Śniło mu się, że znowu jest w posiadłości Yura na przyjęciu.
Rozejrzał się powoli i dostrzegł swojego przyjaciela samotnie siedzącego
przy stoliczku na balkonie tyłem do sali.
Na parkiecie migały co chwilę kolorowe stroje tańczących par. W powietrzu mieszały się zapachy różnych drogich marek perfum.
Reim postanowił pójść do Xerxesa. Kiedy się do niego zbliżał, zauważył,
że nie jest on wcale sam. Osoba mu towarzysząca po prostu była tak
niska, że z daleka nie dało się jej dostrzec zza stolika.
Niska,
przeszło mu przez głowę. Niska jak dziecko. Zupełnie jak Lily. Przeszył
go gwałtowny dreszcz na tę myśl. Zapragnął się zatrzymać, zawrócić i
odejść stąd jak najdalej. Ale jego nogi uparcie posuwały się w stronę
balkonu coraz szybciej wbrew jego woli. Właściwie to miał wrażenie jakby
sunął po podłodze a nie szedł.
Stał już koło stolika. Xerxes wciąż
siedział nieruchomo tyłem. Przed nim na drugim krześle siedziała z mocno
pochyloną głową dziewczynka o identycznych jasnobrązowych włosach co
Lily oraz tej samej sukience. Reim był pewny, że to ona. I nie mylił
się.
Uniosła gwałtownie głowę ku górze jak lalka, której sznurki
zostały z całej siły pociągnięte przez niewidoczną rękę. Reimowi ukazała
się twarz jeszcze straszniejsza od tej, którą pokazała mu, gdy ją
postrzelił tamtej jakże pamiętnej nocy w jednym z pomieszczeń podziemi.
Teraz miał przez sobą twarz pozbawioną tych swoich wielkich niebieskich
oczu oraz sporego skrawka skóry na prawym policzku. Z dziur z oczodołów
oraz z długiej od ucha do ucha rany, która sztucznie poszerzała uśmiech
spływała jej ciepła, krwista posoka. Zawołała unosząc do góry kikuty
rąk.
- Czaaaas na zabawę!
Na to Break ku przerażeniu Reima
szczeknął głośno i odwrócił się gwałtownie. Reim zaczął wrzeszczeć
najgłośniej jak mógł, kiedy Xerxes z pyskiem Bandersnatcha zamiast
swojej twarzy rzucił się na niego wygłodniały.
Dalej wrzeszczał i
wierzgał w momencie, gdy się wybudził. Na ślepo jeszcze mocniej
wymachiwał rękami i nogami, kiedy poczuł na sobie czyjeś ręce. Zajęło mu
dobrą chwilę przetworzenie, że ich właściciel krzyczy na niego, żeby
przestał.
Przestał się więc wiercić i szeroko rozwartymi oczyma,
dysząc skupił wzrok na mężczyźnie przed nim. Po długim, białym fartuchu
domyślił się, że jest on lekarzem. Doktor miał szare, zatroskane oczy i
krótko przystrzyżone, ciemne włosy.
Po paru sekundach milczenia odezwał się ciepłym głosem.
- Proszę się nie ruszać, nie chcę zrobić ci krzywdy.
Po czym wsadził prawą dłoń do środka czarnej, skórzanej torby, która
leżała obok jego nogi. Chwilę w niej grzebał, aż w końcu wyciągnął z
niej zwitek bandaży i jakiś płyn. Kiedy wylał niewielką ilość na ranę
Reim syknął z bólu. Po okropnym pieczeniu stwierdził, że to środek
dezynfekujący.
Lekarz sprawnie obandażował okaleczony fragment nogi i
zabrał się za nastepne uszkodzenia. Wszystko robił równie metodycznie.
Po kilkunastu minutach pracy odchylił się ze stęknięciem i przyjrzał
swojej pracy.
Czując na sobie wzrok Reima spojrzał na jego twarz i ze smętnym uśmiechem oznajmił.
- Jeszcze tylko to.
Po czym wyjął z kieszeni niewielką, niebieską kapsułkę. Chciał ją mu podać ale nagle go olśniło.
- Wybacz, prawie zapomniałem o wodzie - dodał lekko zażenowany. Wyjął
ze swojej torby lekarskiej butelkę wody i postawił odkręconą już obok
niego.
Reim spragniony wpatrywał się w płyn próbując sobie
przypomnieć kiedy ostatni raz miał coś w ustach oprócz własnych odchodów
i robaków, które udało mu się złapać.
Mężczyzna uniósł lekko jego głowę i umieścił mu tabletkę w ustach. Następnie złapał za butelkę i go napoił.
Reim pił łapczywie nie zważając na okropne palenie w gardle. Stróżka
wody spływała mu po twarzy tworząc małą kałużę na podłodze. Gdy wypił
całą zawartość opakowania, z utęsknieniem patrzył jak butelka znika w
ciemnej otchłani torby. Liczył na to, że mężczyzna da mu jej jeszcze
trochę. W końcu był wciąż tak okropnie spragniony. Ale ten tylko wstał
podnosząc z ziemi swą torbę i pośpiesznie wyszedł zamykając za sobą
żelazne drzwi na klucz.
Z letargu wybudziły go ponowne odgłosy
skocznych kroków i donośny głos Lily, która śpiewała sobie jakąś
piosenkę. Nie miał pojęcia jak długo leżał w kompletnym bezruchu,
oderwany od rzeczywistości. Wiedział tylko, że na pewno nie spał. A ten
piękny ogród, w którym popijał popołudniową herbatkę z bliskimi nie był
obrazem sennym. Halucynacją? Być może, ale na pewno nie snem.
Swoją
drogą, to słowo "bliscy" brzmi teraz niesamowicie odstręczająco,
pomyślał z goryczą Reim. Przecież gdyby naprawdę nimi byli, to pomogliby
mi, uratowaliby mnie. Jestem przekonany, że teraz bawią się w
najlepsze. A może w ogóle o mnie zapomnieli?...
Jego rozważania przerwał głośny trzask otwieranych drzwi. W progu ponownie pojawiła się Lily ze swoim ulubieńcem.
Już aż się ślini na myśl co zaraz mi zrobi, skrzywił się.
- Paaaaniee Reeeiiim! - zawołała przedłużając każdą samogłoskę. -
Chciałam ci powiedzieć, że idę za chwilę razem z innymi Baskervillami do
Pandory zniszczyć kolejny kamień pieczętujący pana Glena! Jestem taka
szczęśliwa, że niedługo będzie wolny! Dlatego - dodała nieco
smętniejszym głosem. - nie będę mogła towarzyszyć wam w zabawie.
Urwała na chwilę usłyszawszy z korytarza swoje imię. Odwróciła się w kierunku, z którego dochodziło wołanie i odkrzyknęła.
- Tak! Już idę, Doug! - a do Reima rzekła. - To do zobaczenia i miłej zabawy!
Wybiegła zatrzaskując za sobą drzwi.
Wróciwszy do celi następnego dnia, krzyknęła poirytowana.
- Bandersnatch! Do mnie!
Zwierze zaniepokojone tonem głosu od razu przyczłapało do swojej pani.
- Miałeś się bawić a nie zabijać! Więc dlaczego pan Reim się nie
rusza?! - uderzyła go pięścią w pysk i ciągnęła. - Módl się lepiej, żeby
doktor powiedział, że z moim nowym przyjacielem wszystko w porządku!
Złapała za kęp przesączonej czerwoną posoką sierści i pociągnęła całego
umazanego juchą psa korytarzem, nie trudząc się zamknąć za sobą drzwi.
Tymczasem, Reim odprowadzał ich całkowicie zamglonym wzrokiem zza już doszczętnie połamanych okularów.
Nie był w stanie poruszyć chociażby palcem. Miał wrażenie, że jego
ciało wręcz płonie z bólu. Nie docierało nawet do niego, że skoro drzwi
są otwarte, to mógłby spróbować uciec.
Po paru minutach dostrzegł
niewyraźną postać tamtego lekarza, który ostatnio go opatrywał. Lecz
zanim doktor dobiegł do niego, Reim znów zapadł w letarg.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńSuper,po polsku jest bardzo mało opowiadań z Pandora Hearts, a te jak na razie bardzo wciąga.
OdpowiedzUsuńTeż sądzę, że opowiadań z PH w języku polskim jest niezwykle mało. Trochę szkoda, ale z drugiej strony jeśli miałoby ich być nie wiadomo ile z czego każde jedno nudne/głupie (zupełnie jak moje własne XD), to lepiej, żeby było ich tylko kilka. Przykładowo niby po anglojęzycznej stronie internetu takich fanfiction'ów jest naprawdę sporo, ale nie wiele (przynajmniej dla mnie) jest choć odrobinę ciekawych.
UsuńNiewiele* znaczy się.
UsuńSuper,po polsku jest bardzo mało opowiadań z Pandora Hearts, a te jak na razie bardzo wciąga.
OdpowiedzUsuń