środa, 28 września 2016

Część 8.

Z głębi lasu wydobywało się chłodne powietrze. Reim zauważył, że w nim również jest niepokojąco cicho. Normalnie dałoby się słyszeć pohukiwania sów a tutaj tak jak w ogrodzie wszystko wydaje się całkowicie martwe, pomyślał.
Ruszył ociężale przed siebie. Koła z trudem przesuwały się po bagnistym terenie. Na szczęście poruszał się po stworzonym przez myśliwych szlaku dzięki czemu teren był nieco bardziej równy niż po bokach. Nagle znów zaczął słyszeć ten śpiew. Tak jak za pierwszym razem był on niezwykle kojący i hipnotyzujący. Chcąc znaleźć jego źródło, Reim z większym niż wcześniej zapałem począł popychać koła w jego kierunku.

Wydawało mu się, że odkąd wjechał do lasu minęły wieki. Był on kompletnie wyczerpany co pokazywała zaczerwieniona od wysiłku twarz i przepocona piżama. Nagle zatrzymał się jak wryty. Bowiem szlak urywał się w tym miejscu. Dalej znajdowały się osadzone tak blisko siebie drzewa, że nie miałby szans przejechać między nimi. Odwrócił niepewnie głowę i spojrzał z utęsknieniem na niknąca w mroku nocy drogę, którą przebył. W dalszym ciągu dane mu było słuchać tej tajemniczej piosenki, która nasiliła się na skutek jego zbliżenia się do jej źródła.
Siedząc tak i bezmyślnie patrząc na liczne drzewa, zalała go nagła fala determinacji. Przecież nie przeszedłem tak wiele żeby teraz się wycofywać, pomyślał z goryczą.
Następnie jeszcze raz przyjrzał się gęstwinie, po czym zdecydowanym lecz ostrożnym ruchem zsunął się z wózka na ziemię. Wziął głęboki oddech i zaczął brnąć na czworaka.
Im dalej się posuwał, tym piosenka stawała się coraz to wyraźniejsza lecz wciąż nie był w stanie rozróżniać tych dziwnych, obcych mu słów. Nie był nawet pewien co to za język.
W którymś momencie poczuł okropny, przeszywający ból prawym boku. Był on na tyle silny i nagły, że z sykiem wydobywającym się zza zaciśniętych zębów, zwinął się na ziemi. Kiedy ból trochę się zmniejszył, Reim drżącymi rękami chwycił za brudną od ziemi koszulę nocą i niepewnie uniósł ją do góry.
Bolące miejsce wyglądało jeszcze gorzej niż wcześniej. Cały bok składający się na szaroróżową maź był popękany o wiele bardziej niż gdy ostatnim razem spadł z łóżka. Z licznych otworów leniwie ciekło niepokojąco dużo krwi. Zaczął głęboko oddychać starając się uspokoić. Po parunastu długich sekundach powoli uniósł się do pozycji siedzącej i wyciągnął przed siebie prawą nogę. Następnie chwycił w dłonie brzeg nogawki i oderwał prawie całą. Dzięki temu mógł zrobić sobie prowizoryczny opatrunek na rozległą ranę. Delikatnie, siląc się na spokój owinął tułów i związał ze sobą materiał. Ruszył dalej.

Po przedarciu się przez odcinek pokryty licznymi drzewami i krzakami dotarł do niewielkiej polany w centrum lasu. Z racji, iż po środku nie było żadnego drzewa, światło księżyca oświetlało ją niczym scenę w teatrze. To właśnie stąd wydobywał się śpiew. Na widok jego źródła Reim zdębiał. Całkowicie zapominając o ranie, nie był w stanie oderwać wzroku od tego widoku.
Na pniu nieopodal siedziała postać wyglądającą identycznie jak on tyle, że pozbawiona była ona kolorów; jej włosy, ubranie czy nawet skóra. Wszystko było w odcieniach szarości. Nieruchomo wpatrzona była ona w niebo, jedynie jej wargi poruszały się nie przerwanie artykułując słowa piosenki w nieznanym języku. Reim wciąż patrzył na swojego niby-klona z otwartymi z wrażenia ustami, kiedy nagle, powoli to coś odwróciło głowę w jego kierunku z twarzą kompletnie pozbawioną wyrazu. Jego przymknięte, lodowate oczy wpatrywały się w Reima z taką intensywnością, że aż przeszedł go gwałtowny dreszcz.
Śpiew skończył się jak nożem uciął. Niby-Reim powoli jakby w zwolnionym tempie zamknął usta i podniósł się. Gdy się poruszał, czarny dym wydobywał się z niego, co jeszcze bardziej nadawało mu mistycznego wyglądu. Nie zmieniając prędkości, szedł w stronę Reima tanecznym a raczej wręcz lewitującym krokiem.
Reim wrzasnął tak głośno, że aż nagle z głębi lasu zaczęły wydobywać się głośne odgłosy krakania i ptasich skrzydeł wznoszących się do lotu. Odzyskawszy czucie w kończynach, najszybciej jak mógł, pędził na czworakach z powrotem do ścieżki. Brnął kierowany pierwotnym uczuciem strachu nie zważając na otwartą ranę czy ostre gałęzie. Po drodze prawie spadły mu okulary. Bał się obrócić, żeby sprawdzić czy to coś nadal go ściga; był w zbyt dużym szoku, aby nawet o tym pomyśleć.

2 komentarze:

  1. Uuu, robi się ciekawie, zastanawiam się czy ktoś go nakryje, rozdział bardzo ciekawy, niemogę się doczekać następnego. Pozdrawiam i życzę dużo weny :)

    OdpowiedzUsuń