- Ale dlaczego nie mam siły się ruszać?
Owen na chwilę spojrzał zdezorientowany, co niemal od razu zastąpił szerokim uśmiechem.
- Musiałem podać panu środek zwiotczający mięśnie kończyn.*
Kiedy zauważył, że Reim wpatruje się w niego w szoku, dodał szybko.
- To było naprawdę konieczne aby powstrzymać pana od dalszego nieświadomego ranienia się.
Reim wciąż wpatrywał się w niego w milczeniu.
- Naprawdę - powtórzył, kiwając głową jakby sam próbował siebie do tego przekonać i zamilkł.
Okularnik postanowił przerwać tę niezręczną ciszę.
- Uhm... A kiedy znów wszystko wróci do normy o ila tak to można nazwać?
Lekarz podrapał się w głowę i odparł.
- Do jutra powinno przejść.
Następnie wstał i oznajmił.
- Muszę się już pożegnać. Mam jeszcze trochę spraw do załatwienia ale niedługo sprawdzę co u pana.
Następnie wyszedł.
Reim leżąc w bezruchu w końcu poczuł silne znużenie i nie wiedząc kiedy zapadł w sen.
Zanim wybudził się cały zlany potem śniło mu się, że znów jest w swoim dawnym pokoju. Stał na jego środku a dookoła okrążały go identyczne niczym klony niby-cienie, nad którymi wydawało się unosić i rozpływać w powietrzu coś na wzór gęstego, czarnego dymu. W tle słychać było ten sam śpiew co w lesie. Tyle, że tym razem nie dało się określić skąd się dobywa. Zdawało się, że wydobywa się z każdej strony. Poza tym teraz był on nie kojący a niezwykle donośny i bolesny. Reim czuł jakby wrzynał mu się w mózg zadając zarówno fizyczny jak i psychiczny ból. Nie mogąc go znieść padł na kolana zaciskając ręce na uszach. Wydawało mu się, że jego głowa pęknie od nasilającego się śpiewu, który bardziej już przypominał wycie. Zacisnął powieki oraz zęby i błagał w myślach aby to się skończyło.
Jego prośby zostały wysłuchane, bowiem po tym nareszcie się obudził.
Co dziwne, nawet po obudzeniu wciąż czuł rozsadzający ból głowy. Postanowił go jednak zignorować. Zauważył on, że zaczęła mu wracać władza w rękach i nogach. Co prawda poruszanie sprawiało mu trudność; czuł, że jego mięśnie wciąż w pewnym stopniu odmawiają mu posłuszeństwa ale przy odpowiednim samozaparciu i cierpliwości był w stanie się ruszać.
Kiedy tak leżał i sprawdzał swoje obecne możliwości, do pomieszczenia wszedł Break. Był on ubrany nieco inaczej niż zwykle. Nie miał na sobie białego płaszcza a jego czarne spodnie do kolan zostały zastąpione innymi, które miały dołączone szelki.
Podszedł on do Reima i z szerokim uśmiechem oznajmił mu.
- Żebyś tak tutaj nie leżał nie wiadomo ile, zabieram cię na mały spacer po ogrodzie.
Około piętnastu minut zajęło mu ubranie i posadzenie na wózku Reima. Po następnych niecałych pięciu minutach byli już na zewnątrz.
Od razu po zobaczeniu ogrodu Reim zesztywniał. Zauważył, że był on już w nim, gdy się"wyłączał". Wszystko było identyczne: na środku stał niewielki, okrągły stolik a na nim imbryk i filiżanka. W oddali majaczyła zza mgły ta sama brama, za którą znajdował się las, gdzie widział to jasne światło.
Wskazał w kierunku owej bramy i spytał.
- Co robi tam ta mgła?
Usłyszawszy to, uśmiech Breaka zamarł.
- Cóż... - zaczął powoli. - wydaje mi się, że ma to coś co wspólnego z prądami powietrznymi czy coś.
- Rozumiem... A czy moglibyśmy wybrać się tam na spacer? - zaproponował.
- No co ty, Reim! - zawołał Xerxes. - Przecież tam jest pełno wystających korzeni i niewielkich bagien, ponieważ wczoraj w nocy padało. Już nie wspominając o możliwości zgubienia się! Przecież tam nie da się poruszać na wózku.
Reim kiwnął zawiedziony, kiedy nagle wpadł mu do głowy pewien pomysł.
Spacer minął spokojnie. Break przez cały czas opowiadał o różnych bezwartościowych według Reima głupotach. Za każdym razem, gdy próbował się dowiedzieć dlaczego nie ma tu żadnego człowieka ani zwierzęcia, Xerxes zbywał go jakimś tekstem i od razu zmieniał temat.
Wieczorem po kolacji, kiedy już wszyscy położyli się do łóżek, Reim, który prawie całkiem odzyskał możliwość poruszania się usiadł na wózku cały czas będąc w piżamie i powoli wyjechał na korytarz starannie zamykając za sobą drzwi.
Dzięki temu, że obok schodów został specjalnie wybudowany niezbyt stromy zjazd, udało mu się dostać na parter. Po drodze nie spotkał nikogo. Przez niezwykłą ciszę rezydencja wydawała się być kompletnie opuszczona. Ku zdziwieniu i zarazem uldze Reima drzwi wejściowe okazały się być otwarte. Wyjechał więc na zewnątrz i rozglądając się czujnie ruszył w stronę bramy.
* Tak, wiem, głupie to i w ogóle, ale tak jakoś wyszło...
Subskrybuj:
Posty (Atom)