Z głębi lasu wydobywało się chłodne powietrze. Reim zauważył, że w
nim również jest niepokojąco cicho. Normalnie dałoby się słyszeć
pohukiwania sów a tutaj tak jak w ogrodzie wszystko wydaje się
całkowicie martwe, pomyślał.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z
trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po
stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej
równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za
pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć
jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w
jego kierunku.
Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły
wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od
wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem
szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak
blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi.
Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku
nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej
tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do
jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa,
zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele
żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz
przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem
zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na
czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to
wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych,
obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś
momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle
silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów,
zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi
rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do
góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały
bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż
gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło
niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po
parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i
wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg
nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie
prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na
spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.
Po
przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł
do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było
żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze.
To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał.
Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego
widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie
jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy
nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona
była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie
artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na
swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to
coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną
wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką
intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył
się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął
usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z
niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie
zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz
lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi
lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł
wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej
jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany
pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre
gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby
sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o
tym pomyśleć.
Uuu, robi się ciekawie, zastanawiam się czy ktoś go nakryje, rozdział bardzo ciekawy, niemogę się doczekać następnego. Pozdrawiam i życzę dużo weny :)
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo!
Usuń