niedziela, 6 marca 2016

Część 2.

Śniło mu się, że znowu jest w posiadłości Yura na przyjęciu. Rozejrzał się powoli i dostrzegł swojego przyjaciela samotnie siedzącego przy stoliczku na balkonie tyłem do sali.
Na parkiecie migały co chwilę kolorowe stroje tańczących par. W powietrzu mieszały się zapachy różnych drogich marek perfum.
Reim postanowił pójść do Xerxesa. Kiedy się do niego zbliżał, zauważył, że nie jest on wcale sam. Osoba mu towarzysząca po prostu była tak niska, że z daleka nie dało się jej dostrzec zza stolika.
Niska, przeszło mu przez głowę. Niska jak dziecko. Zupełnie jak Lily. Przeszył go gwałtowny dreszcz na tę myśl. Zapragnął się zatrzymać, zawrócić i odejść stąd jak najdalej. Ale jego nogi uparcie posuwały się w stronę balkonu coraz szybciej wbrew jego woli. Właściwie to miał wrażenie jakby sunął po podłodze a nie szedł.
Stał już koło stolika. Xerxes wciąż siedział nieruchomo tyłem. Przed nim na drugim krześle siedziała z mocno pochyloną głową dziewczynka o identycznych jasnobrązowych włosach co Lily oraz tej samej sukience. Reim był pewny, że to ona. I nie mylił się.
Uniosła gwałtownie głowę ku górze jak lalka, której sznurki zostały z całej siły pociągnięte przez niewidoczną rękę. Reimowi ukazała się twarz jeszcze straszniejsza od tej, którą pokazała mu, gdy ją postrzelił tamtej jakże pamiętnej nocy w jednym z pomieszczeń podziemi.
Teraz miał przez sobą twarz pozbawioną tych swoich wielkich niebieskich oczu oraz sporego skrawka skóry na prawym policzku. Z dziur z oczodołów oraz z długiej od ucha do ucha rany, która sztucznie poszerzała uśmiech spływała jej ciepła, krwista posoka. Zawołała unosząc do góry kikuty rąk.
- Czaaaas na zabawę!
Na to Break ku przerażeniu Reima szczeknął głośno i odwrócił się gwałtownie. Reim zaczął wrzeszczeć najgłośniej jak mógł, kiedy Xerxes z pyskiem Bandersnatcha zamiast swojej twarzy rzucił się na niego wygłodniały.

Dalej wrzeszczał i wierzgał w momencie, gdy się wybudził. Na ślepo jeszcze mocniej wymachiwał rękami i nogami, kiedy poczuł na sobie czyjeś ręce. Zajęło mu dobrą chwilę przetworzenie, że ich właściciel krzyczy na niego, żeby przestał.
Przestał się więc wiercić i szeroko rozwartymi oczyma, dysząc skupił wzrok na mężczyźnie przed nim. Po długim, białym fartuchu domyślił się, że jest on lekarzem. Doktor miał szare, zatroskane oczy i krótko przystrzyżone, ciemne włosy.
Po paru sekundach milczenia odezwał się ciepłym głosem.
- Proszę się nie ruszać, nie chcę zrobić ci krzywdy.
Po czym wsadził prawą dłoń do środka czarnej, skórzanej torby, która leżała obok jego nogi. Chwilę w niej grzebał, aż w końcu wyciągnął z niej zwitek bandaży i jakiś płyn. Kiedy wylał niewielką ilość na ranę Reim syknął z bólu. Po okropnym pieczeniu stwierdził, że to środek dezynfekujący.
Lekarz sprawnie obandażował okaleczony fragment nogi i zabrał się za nastepne uszkodzenia. Wszystko robił równie metodycznie. Po kilkunastu minutach pracy odchylił się ze stęknięciem i przyjrzał swojej pracy.
Czując na sobie wzrok Reima spojrzał na jego twarz i ze smętnym uśmiechem oznajmił.
- Jeszcze tylko to.
Po czym wyjął z kieszeni niewielką, niebieską kapsułkę. Chciał ją mu podać ale nagle go olśniło.
- Wybacz, prawie zapomniałem o wodzie - dodał lekko zażenowany. Wyjął ze swojej torby lekarskiej butelkę wody i postawił odkręconą już obok niego.
Reim spragniony wpatrywał się w płyn próbując sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miał coś w ustach oprócz własnych odchodów i robaków, które udało mu się złapać.
Mężczyzna uniósł lekko jego głowę i umieścił mu tabletkę w ustach. Następnie złapał za butelkę i go napoił.
Reim pił łapczywie nie zważając na okropne palenie w gardle. Stróżka wody spływała mu po twarzy tworząc małą kałużę na podłodze. Gdy wypił całą zawartość opakowania, z utęsknieniem patrzył jak butelka znika w ciemnej otchłani torby. Liczył na to, że mężczyzna da mu jej jeszcze trochę. W końcu był wciąż tak okropnie spragniony. Ale ten tylko wstał podnosząc z ziemi swą torbę i pośpiesznie wyszedł zamykając za sobą żelazne drzwi na klucz.

Z letargu wybudziły go ponowne odgłosy skocznych kroków i donośny głos Lily, która śpiewała sobie jakąś piosenkę. Nie miał pojęcia jak długo leżał w kompletnym bezruchu, oderwany od rzeczywistości. Wiedział tylko, że na pewno nie spał. A ten piękny ogród, w którym popijał popołudniową herbatkę z bliskimi nie był obrazem sennym. Halucynacją? Być może, ale na pewno nie snem.
Swoją drogą, to słowo "bliscy" brzmi teraz niesamowicie odstręczająco, pomyślał z goryczą Reim. Przecież gdyby naprawdę nimi byli, to pomogliby mi, uratowaliby mnie. Jestem przekonany, że teraz bawią się w najlepsze. A może w ogóle o mnie zapomnieli?...
Jego rozważania przerwał głośny trzask otwieranych drzwi. W progu ponownie pojawiła się Lily ze swoim ulubieńcem.
Już aż się ślini na myśl co zaraz mi zrobi, skrzywił się.
- Paaaaniee Reeeiiim! - zawołała przedłużając każdą samogłoskę. - Chciałam ci powiedzieć, że idę za chwilę razem z innymi Baskervillami do Pandory zniszczyć kolejny kamień pieczętujący pana Glena! Jestem taka szczęśliwa, że niedługo będzie wolny! Dlatego - dodała nieco smętniejszym głosem. - nie będę mogła towarzyszyć wam w zabawie.
Urwała na chwilę usłyszawszy z korytarza swoje imię. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodziło wołanie i odkrzyknęła.
- Tak! Już idę, Doug! - a do Reima rzekła. - To do zobaczenia i miłej zabawy!
Wybiegła zatrzaskując za sobą drzwi.
Wróciwszy do celi następnego dnia, krzyknęła poirytowana.
- Bandersnatch! Do mnie!
Zwierze zaniepokojone tonem głosu od razu przyczłapało do swojej pani.
- Miałeś się bawić a nie zabijać! Więc dlaczego pan Reim się nie rusza?! - uderzyła go pięścią w pysk i ciągnęła. - Módl się lepiej, żeby doktor powiedział, że z moim nowym przyjacielem wszystko w porządku!
Złapała za kęp przesączonej czerwoną posoką sierści i pociągnęła całego umazanego juchą psa korytarzem, nie trudząc się zamknąć za sobą drzwi.
Tymczasem, Reim odprowadzał ich całkowicie zamglonym wzrokiem zza już doszczętnie połamanych okularów.
Nie był w stanie poruszyć chociażby palcem. Miał wrażenie, że jego ciało wręcz płonie z bólu. Nie docierało nawet do niego, że skoro drzwi są otwarte, to mógłby spróbować uciec.
Po paru minutach dostrzegł niewyraźną postać tamtego lekarza, który ostatnio go opatrywał. Lecz zanim doktor dobiegł do niego, Reim znów zapadł w letarg.

6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Super,po polsku jest bardzo mało opowiadań z Pandora Hearts, a te jak na razie bardzo wciąga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sądzę, że opowiadań z PH w języku polskim jest niezwykle mało. Trochę szkoda, ale z drugiej strony jeśli miałoby ich być nie wiadomo ile z czego każde jedno nudne/głupie (zupełnie jak moje własne XD), to lepiej, żeby było ich tylko kilka. Przykładowo niby po anglojęzycznej stronie internetu takich fanfiction'ów jest naprawdę sporo, ale nie wiele (przynajmniej dla mnie) jest choć odrobinę ciekawych.

      Usuń
  4. Super,po polsku jest bardzo mało opowiadań z Pandora Hearts, a te jak na razie bardzo wciąga.

    OdpowiedzUsuń